Świat Podróży Kolejowych

Obserwuj nas


Mapa odwiedzin


Statystyki od 25.04.2017 r.

Free counters!

DARIUSZ SIECZKOWSKI - O MNIE


Ostatnia aktualizacja: 01.05.2017

Spis treści:

1. Moje wykształcenie
2. Kariera przestępcza
3. Choroba nowotworowa
4. Kariera zawodowa
5. Twórczość
6. Podróże
7. Filozofia życiowa
8. Moje naj...
9. Wiedza i doświadczenie życiowe w praktyce
10. Co mnie irytuje na co dzień.
11. Popularne hasła a rzeczywistość

Nazywam się Dariusz Sieczkowski. Co jakiś czas ląduję na Wykopie, na portalach społecznościowych czasami publikowane są odnośniki do szkalujących mnie artykułów, więc postanowiłem opublikować swój życiorys. Niektóre informacje, w szczególności o mojej "działalności terrorystycznej" mogą się wydać bardzo przesadzone, lecz osoby mające doświadczenia z wymiarem sprawiedliwości będą wiedziały, że to nie jest żadna bajka.

Pewnie myślicie, że jestem jakimś młodym, pięknym, wiecznie uśmiechniętym człowiekiem sukcesu podróżującym po całym świecie. Nic bardziej mylnego - jestem psycholem, debilem, kryminalistą, frajerem, mięczakiem, nieudacznikiem, nierobem, darmozjadem, pasożytem, sztywniakiem, nudziarzem, ucieleśnieniem wszelkiego zła, a całe moje życie to jedna wielka porażka. Jestem ponadto frustratem i użalam się nad sobą. Życiorys mam wyjątkowo pogmatwany. Inni znają mnie też pod ksywami "Sieczu", służby specjalne, Interpol i Czesi dodatkowo jako "Polskiego Breivika", a za wredne poczucie humoru otrzymałem pseudonimy "Awruk Anabej" oraz "Świrosław Pajac". Takich jak ja powinno się poddawać eutanazji.

Pochodzę z Oświęcimia. Nie jestem też kolejarzem, w mojej rodzinie nie ma tradycji kolejarskich, nikt także nie był miłośnikiem kolei. Pociągami podróżuję z przyczyn zdrowotnych, gdyby nie one, pewnie nigdy nie ruszyłbym się z domu.

Idę pod prąd, nie jestem lizusem, wszystkich traktuję równo i jestem szczery do bólu, ponieważ słowa "w sądzie należy mówić prawdę" wziąłem sobie tak bardzo do serca, że nie potrafię kłamać i mówię prawdę nie tylko w sądzie. Więc jeśli kogoś pochwalę, jest to pochwała szczera. Sam jestem gruby, brzydki i pryszczaty, dlatego swoich zdjęć nie publikuję.

Mnóstwo osób krytykuje mnie za to, że piszę o sobie - ale czy mam się siedzieć bezczynnie i godzić się na to, aby inni pisali bzdury na mój temat bez prawa do obrony i sprostowania? Warto też opisać pewne kