Świat Podróży Kolejowych

Obserwuj nas


Mapa odwiedzin


Statystyki od 25.04.2017 r.

Free counters!

DARIUSZ SIECZKOWSKI - O MNIE


Ostatnia aktualizacja: 07.10.2018

Spis treści:

1. Moje wykształcenie
2. Moja "kariera przestępcza"
3. Choroba nowotworowa
4. Kariera zawodowa
5. Twórczość
6. Podróże
7. Filozofia życiowa
8. Moje naj...
9. Wiedza i doświadczenie życiowe w praktyce
10. Co mnie irytuje na co dzień.
11. Popularne hasła a rzeczywistość

Nazywam się Dariusz Sieczkowski. Co jakiś czas ląduję na Wykopie, na portalach społecznościowych czasami publikowane są odnośniki do szkalujących mnie artykułów, więc postanowiłem opublikować swój życiorys. Niektóre informacje, w szczególności o mojej "działalności terrorystycznej" mogą się wydać bardzo przesadzone, lecz osoby mające doświadczenia z wymiarem sprawiedliwości będą wiedziały, że to nie jest żadna bajka. Życiorys jest szczegółowy, bowiem czyta go wiele osób nie tylko z mojej okolicy.

Większość czytelników tej strony to młodzi, piękni, zdrowi przebojowi, bogaci ludzie sukcesu, którym w życiu udaje się wszystko, są najmądrzejsi, niezniszczalni, mają świetną pracę, więc dla nich świat jest cudowny, a życie piękne, więc czerpią z niego pełnymi garściami. Takim osobom stanowczo odradzam tę lekturę, bowiem jestem ich przeciwieństwem.

Pewnie myślicie, że jestem jakimś młodym, pięknym, wiecznie uśmiechniętym człowiekiem sukcesu podróżującym po całym świecie. Nic bardziej mylnego - jestem psycholem, debilem, kryminalistą, frajerem, mięczakiem, nieudacznikiem, nierobem, darmozjadem, pasożytem, sztywniakiem, nudziarzem, pedałem, ciotą, lalusiem, ucieleśnieniem wszelkiego zła, a całe moje życie to jedna wielka porażka. Jestem ponadto frustratem i użalam się nad sobą oraz mam pretensje do całego świata. Mój życiorys jest wyjątkowo pogmatwany. Inni znają mnie też pod ksywą "Sieczu", służby specjalne, Interpol i Czesi dodatkowo jako "Polskiego Breivika". Takich jak ja powinno się poddawać eutanazji.

Pochodzę z Oświęcimia. Nie jestem też kolejarzem, w mojej rodzinie nie ma tradycji kolejarskich, nikt także nie był miłośnikiem kolei. Pociągami podróżuję z przyczyn zdrowotnych, gdyby nie pociągi, pewnie nigdy nie ruszyłbym się z domu. Jestem gruby, brzydki i pryszczaty, dlatego swoich zdjęć nie publikuję.

1. Moje wykształcenie


Urodzony w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku od dziecka różniłem się od rówieśników. Jestem z pokolenia spędzającego czas na grę w piłkę na dworze, wolnego od komputerów i smartfonów. Nie mam też żadnych talentów - rysować nie potrafię, tańczyć również, a gdybym zaczął śpiewać lub grać na instrumencie muzycznym, ludzie płaciliby mi, abym tylko przestał. Dawniej świetnie sprawdziłbym się jako kronikarz lub pracownik archiwum, obecnie moje umiejętności są bezwartościowe.

DZIECIŃSTWO

Po szkole i zabawach na podwórku, kiedy moi rówieśnicy interesowali się samochodami lub siłami zbrojnymi, ja ciekawy świata siedziałem nad atlasami świata, czytałem o innych krajach, egzotycznych zwierzętach, wkuwałem skarby kibica zagranicznych lig, interesowałem się wydarzeniami politycznymi, wydarzeniami ekonomicznymi, pochłaniałem ciekawostki w przyszłości niepotrzebne do niczego. Całkowita strata czasu - żałuję, że miałem jakiekolwiek zainteresowania.

W szkole podstawowej byłem jednym z najgorszych uczniów w klasie. Z nauczycieli nikt nie dawał mi szans na ukończenie nawet zasadniczej szkoły zawodowej. Dziś żałuję, że nie zakończyłem edukacji na podstawówce, wyszedłbym na tym dużo lepiej.

SZKOŁA ŚREDNIA

Na przekór wszystkim poszedłem do technikum w oświęcimskiej "Budowlance" w zawodzie technik telekomunikacji. W 1998 roku wydawało się, że to zawód z przyszłością. Ta szkoła to narkotyki, przemoc, patologia, żałosny poziom nauczania, lizusostwo i chamstwo, ale dało się tam wytrzymać i gdyby nie późniejsze wydarzenia, wspominałbym ją bardzo dobrze.

Przez cztery lata bardzo dobrze mi szło, oczywiście poza matematyką, byłem nawet jednym z lepszych uczniów w szkole. Problem pojawił się na początku piątej klasy, kiedy popadłem w konflikt interesów z nauczycielem matematyki. Z jednego z lepszych uczniów szybko stałem złodziejem, chuliganem, sprawcą wszelkich nieszczęść i złych ocen, a czarę goryczy przelała plotka rozpuszczona przez nauczycieli, że przez jakieś moje listy do kuratorium matura będzie odbywała się pod nadzorem pracowników kuratorium z Krakowa, a nie nauczycieli ze szkoły (wtedy obowiązywała "stara matura").

Wiadomo, wszyscy w to uwierzyli, więc miałem dosłownie przejebane (nie ma innego słowa). Codziennie przez 4 miesiące, później nawet nie chodziłem do szkoły. Najwięcej tępili mnie bandyci szumnie zwani sportowcami. Niekończące się pogróżki, naruszenia nietykalności cielesnej, szczucie, kradzieże pieniędzy, niszczenie ubrań - gehenna. Byłem pośmiewiskiem szkoły, miasta i powiatu. Jak to ze sportowcami bywa - skończyło się, powiedzmy, na solówce ze znanym oświęcimskim piłkarzem - Marcinem Barciakiem, dawniej świetnym kolegą, później najaktywniejszym oprawcą. Wiadomo jakie są szanse w starciu niezrównoważony psychicznie sportowiec kontra spokojny człowiek siedzący całymi dniami przy komputerze. Koleś bez powodu wpadł w taką furię, że gdyby go nie odciągnęli, zabiłby mnie. Jaka była przyczyna - po prostu podczas zajęć wychowawczyni, w której zakochani byli sportowcy, kierowała ich złość i winę za niepowodzenia na mnie - głównie przez tę kobietę, która do dziś jest polonistką w jednej z oświęcimskich szkół średnich, inni zachowywali się wobec mnie jak wściekłe małpy.

Marcin Barciak został bohaterem szkoły i Oświęcimia, a we wszystkich oświęcimskich szkołach nauczyciele straszyli przez wiele lat niepokornych uczniów, że skończą jak ja. Kiedy nauczyciele mijali mnie na ulicy, wybuchali dzikim śmiechem, podobnie jak ścierwa z klasy. Dawniej myślałem, że wiedzą i osiągnięciami naukowymi pokażę im, kto miał rację, niemal wszystko włożyłem w naukę a dziś - moi oprawcy, w tym Marcin Barciak, są szanowanymi obywatelami. Marcin Barciak to wielki piłkarz i nauczyciel wuefu w Szkole Podstawowej nr 5 w Oświęcimiu, inny oprawca został policjantem i dzielnicowym w jednej z podoświęcimskich miejscowości, dwóch sportowców z Brzeszcz robi kariery w górnictwie i korporacji. Ostatni z najaktywniejszych oprawców popełnił samobójstwo dwa lata temu. Z resztą klasy, poza jedną-dwiema osobami nie rozmawiam, część na mnie pluje, a ja na nich. To oni mają jednak większy wpływ na opinię innych niż ja, to oni są szanowani, bo są chamscy, agresywni, wulgarni. I wciąż wierzą w bzdury opowiadane przez nauczycieli. A co ja mam z nauki? Słabą kondycję, zniszczony wzrok, kręgosłup i mięśnie jak najsłabsze kobiety.

Skończyło się na tym, iż to ja zdawałem maturę przed komisją kuratoryjną w Krakowie. O dziwo, poszło mi bardzo dobrze, chociaż nauczyciele w "Budowlance" z premedytacją rozpowszechniali kłamstwa, iż zdałem bardzo słabo. Większość z ówczesnych maturzystów do dziś wierzy, że to przeze mnie zdali maturę tylko na ocenę dopuszczającą, a brak komisji kuratoryjnej na maturze był wynikiem tego, iż mnie tępili. Niewyobrażalne, jak wyprali im mózgi.

Ta pseudoszkoła została zlikwidowana 1.9.2017 roku - w ciągu piętnastu lat liczba uczniów spadła o prawie 70% Moja sprawa również się do tego przyczyniła, więc co bardziej ambitni omijali ją szerokim łukiem.

Nie udało mi się także przygotować do rewanżu z oprawcami - zaplanowałem 10 lat treningów. Szło dobrze, po sześciu latach skończyło się kontuzją kręgosłupa, później przyszła choroba nowotworowa i następne lata zmarnowane. Próby powrotu do sportu kończą się kolejnymi kontuzjami. Widzę, jak moi oprawcy zwiedzają świat, cieszą się życiem, zdrowiem, dobrze zarabiają, są szanowani - zupełne przeciwieństwo mnie. Zdrowi, umięśnieni, szczęśliwi. Tylko na filmach oraz w bajkach ofiarom po latach udaje się zemścić na katach.

Koszmary z tego okresu powracają codziennie - w dzień i w nocy. Przez wspomnienia nie mogę nawiązać normalnych relacji z innymi ludźmi, spać, uczestniczyć w życiu publicznym, po prostu zabijają mnie. Codziennie widzę osiłków z tamtej szkoły, każdy spacer, każdy film, wszystko ożywia wspomnienia - oni są kimś, cieszą się szacunkiem.

Jedynym moim życiowym celem jest wyrównanie rachunków z Marcinem Barciakiem i innymi moimi oprawcami z Zespołu Szkół Budowlanych w Oświęcimiu. Jeśli nie uda mi się tego zrobić, wykończę się psychicznie, albo zniszczą mnie choroby nowotworowe i autoimmunologiczne będące następstwem stresu. Jeśli za kilkanaście lat jakimś cudem się uda, pewnie znów media będą pisać o mnie jako o psycholu.

Co ciekawe, kiedy obserwuję podobne sprawy, widzę, jakie schematy zastosowali nauczyciele, aby napuścić resztę uczniów przeciwko mnie - tworzenie fikcyjnego zagrożenia, przypisywanie winy za złe oceny jednej osobie, jak również przypisywanie winy za niepowodzenia szkoły jednej osobie. Nasyłanie sportowców na niepokornych uczniów to powszechna praktyka w szkołach, pochwalana przez społeczeństwo. A przyczyna całego konfliktu była błaha - zazdrość o aparat cyfrowy i pracę dyplomową oraz fakt, że robiłem zdjęcia do pracy dyplomowej na wydarzeniach szkolnych, gdzie wcześniej robił zdjęcia wspomniany matematyk (to był rok szkolny 2002/2003, a aparat cyfrowy był wtedy uważany za narzędzie Szatana). Wystarczy jedna osoba, aby wszyscy was znienawidzili (i to nielubiany nauczyciel). A potem koronnym argumentem przeciwko ofierze jest to, że nikt ofiary nie lubił. Chcę to opisać w książce o prawie karnym.

STUDIA

Studia oznaczały zderzenie z rzeczywistością - na egzaminach wstępnych i na zajęciach z języka angielskiego zobaczyłem, jak niski był poziom nauczania w mojej szkole. Interesowałem się Europą Środkową i Bałkanami (nadal się interesuję), więc poszedłem na kierunek filologia słowiańska, specjalizacja: język czeski w zarządzaniu firmą. Zaocznie. Zjazdy odbywały się co 2 tygodnie, pozostałe dni spędzałem na wypisywaniu słówek i zdań z czeskich gazet po 8-10 godzin dziennie. Z początku nic to nie dawało, efekty przyszły dopiero po kilku miesiącach, a potem szło błyskawicznie.

Przełomem był wyjazd na stypendium Socrates-Erasmus na Uniwersytet Masaryka w Brnie. Mnóstwo przedmiotów fakultatywnych, świetnie wyposażone biblioteki. Zamiast imprezować, siedziałem do godziny 22 w bibliotekach, chodziłem na wiele zajęć, uczyłem się innych języków słowiańskich. W Polsce nagrodzono mnie też stypendium ministra za wyniki w nauce. Później drugi i trzeci raz. Postanowiłem tam za wszelką cenę zostać - najpierw zapisałem się na bałtystykę, ale rozczarowałem się przedmiotami teoretycznymi, później slawistyka ze specjalizacją język polski dla cudzoziemców, bowiem odkryłem, iż z językiem polskim mam sporo problemów, a dzięki temu mogłem zwrócić uwagę na gramatykę i stylistykę, jak też szlifować inne języki słowiańskie.

Na studiach należałem do wybijających się uczniów, ale historia zatoczyła koło, popadłem w konflikt z administratorami intranetu uczelnianego w Brnie. Poszło o błahostkę, ale wiadomo jak jest, takie gnidy mają w kieszeni wszystkich. Stopniowo zostałem odsunięty od wszystkich funkcji, nie ukończyłem studiów i jako jedyny w historii kierunku nie dostałem się na studia doktoranckie. Mam też wilczy bilet na wszystkie uczelnie oraz firmy związane z Czechami i językiem czeskim. O szczegółach nie ma sensu się rozpisywać - nikt nie uwierzy, jak potrafią zachowywać się profesorowie darzeni czcią za tytuły naukowe, ani jak te tytuły większość z nich zdobywa.

Egzamin na studia doktoranckie - upodlenie człowieka po siedmiu latach studiów. Wielcy naukowcy śmieją się pod nosem, kiedy się przedstawiasz, a potem kpią z twoich pomysłów.

Czas spędzony na nauce uważany za czas stracony, mam poczucie straconej młodości, przegranego życia i braku jakiegokolwiek celu. Czas spędzony nad książkami i w bibliotekach wolałbym spędzić na siłowni - byłbym wtedy kimś, człowiekiem szanowany, marzę o byciu zawodnikiem MMA i laniu dresiarskich ścierw. Co do angielskiego - wtedy nie było tylu materiałów do samodzielnej nauki. Z powodów zdrowotnych nie mógłbym i tak wyjechać do pracy w Anglii.

Obecnie jedyne, co mi pozostało ze studiów, to kłopoty z gramatyką, ortografią i nauką - skutek uboczny nauki siedmiu języków słowiańskich w krótkim czasie (+ dwa języki bałtyckie).

PODSUMOWANIE

Dla młodego pokolenia moje opisy mogą być czystą głupotą, a moje wybory życiowe niezrozumiałe. Musicie jednak pamiętać, że wtedy były inne czasy:

- gdybym jeszcze raz miał wybierać w 1998 roku średnią szkołę z ówczesną ofertą edukacyjną, wybrałbym tak samo. Były inne kierunki niż obecnie, inne perspektywy, nie było wszystkiego na wyciągnięcie ręki w internecie.

- technik telekomunikacji był świetnym zawodem, po szkole miała być praca w centrali lub biurze obsługi klienta, a wtedy była to jedna z najlepiej płatnych i prestiżowych prac dla osób bez studiów. Był nawet kierunek "technik usług pocztowych i telekomunikacyjnych". W 1998 roku nie mogłem przewidzieć rewolucji w telefonii komórkowej, satelitarnej, rozwoju internetu i wielu innych rzeczy.

- studia humanistyczne lub społeczne w 2003 roku miały zagwarantować sukces na rynku pracy. Był pęd do wiedzy, wyścig szczurów, moda na języki obce. Inaczej mówiąc, dużo osób z mojego pokolenia zostało "zrobionych w chuja".

- dostanie się w 2006 roku na Socrates-Erasmus, jeszcze po takiej szkole średniej jak moja, było wielkim osiągnięciem, tak samo jak otrzymanie stypendium ministra za wyniki w nauce. Dziś to pikuś.

- kiedy studiowałem filologię słowiańską, aby zdobyć jakiekolwiek informacje na przykład o Chorwacji, Serbii, czy Macedonii, trzeba było jeździć po bibliotekach w miastach wojewódzkich i modlić się, aby pojedyncze książki o historii, realiach i literaturze tych krajów były dostępne, a podróż w tamte rejony wydawała się czymś nierealnym. Dziś wystarczy jedno kliknięcie - Wikipedia oraz liczne blogi podróżnicze wyjaśniają wszystko. Niesamowity postęp.

2. Moja "kariera przestępcza"


Opinia publiczna od 2010 roku uważa mnie za zbrodniarza i psychopatę, a pracodawcy związani w jakikolwiek sposób z Czechami na dźwięk mojego nazwiska w słuchawce pracowników Powiatowego Urzędu Pracy natychmiast rezygnowali. Nie ma sensu zatajać tych informacji, bo i tak ewentualni pracodawcy oraz partnerzy szybko się dowiedzą. Chociaż mam wyrok sądu umarzający najbardziej znaną sprawę z uzasadnieniem przeczącym medialnej wersji wydarzeń i artykułom przygotowanym przez polskich sprzedajnych dziennikarzy, nigdzie o tym nie napisano i tak będzie do końca - niewygodne fakty są pomijane na każdym szczeblu, a czechofile robią wszystko, aby wszyscy dowiedzieli się medialnej prawdzie.

PIERWSZA SPRAWA KARNA

Niepowodzenie na uczelni połączyło się z poważnymi kłopotami rodzinnymi. Postanowiłem walczyć z uczelnią o dobre imię, w sposób nietuzinkowy, jak przystało na mnie. Opisywałem wszystko w internecie, zrewanżowałem się uczelni za szykany podkładając ryby za szafami i w szybach wentylacyjnych, kostkę masła na szafie koło gabinetu dziekana i zrobiłem kupę pod drzwiami Romana Madeckiego - wybitnego polonisty. Liczyłem iż zostanie to potraktowane jako czeski humor, winę za ryby zwalę na koty żyjące w budynkach uczelni, zawnioskuję o badanie DNA stolca, w razie ewentualnych problemów udowodnię swoją niewinność w sprawiedliwym, niezawisłym sądzie, gdzie świadkowie muszą mówić prawdę, a szykany wyjdą na jaw i oczyszczę swoje imię.

Nie wiedziałem jednak, jak działają sądy - myślałem, że wszystko trzeba udowadniać, oskarżony może łatwo się bronić lub podważać zeznania świadków. Wrobiono mnie w szereg innych przestępstw, między innymi w zniszczenie zamków oraz podłożenie jakichś petard lub ładunków wybuchowych pod gabinetem ponad 70-letniej sekretarki slawistyki. Według zeznań świadków po wybuchu popękały szyby w oknach, zostały uszkodzone meble, na korytarzach było pełno dymu; a studenci i pracownicy są przerażeni i boją się przychodzić do szkoły. Co się okazało - ktoś podłożył "bombę śmierdzącą" (wielki wybuch w 00:37) pod gabinetem nauczycieli bałkanistyki, a reszta to celowy zabieg, aby zrobić ze mnie zwyrodnialca atakującego bezbronne staruszki. Nikogo to jednak nie obchodzi, również sądu.

Na uczelni rozwieszono plakaty z moim wizerunkiem, na których było napisane "Dariusz Sieczkowski - jeśli zobaczycie tego osobnika na Wydziale Filologii, powiadomcie niezwłocznie policję, która prowadzi śledztwo w sprawie ataków wyżej wymienionego na pracowników i majątek uczelni". Przebywałem nieświadomy niczego w Polsce, plakaty szerzyły się drogą internetową bez mojej wiedzy przez kilka miesięcy - podobnie jak decyzja komisji dyscyplinarnej. Wiadomo, jak wyobrażali mnie sobie studenci zapatrzeni w wykładowców, ludzie oglądający te plakaty na różnych forach i stronach internetowych. Chodzi psychol z nożem i atakuje. Oczywiście czescy tchórze i kłamcy nie ujawnią się z imienia i nazwiska, kto zdecydował o rozwieszeniu tych plakatów.

Słynne plakaty z moim wizerunkiem w formie listu gończego na Uniwersytecie Masaryka w Brnie (2010). Zdjęcie z 2006 roku, ale pomimo siwych włosów można mnie rozpoznać. Gdyby napisali "Dariusz Sieczkowski - wielki gangster, podkłada ryby za szafami i robi kupy pod drzwiami, dzwońcie natychmiast po policję", nie miałbym zastrzeżeń. Obecnie to moje oficjalne zdjęcie.

Kiedy dowiedziałem się o plakatach zgłosiłem się na policję Brnie, aby złożyć zeznania, licząc również na odszkodowanie za plakaty w razie uniewinnienia. Całą procedurę od postawienia zarzutów (pierwsze przesłuchanie było w porządku) do procesu mogę określić jednym słowem - farsa. Jak się bronić, kiedy wystarczy słowo świadka bez weryfikacji, sędzia uchyla wszystkie pytania do świadków i odrzuca wszystkie wnioski dowodowe? Zostałem skazany na 6 miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na 18 miesięcy oraz zakaz pobytu na terenie uczelni przez 18 miesięcy plus zwrot kosztów rzekomo zniszczonych zamków.

Magdalena Krzyżanek (panieńskie Czapla) z Trzyńca, która zeznawała przeciwko mnie, po wyciszeniu sprawy poszła na studia doktoranckie na brneńskiej slawistyce i prowadziła zajęcia na polonistyce. Promotorem był nikt inny jak Roman Madecki. Zajmowała się tym, czym miałem się zajmować ja. Kiedy kilka lat wcześniej pisałem, że tak będzie, wyśmiewano to jako chorobę psychiczną.

DRUGA SPRAWA KARNA

Druga sprawa karna łączy się z pierwszą i to ona mnie rozsławiła jako wielkiego terrorystę i psychola. Był październik 2011 roku. Złożyłem odwołanie, ale spodziewałem się odrzucenia apelacji i podania wyroku do publicznej wiadomości we wszystkich mediach, więc osiem dni wcześniej na swojej stronie opublikowałem czterostronicowe oświadczenie, w którym opisałem szykany na uczelni oraz przebieg procesu. Na koniec celowo napisałem, iż "co noc śni mi się iż podpalam uczelnię oraz morduję swoich prześladowców", "nie dziwię się Breivikovi" i kilka podobnych zdań, przy czym swoich prześladowców wymieniłem z imienia i nazwiska, aby w przyszłości każdy, kto będzie miał z nimi problemy, mógł się powołać na moją sprawę. Oświadczenie według założeń miało się pojawić w mediach zamiast komunikatu prasowego.

Już dzień po publikacji swojego oświadczenia notowałem w statystykach strony wejścia z czeskiej policji, polskich i czeskich służb specjalnych (w 2011 roku można to było w prosty sposób sprawdzać). Trzy dni przed sprawą pojechałem jeszcze do Czech złożyć dodatkowe pismo w sądzie oraz prowokować policję, aby myśleli, że pójdę na rozprawę. Było dla mnie jasne, że będą chcieli mnie zatrzymać lub zabić i chwalić się całemu światu, jak udaremnili zamach terrorystyczny.

19.10.2011r., w dniu posiedzenia apelacyjnego, rano wracałem pociągiem do Polski. O 12:00 wysiadłem w Zebrzydowicach, a tuż za Zebrzydowicami pociąg się wykoleił. Po 19:00 wracam do domu, włączam komputer, a tam na wszystkich czeskich portalach artykuły o mnie na głównej stronie jako "Pilne". Wszystko jeszcze lepiej niż przewidywałem, tylko media z czterech stron wybrały sobie cztery linijki, a resztę całkowicie pominęły. I do dziś wszyscy trzymają się tej wersji. Nie minęło 15 minut, jak policja zapukała do drzwi. Na szczęście miejscowa policja, dlatego nie zostałem aresztowany.

Przez następne kilka dni jeszcze bardziej przekręcone artykuły pojawiały się w polskich mediach, a na forach produkowali się czechofile wierzący w swoją misję zbawienia świata przez braterstwo czesko-polskie. Postawa polskich mediów to typowy obraz zeszmacenia Polaków, szkoda gadać. Świetnie się człowiek czuje, kiedy siedzi w domu i czyta w mediach, że przebywa w areszcie. Polska policja mogła mnie wtedy aresztować, zabić, prokuratorzy oskarżyć o terroryzm, a sądy skazać na wieloletnie więzienie po pokazowym procesie ku uciesze motłochu.

Swoje zrobiły jednak szkalujące mnie artykuły, w tym paszkwil z pióra Krzysztofa Strauchmanna, hieny dziennikarskiej z "Nowej Trybuny Opolskiej", przedrukowany później w "Angorze". Zobaczcie na przykład artykuł z Interii. Zwróćcie uwagę, że geniusze z Interii specjalnie wkleili zrzut ekranu tak, aby było widać moje nazwisko. Co ciekawe, w ostatnich latach sporo z tych artykułów "wyparowało" z internetu.

Czesi zaangażowali przeciwko mnie służby specjalne, polityków i dyplomatów, nie mogąc pogodzić się z tym, iż nie udało im się zatrzymać wielkiego terrorysty i zrobić pokazówki na cały świat. Sprawa trafiła do Polski pod koniec 2011 roku. Z początku sprawę rozpatrywano w Sądzie Rejonowym w Oświęcimiu. Zostałem skazany przez słynnego sędziego Konrada Gwoździewicza, a kluczowym dowodem na moją niekorzyść była opinia sąsiadów, według której "oskarżony jest miły, spokojny, uczynny, nie wywołuje awantur, nie ma problemów z alkoholem i narkotykami" (tacy dokonują największych zbrodni). Nie tylko się odwołałem, ale napisałem, co myślę o takim uzasadnieniu, przez co miałem kolejne problemy z prawem.

Ku mojemu zaskoczeniu Sąd Okręgowy w Krakowie potraktował moją apelację poważnie i przekazał sprawę do ponownego rozpatrzenia, uznając argumenty z odwołania. (Rok 2013)

Później sprawę prowadził Sąd Rejonowy w Wadowicach. Sędzia Robert Leśniak dał się poznać jako sędzia świetnie znający prawo, a przy tym beznadziejny przypadek czechofila. Na każdej rozprawie podkreślał, jak bardzo kocha Czechów, jaki to wspaniały kraj i jak świetnie ich wspomina z czasów, kiedy orzekał w Cieszynie. Do zakończenia procesu pozostało przesłuchanie dziekana Wydziału Filologii w Brnie, który przez 2 lata nie odbierał wezwań. Przyjechał po dwóch latach, kiedy byłem tuż po chemioterapii i miałem problemy z pamięcią. Sędzia Robert Leśniak z biegłą tłumaczką Gabrielą Pagiełą-Wątrobą witali się z nim serdecznie już przed rozprawą, podczas rozprawy traktowali go jak jakiegoś króla; sędzia wielokrotnie dziękował mu za przybycie, podkreślając, że czuje się zaszczycony mogąc go poznać. Ja się czułem jak najgorsza szmata - polska szmata.

Na koniec sprawę umorzono z powodu niskiej szkodliwości społecznej czynu, choć powinienem zostać uniewinniony. Wybrano jednak rozwiązanie typu "wilk syty i owca cała", a sprawę wyciszono. Uważam, że wyrok z uzasadnieniem powinien zostać opublikowany (koniec 2015 roku). Uzasadnienie wyroku przeczyło medialnej wersji.

Co najgorsze - kiedy była nagonka na mnie, media zakochane w Czechach prześcigały się w stronniczych artykułach. Kiedy jednak okazało się, że sprawa wygląda zupełnie inaczej, nie napisał już o mnie nikt. O umorzeniu również nie było wzmianki w mediach, a czescy mocarze i czechofile nadal wklejają odnośniki z artykułami w czeskich mediach przy różnych komentarzach - wyroku z uzasadnieniem jednak nie wklei nikt. Ja sobie wszystko skrupulatnie notuję i czekam.

Czeska krucjata przeciwko mnie kosztowała POLSKICH podatników kilkaset tysięcy złotych.

Paradoks - dzięki przekazaniu sprawy do Polski udało się zapobiec tragedii rodzinnej i sprawy rodzinne ustabilizowały się.

Gdybym został zamordowany przez Czechów (obojętnie, czy w sposób niezgodny z prawem, czy w majestacie prawa), ludzie z całego świata, a szczególnie Polacy gratulowaliby im. Zeszmacenie w Polsce, połączone z kultem cudzoziemców, jest niewiarygodne.

TRZECIA SPRAWA KARNA

Trzecią sprawę karną miałem za zniesławienie sędziego Konrada Gwoździewicza w środkach masowego przekazu. Sprawę prowadziła Prokuratura Rejonowa w Myślenicach, a orzekał Sąd Rejonowy w Chrzanowie (najeździłem się po sądach i prokuraturach), akta krążyły też pomiędzy prokuraturami a sądami w Wadowicach, Krakowie i Oświęcimiu. Chodziło o krytykę wymiaru sprawiedliwości, zarzucanie sędziemu tendencyjnego prowadzenia spraw w celu wypromowana się w mediach, współpracę z dziennikarzami oraz naśmiewanie się przeze mnie ze zdjęć na "Naszej Klasie", na których prawie 40-letni sędzia na swoim profilu pozował jako Rambo, Krokodyl Dundee i Indiana Jones. Zostałem uznany winnym, ale sąd odstąpił od wymierzenia kary, musiałem zapłacić jedynie 1000 zł zadośćuczynienia.

Wyrok nie był najgorszy, biorąc pod uwagę, kim był pokrzywdzony. Wiem, mógłbym walczyć o warunkowe umorzenie, ale doszedłem do wniosku, że szkoda zdrowia i nerwów. Sędzia żądał 6 miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na 5 lat i 50 tysięcy złotych zadośćuczynienia. Sędzia Gwoździewicz nie poniósł żadnej kary za złe prowadzenie sprawy i nieuzasadnione doniesienia do prokuratury, ale tak wygląda równość wobec prawa. (lata 2013-2015)

PODSUMOWANIE

Na swoim koncie mam także szereg umorzonych spraw z doniesień wspomnianego sędziego, w tym wnioski o tymczasowe aresztowanie. Jeśli chodzi o wymiar sprawiedliwości, to dużo zależy, na kogo traficie. Nie wszyscy policjanci, prokuratorzy i sędziowie są źli i niekompetentni, ale jeżeli źle traficie, nie macie szans, choćbyście nie wiem jak się bronili.

System niszczy ludzi przez rozpatrywanie spraw latami, a kiedy w końcu po wielu latach nawet symbolicznie dojdziecie sprawiedliwości, nie jesteście już tym samym człowiekiem. Wysiada psychika, wysiada organizm. Nie możecie się też później odnaleźć, a prawdziwym przestępcom przez te lata włos nie spadł z głowy i zarabiają grube pieniądze, później ustawiają swoje rodziny, a sami mają wysokie emerytury. Jeżeli pracujecie, stracicie fortunę na adwokatów i koszty postępowań; ja taki głupi nie byłem.

Zauważyłem też, że ludzie usprawiedliwiają najbardziej obrzydliwe posunięcia ludzi przy władzy, a jakikolwiek opór wobec osób na stanowiskach traktowany jest jako największa zbrodnia oraz choroba psychiczna.

Moja walka o sprawiedliwość nie miała żadnego sensu - ludzie i tak będą wiedzieli swoje, będą ślepo wierzyli w sfałszowane dokumenty, uzasadnienia odbiegające od stanu faktycznego, a nikt nie dopuści, aby porządek świata został zburzony. To walka z wiatrakami. Ale kto mi uwierzy?

Wszelkie instytucje stworzone do nadzoru spraw sądowych, ochrony praw człowieka, polskie ambasady to zwykły pic na wodę.

Gdybym był sądzony w Czechach, trafiłbym do więzienia na kilkanaście lat za terroryzm, gdzie pewnie ktoś pomógłby mi popełnić samobójstwo. Wszyscy byliby szczęśliwi, a Polacy gratulowaliby Czechom skuteczności w działaniu.

Co jest najśmieszniejsze - na studiach doktoranckich i później chciałem zajmować się słownictwem policyjno-prawnym w językach słowiańskich.

JAKI Z TEGO MORAŁ?

Lepiej wszystkim lizać dupę, niż pod drzwiami robić kupę

(Złota myśl Dariusza Sieczkowskiego)

3. Choroba nowotworowa


Kiedy wydawało się, że sprawy sądowe zbliżają się do końca i będę mógł wrócić do normalnego życia, przyszła choroba nowotworowa. W sumie po wielu latach ciągłego stresu spodziewałem się tego, mimo to potwierdzenie moich podejrzeń było szokiem. Miałem szczęście w nieszczęściu - trafił mi się jeden z "lepszych" nowotworów.

Podczas choroby i leczenia człowiek uświadamia sobie bezsens całej tej gonitwy za nieosiągalnymi celami, dobrami konsumpcyjnymi, bezsens kłótni o drobiazgi, bezsens konfliktów o nic. Mówicie sobie, że dalszą część życia spędzicie spokojnie, odpuścicie dawne waśnie, wystarczy skromne życie, ale żeby coś z życia mieć, w przypadku śmierci odejść z uśmiechem na ustach.

Niestety, po chorobie to wszystko uderza ze zdwojoną siłą - wszechobecne chamstwo, agresja, pogarda, kłótnie o głupoty, wyścig szczurów. Nie chcecie brać w tym udziału, ale przez to jesteście uważani za mięczaka, nieudacznika i frajera.

W przeciwieństwie do ludzi sukcesu boję się dużo groźniejszych chorób - glejaka, stwardnienia zanikowego bocznego, czy pęknięcia tętniaka. Wiem, jak kruche jest życie, dlatego cenię sobie każdy dzień, za co jestem wyśmiewany. Jak mężczyzna może dbać o zdrowie, robić badania profilaktyczne badania, jak może interesować się apiterapią i homeopatią? No jak?

4. Kariera zawodowa


Jako człowiek ambitny i ciekawy świata marzyłem o pracy dziennikarza lub naukowca na slawistyce. Otoczenie wybijało mi to z głowy - przecież praca prawdziwego mężczyzny to budowa, kopalnia, handel, fabryka. Z kolei w szkole średniej i na studiach mówiono mi, iż jeśli będę dobry w jakiejś dziedzinie, będę doskonalił swoje umiejętności, to na pewno odniosę sukces. Okazało się to wielką bzdurą, podobnie jak rady różnych doradców zawodowych.

Po latach potwierdziło się, że moje umiejętności i wykształcenie nie mają żadnej wartości na rynku pracy. Wprawdzie biegle znałem język czeski, dobrze słowacki, słoweński, serbski i chorwacki, do tego podstawy litewskiego, łotewskiego i macedońskiego. Po latach bez kontaktu z tymi językami te, które znałem dobrze, znam tylko biernie, podstawy dawno odeszły w niepamięć, jedynie czeskiego nie zapomniałem, choć po latach jest znacznie gorzej niż kiedyś. Co najgorsze, po lekturze forów internetowych coraz częściej zastanawiam się, jak napisać coś po polsku, aby nie popełnić błędu ortograficznego lub stylistycznego.

Mój problem to język angielski - niby znam biernie, czytam gazety, portale, książki, ale kiedy przyjdzie do aktywnego używania, to pustka w głowie. To całkowicie wyklucza z życia zawodowego. Wygrali ci, którzy wyjechali do pracy w Wielkiej Brytanii i tam nauczyli się płynnie mówić po angielsku.

Moja kariera zawodowa jest krótka - na uczelni do czasu szykan pracowałem jako "asystent studencki" za stypendium, prowadziłem bibliotekę polonistyczną, zajęcia, dorabiałem też jakiś czas w wydawnictwie. Po sprawie z uczelnią próbowałem sił w biznesie z fatalnym skutkiem.

Kiedy wchodziłem na rynek pracy, sytuacja na nim wyglądała zupełnie inaczej - było tak: harówka za darmo albo za grosze lub studia i nadzieja na dobrze płatną pracę. Wmawiano ludziom, że powinni się cieszyć, iż ktoś chce ich wziąć na bezpłatny staż lub praktykę - szkoda gadać. Młodsze pokolenie, które potrafi o siebie walczyć i ceni się , nie jest w stanie tego zrozumieć.

Kiedy dobrze mi szło, nikt nie potępiał wybranej ścieżki zawodowej. Kiedy wszystkie projekty okazały się klapą, wciąż słyszę krytykę i wielkie rady, gdzie powinienem pracować. Nauczyło mnie to jednego: w życiu liczą się tylko pieniądze. Nie zarabiasz - jesteś szmatą.

W sumie studia do niczego nie przydały mi się, podobnie jak wszystkie moje projekty. Całkowita strata czasu. Ale przynajmniej na sobie pokazałem, że wiele medialnych haseł to bajki. Dziś żałuję, że uczyłem się, zamiast chodzić na siłownię i zajęcia ze sztuk walki. Tylko twardziele i wojownicy są szanowani. Podziwiam gangsterów i wojowników MMA. Chciałbym być taki jak oni, jako humanista jestem największą szmatą.

Lata pracy przy komputerze, tworzeniu słowników i innych projektów zniszczyły wzrok, kręgosłup i mięśnie. Już za późno, żeby coś zmienić. Zrozumiałem, że bez pieniędzy oraz odpowiedniego zaplecza człowiek nie ma szans się przebić, szkoda nawet próbować. Bez względu na zdolności i zaangażowanie będziesz tylko dostarczycielem wiedzy i pomysłów. Liczy się rozpoznawalność; liczba fanów, znajomych na portalach społecznościowych oraz liczba lajków, które możesz wygenerować.

5. Twórczość


Oprócz tworzenia tej strony i bloga "Kolej na Podróż" przez wiele lat tworzyłem słowniki do nauki języków słowiańskich, później też języka angielskiego. Specjalizowałem się w tworzeniu słowników tematycznych - bardzo przydatnych w nauce języków obcych. W czasie studiów liczyłem, iż pomoże mi to w dostaniu się na studia doktoranckie i późniejszej karierze. A tak naprawdę moje słowniki są jedynie obiektem drwin, podobnie jak cała moja twórczość.

Dorobek mam pokaźny. W słownikach są wprawdzie błędy, lecz nie da się ich uniknąć podczas samodzielnej pracy. Wbrew pozorom to trudna i czasochłonna praca, którą kiedyś trzeba zakończyć. Dopiero później można wychwycić błędy lub niedokładne tłumaczenie.

Ostatnia moja praca to Angielsko-polski słownik tematyczny z grudnia 2016 roku.

Nie zajmuję się już tym, ponieważ to zajęcie bardzo obciążające wzrok i kręgosłup. Kocham to, mógłbym tworzyć słowniki, filmy na You Tube, inne materiały, prowadzić blogi lub profile językowe na Facebooku, ale w czasach Wikipedii i wysypu serwisów z bezpłatnymi materiałami można to robić jedynie za darmo, przez co masowo upadają wydawnictwa naukowe, a dla takich jak ja nie ma miejsca.

Moja kolejna pasja to fotodokumentacja zmian zachodzących w moim mieście. Zajmuję się tym od 2000 roku i mam sporą kolekcję zdjęć archiwalnych. Pasja przez otoczenie dawniej wyśmiewana jako choroba psychiczna, po latach okazuje się czymś przydatnym. Nieregularnie redaguję stronę z archiwalnymi zdjęciami Oświęcimia.

6. Podróże


Podróżnik ze mnie marny. Po raz pierwszy wyjechałem w samotną podróż dopiero w wieku 18 lat i był to wyjazd w sprawie urzędowej do miasta oddalonego o 30 km, po kłótni z rodzicami. Wcześniej słyszałem, że napadną mnie, zamordują mnie i tym podobne. Od tamtej pory zakochałem się w podróżowaniu koleją.

Dzięki studiom i stypendium ministra mogłem poznać zobaczyć trochę Europy, w tym odbyć dwie podróże z biletem Interrail. W sumie, biorąc pod uwagę moje możliwości, sporo zwiedziłem.

Podróżuję samotnie. W przeciwieństwie do wielu osób nie podróżuję, aby szpanować na portalach społecznościowych. Nie interesują mnie modne kierunki podróży, modne atrakcje, staram się samodzielnie wyszukiwać mniej znane, urokliwe miasteczka. Nie ciągnie mnie na przykład do Tajlandii, Australii, Zjednoczonych Emiratów Arabskich albo Stanów Zjednoczonych. Mam za sobą również czasy podróżowania na zasadzie "jak najtaniej".

Jeśli jadę do jakiegoś kraju, to nie ograniczam się do stolicy - zwiedzam też mniejsze, nawet przeciętne miasta, próbuję uchwycić nieistotne szczegóły, spróbować lokalnej kuchni i produktów spożywczych.

Planów ani marzeń podróżniczych sprecyzowanych nie mam. Swoje zwiedziłem. Co będzie, to będzie. Dla mnie to nie jest priorytet, najważniejsze jest zdrowie. Chciałbym zwiedzić sporo miejsc, lecz jeśli ich nie zwiedzę, nic się nie stanie.

Są tacy, którzy twierdzą, że zdrowie i finanse to tylko wymówka, a każdy może podróżować w sposób nieograniczony. Jeżeli ktoś chce przez całą podróż gonić po ubikacjach lub chodzić po szamanach, to jego sprawa. Mnie taki styl nie odpowiada.

Moja pasja do podróży koleją, chęć poznawania świata oraz styl podróżowania również spotykają się z druzgocącą krytyką otoczenia. Wciąż słyszę "po co ci to", "na co ci to", "nic ci to nie da".

Obecnie podróżuję bardzo rzadko - brakuje pieniędzy, nie lubię też tłumów.

7. Filozofia życiowa


Mam zupełnie inną filozofię życiową niż rówieśnicy. Nie zazdroszczę innym markowych ciuchów, nowego samochodu, biżuterii lub nowego domu. Starszym zazdroszczę jedynie zdrowia i siły, a młodszym niepoprawnego optymizmu oraz wiary w piękny świat pełen dobra i miłości.

Moi krytycy uważają, że gdybym był optymistycznie nastawiony do świata, to odnosiłbym sukcesy, a porażki są spowodowane moim pesymistycznym nastawieniem. Bzdura - nawet, kiedy jestem do czegoś nastawiony optymistycznie, to i tak się nie udaje.

Moje motto życiowe (kolejna moja złota myśl):

Urodziłeś się śmieciem, śmieciem umrzesz - przeznaczenia nie da się oszukać

Wyśmiewane przez innych motto oznacza, iż skoro jednym udaje się wszytko, innym nie udaje się nic. Wszelkie starania, wysiłki, dążenia są z góry skazane na porażkę, choćbyś nie wiem, co robił i ile się napracował. Po prostu nie masz szans - przeszkody się piętrzą, a ciosy od losu przychodzą w najmniej oczekiwanym momencie.

Niektórych rzeczy nie da się wytłumaczyć i trzeba pogodzić się z przeznaczeniem, aby odzyskać spokój ducha. Spójrzcie na przykłady: te same słowa wypowiedziane przez jedną osobę zostaną uznane za wspaniałą myśl, wypowiedziane przez inną za durny wymysł chorego psychicznie. Podobnie jest ze wszystkim - pasją, umiejętnościami, twórczością. O powodzeniu często decydują układy, popularność i dobry start zapewniony przez rodziców. Ale są tacy, którzy mają wyjątkowego, niewytłumaczalnego pecha.

Przykład: podkładałem ryby na uczelni i zrobiłem kupę po drzwiami jednego z wykładowców. Jest to uznawane za wielką zbrodnię, czyny wymagające odizolowania w szpitalu psychiatrycznym lub wieloletniego osadzenia w zakładzie karnym. Gdyby to zrobił Czech podobnym bucom na uczelni w Polsce, wszyscy śmialiby się z tego i brali to jako świetne czeskie poczucie humoru. Dlaczego tak jest? Takie jest przeznaczenie. Cokolwiek zrobisz i tak zostanie odebrane jako choroba psychiczna.

Moje ambicje życiowe:

Uzbierać na kremację, bo na pogrzeb i tak nikt nie przyjdzie.

Mój cel w życiu:

Wyrównać rachunki z moimi oprawcami z Zespołu Szkół Budowlanych w Oświęcimiu.

Moje plany na przyszłość:

Na przyszłość planów nie mam, z marzeń i ambicji zrezygnowałem, jest mi wszystko jedno. Wstaję i nie widzę żadnego celu. Przydałoby się napisać coś dla potomnych, wspomnienia opisujące dzisiejsze zwariowane czasy. Tylko po co, skoro ktoś to później splagiatuje i zarobi fortunę, a ja nawet grobu nie będę miał.

8. Moje naj...


Aby moi krytycy mogli się naśmiewać, przygotowałem też parę ciekawostek o sobie, czyli co lubię, a czego nie.

Wymarzona dziewczyna - już była, ale przeznaczenie oczywiście niszczy wszystkie plany.

Wymarzone miejsce do życia - nie mam.

Najpiękniejszy kraj - pod względem architektonicznym najbardziej podobały mi się Dania i Łotwa, pod innymi względami żaden kraj mnie nie zachwycił.

Ulubiony kraj - nie ma takiego.

Najbardziej znienawidzony kraj - Czechy - bandyckie państwo kochane przez masy naiwnych Polaków. Oczywiście trzeba odróżnić mafijne struktury tego państwa od zabytków, ładnych miast i na przykład służby zdrowia - co zasługuje na pochwałę, to pochwalę. W Czechach lepsze też było życie na co dzień - brak takiego chamstwa jak w Polsce, agresji oraz kosmicznych oczekiwań otoczenia.

Najbardziej obrzydliwi ludzie - czechofile. W czasach studenckich naśmiewałem się z ich głupoty, pisząc sarkastyczne komentarze na forach, ale głupota tych ludzi jest niewyobrażalna. Bezkrytycznie zakochani w Czechach, żyjący w świecie bajek i chorych urojeń, które przedstawiają jako rzeczywistość, odporni na fakty, przekonani o własnej wyjątkowości i nieomylności. Po prostu tragedia. Najgorsze, że ich liczba rośnie, bo sporo osób wyjeżdża na przykład na Uniwersytet Masaryka w Brnie na stypendium Socrates-Erasmus, gdzie zajęcia mają 2-3 dni w tygodniu, resztę dni wolnego i stypendium 300-500 euro miesięcznie. Wiadomo - imprezy, podróże, beztroskie życie na koszt Unii Europejskiej, a później są przekonani, że Czechy to raj na ziemi, a Czesi to uosobienie dobra, ludzie pozbawieni jakichkolwiek wad. Na mój temat powtarzają plotki zasłyszane podczas pijackich libacji w brneńskich akademikach i robią to z wielkim zaangażowaniem wierząc, iż dzięki temu ratują świat.

Ulubiony przewoźnik kolejowy - České dráhy. Dawniej miałem o czeskich kolejach jak najlepsze zdanie, obecnie nie robią już takiego wrażenia, ale mimo wszystko bardzo lubię jeździć pociągiem po Republice Czeskiej.

Mój autorytet - nie mam.

Ulubiona książka - "Przeminęło z wiatrem".

Ulubiony pisarz - Józef Pięknorzycki z Mątwiłajec.(ciekawe, czy intelektualiści naśmiewający się z tego wiedzą, kto to był).

Ulubiony utwór muzyczny - brak

Lepiej wielkim być debilem, niż się spotkać z czechofilem

(Złota myśl Dariusza Sieczkowskiego)

9. Wiedza i doświadczenie życiowe w praktyce


W szkołach mówiono mi, żeby kształcić się, poszerzać swoje horyzonty, bo nauka to potęgi klucz, a zrozumienie świata pozwoli na lepsze życie. Jaka jest prawda? Wiedza, połączona z doświadczeniem życiowym, to przekleństwo, bowiem świadomość mechanizmów rządzących światem powoduje tzw. "ból istnienia" i alienację. Gdybyście chcieli poświęcić się jakiejś mało popularnej dziedzinie, zobaczcie, jakie będzie to miało konsekwencje w przyszłości w przypadku niepowodzenia, bowiem o tym nie wspomni żaden doradca zawodowy:

- siedzisz całymi dniami w bibliotekach. Po latach okaże się, że masz inne zainteresowania niż rówieśnicy, inaczej ukształtowaną osobowość, nie możesz do nich dotrzeć, nie macie wspólnych tematów do rozmów. Słuchasz innej muzyki, oglądasz inne filmy, czytasz inne książki.

- masz inne wartości niż rówieśnicy. Oni rozmawiają o samochodach, bójkach, są wulgarni, a ty nie potrafisz. Nie potrafisz też rozmawiać o ciuchach z kobietami, napawają cię obrzydzeniem wulgarne blachary rozkładające nogi na widok grubego portfela lub samochodu sportowego.

- nie odnajdziesz się w pracy zespołowej. Z tych samych powodów. Jeśli w grupie ktoś jest inny niż pozostali, jest tępiony.

- z powodu braku umiejętności interpersonalnych nie zrobisz również kariery w biznesie, marketingu, handlu i w wielu innych dziedzinach.

- dzięki doświadczeniu życiowemu widzisz manipulację mediów, widzisz obłudę polityków, nie oceniasz ludzi po stanowiskach, tytułach naukowych albo fałszywych uśmiechach przed kamerą lub na selfie. Otoczenie łyka papkę medialną, reklamy i pozory jak pelikany - nikt nie uwierzy ci, jak to wszystko naprawdę wygląda. Wyjdziesz na psychola.

- inni widzą nazwę jakiejś renomowanej firmy (np. przewoźnika) i wpadają w zachwyt na myśl choćby o pracy na najniższym stanowisku. Ty wiesz, że za sukcesem firmy kryje się donosicielstwo, bezwzględna rywalizacja, ogromna presja, drakońskie kary za najmniejsze błędy i wyzysk. Znasz kulisy biznesu, lecz nikt ci nie wierzy.

- przez swoją wiedzę nie potrafisz się spontanicznie bawić, wyluzować, zapomnieć o całym świecie. Dla otoczenia jesteś sztywniakiem, smutasem i pesymistą, którego należy unikać.

- analizujesz problemy z szerszej perspektywy, zamiast wysuwać najprostsze i najbardziej radykalne wnioski. Nie znajdziesz zrozumienia ze swoim podejściem.

- mówiono ci, iż o wartości człowieka świadczy jego wnętrze, tymczasem widzisz, że o wiele bardziej szanowane są osoby przebojowe, karierowicze, osoby zamożne, gangsterzy, dresiarze. Ty, jako mężczyzna zajmujący się pracą umysłową, jesteś na najniższym szczeblu w miejskiej dżungli.

Po co o tym piszę? Stronę i moje życiorysy czyta dużo młodych osób, niepoprawnych optymistów rozpieszczanych przez Unię Europejską, z łatwością oceniających innych. A życie nie jest tak proste, jak się wydaje. Tylko sport i znajomość sztuk walki zagwarantują wam szczęście oraz szacunek.



10. Co mnie irytuje na co dzień


Jako psychol i debil widzę rzeczy, których innych nie widzą, widzę też bezsens pewnych zachowań. Poniżej stworzyłem listę najbardziej irytujących mnie rzeczy, z którymi spotykam się na co dzień. Jako frajer i mięczak nie jestem w stanie taki być, co wyklucza mnie ze społeczeństwa. Szkoda, że nie ma eutanazji, bo patrząc na dzisiejszy świat człowiek ma ochotę zawinąć się w prześcieradło i zakopać na cmentarzu.

- wszechobecna agresja i wulgaryzmy. Skąd w ludziach tyle agresji? Nie mogę pojąć, jak łatwo wpadają w szał choćby na drodze. Ale to cecha pożądana - prawdziwi mężczyźni tak powinni się zachowywać. Wścieklizna to właściwe słowo.

- łatwość, z jaką ludzie dają się manipulować w kwestii polityki. Polityka to osobna sprawa, lecz Polacy pod przykrywką szczytnych haseł robią z siebie pożytecznych idiotów w zagrywkach obcych mocarstw. Boję się, że skończy się to wojną domową jak w Syrii, albo jeszcze gorzej.

- arogancja, połączona z niewyobrażalną pewnością siebie i przekonaniem o własnej nieomylności. Zastanawiam się często, jak ludzie mogą wierzyć w wypowiadane przez siebie głupoty, jak łatwo wychodzą na jaw ich najgorsze cechy, kiedy dostaną choćby odrobinę władzy.

- powszechna pogarda dla innych. Nie chodzi tu o tzw. tolerancję promowaną przez media, tylko zachowania na co dzień. Jeśli w jakikolwiek sposób odbiegasz od grupy lub ogółu, jesteś niszczony, o ile nie masz bogatych lub wpływowych rodziców. Brak wzajemnego szacunku widać na każdym kroku.

- zeszmacenie. Ludzie są zdolni do najpodlejszych intryg w zamian za premię, lepsze stanowisko, czy nawet lepszą ocenę. Dla mnie jest niepojęte, jak ludzi łatwo kupić - widać to chociażby w środowisku miłośników kolei. Niektórzy za gadżety firmowe będą wychwalać pod niebiosa przewoźników, atakując zaciekle krytyków. W szkołach i na uczelniach tak samo - lepsza ocena, jakieś stypendium i dawni świetni kumple nagle chcą cię rozszarpać jak dzikie zwierzęta.

- wyścig szczurów. Niewyobrażalna presja, aby być najlepszym, znać jak najwięcej języków, ukończyć jak najwięcej kierunków studiów, zdobyć jak najwięcej certyfikatów, zajmować najlepsze miejsca, zarobić jak najwięcej pieniędzy w najkrótszym czasie. Kiedy przychodzi choroba, to wszystko staje się nieważne. Po co więc tracić czas na głupoty, stresować się, zamiast lepiej wykorzystać życie, które w każdej chwili może się skończyć.

- głupota kobiet. Najpierw przez dziesięciolecia walczą o emancypację, wobec Polaków mają niebotyczne wymagania,a później masowo wychodzą za mąż za przystojnych książąt z orientalnych krajów i walczą o masowe sprowadzanie ich do Polski, wychwalając tamtejsze zwyczaje ustrojowe, przeczące temu, o co walczyły przez dziesięciolecia.

- tabloidyzacja i pogoń za sensacją w mediach i internecie. Dawniej marginalne zjawisko, obecnie dziennikarze zrobią wszystko, aby zdobyć jak najwięcej polubień, komentarzy, napiszą cokolwiek, aby artykuł uzyskał jak największą liczbę wyświetleń. Etyka to coś frajerskiego. Liczy się zysk, nawet kosztem zniszczenia komuś życia. Na takie zachowania istnieje przyzwolenie społeczne - przecież tłuszcza musi mieć rozrywkę.

- portale społecznościowe. Ludzie udają kogoś, kim nie są; robią wszystko, aby zyskać uznanie innych. Dla mnie to powód do śmiechu, dla innych liczba znajomych, polubień i fanów to wyznacznik wartości człowieka. Facebook wbrew pozorom bardzo się przydaje, jeżeli korzystacie z niego z rozsądkiem. A liczba znajomych? Zobaczycie, ilu tych znajomych pomoże wam w potrzebie.

- serwisy typu wiocha.pl . Cel - anonimowo komuś dokopać, podnieść własne ego, wyśmiać ludzkie ułomności. Najlepiej wyrwać coś z kontekstu wypowiedzi, ukraść czyjeś zdjęcie i zrobić głupiego mema, a gawiedź przeżywa orgazm.

- brak poszanowania praw autorskich. Odpisywanie bez podania źródeł, kradzieże zdjęć, map, używanie materiałów na licencji Creative Commons jako swoich bez podania autora. Wstyd, ale liczy się tylko liczba fanów i polubień, bez względu na zasady. Chyba nikt nie widzi w tym nic złego.

- komentarze internetowe. Jestem przerażony głupotą wielu z nich, pomijając opłaconych trolli. Najlepsze są komentarze pod opiniami dotyczącymi różnych produktów - na pierwszy rzut oka widać, że mamy do czynienia z kryptoreklamą. Gdybym to jednak powiedział niektórym osobom z otoczenia, znów zostałbym wyśmiany jako osoba chora psychicznie.

- czechofile, czyli ludzie ślepo i bezgranicznie zakochani w Republice Czeskiej. Kiedyś śmiałem się z ich głupoty, a okazało się, iż ta głupota jest niewyobrażalna i przekracza wszelkie granice. Czytając bzdurne komentarze wychwalające Czechy, czeski humor, czeską kulturę i czeską politykę nie wiem, czy śmiać się, czy płakać. Najgorsze, że oni w to wszystko wierzą i swoimi urojeniami kierują się w rzeczywistym życiu, zachowując się w stosunku do Czechów jak głupiutki szczeniaczek łaszący się do bijącego go pana.

- dwulicowość ludzi. Mnóstwo osób udaje kumpli, rozmawiają z tobą normalnie, a za plecami obgadują cię, często też wbijając przysłowiowy nóż w plecy, kiedy jesteś w potrzebie lub masz kłopoty.

- życie na pokaz. Nie będę tłumaczył, bo się załamię.

- roszczeniowa postawa wielu grup społecznych, szczególnie młodych i tzw. uchodźców.

11. Popularne hasła a rzeczywistość


Na koniec postanowiłem pokazać, jak głupie są popularne hasła promowane w mediach, przysłowia i tym podobne, które słyszę niemal co chwilę od osób krytykujących moją postawę życiową. Powtarzając mi któreś z tych haseł licz się z moim zdenerwowaniem. Nie mogę zrozumieć, jak społeczeństwo zachwyca się nimi. :

Co cię nie zabije, to cię wzmocni - bzdura. Ciągłe niepowodzenia, porażki, tragedie i choroby wzmacniają tak, że organizm wysiada - spada odporność, siwieją włosy, pojawiają się choroby autoimmunologiczne, człowiek przestaje wierzyć w cokolwiek (poza psychopatami, a tych jest sporo). Później pojawia się ból istnienia, a na koniec albo zabija nas choroba, albo zabijamy siebie. Czyli niepowodzenia będą wzmacniały nas tak, aż w końcu nas zabiją.

Chcieć to móc - hasło ludzi sukcesu. W praktyce oznacza "mieć układy to móc". Spytajcie o prawdziwość tych słów ludzi, którzy chcieli latać jak Batman albo ludzi umierających na ciężką chorobę, którzy nie pokonali choroby siłą woli.

Karma wraca - najgłupsze hasło świata. Zobaczcie, jak kończą ludzie, którzy poświęcili się w walce o wolność i dobro przyszłych pokoleń, a ci, którzy byli sprzedawczykami, zdrajcami, mordowali niewinne osoby albo skazywali niewinnych na śmierć. Ci pierwsi żyją w biedzie i nikt o nich nie pamięta lub umierali w zapomnieniu w więzieniach, ci drudzy ustawili siebie i wiele pokoleń swoich potomków, a życie kończyli z wysoką emeryturą oraz przywilejami. Świat jest dla ludzi bezwzględnych, gnid, kanalii, karierowiczów idących po trupach do celu.

Każdy jest kowalem swojego losu - według społeczeństwa bardzo mądre przysłowie. Ale spójrzcie, czy naprawdę na wszystko mamy wpływ? Geny, status materialny, otaczający nas ludzie... .Czy mamy wpływ na geopolitykę, epidemie chorób, ludzi na jakich trafimy? Czy od nas zależy, na jakiego trafimy nauczyciela, lekarza, sędziego, czy choćby szefa? Nawet jeśli ktoś jest utalentowany w jakiejś dziedzinie może trafić na ludzi, którzy będą go dopingować i pomogą mu się rozwinąć, lecz może też trafić na ludzi, którzy go zgnoją i zabiją w nim jakiekolwiek chęci do działania. Kto jest w takim razie kowalem naszego losu? W dużej części przypadek.

Za krytykę tych haseł podczas rozmów również jestem uważany za psychola i nieudacznika szukającego wymówek.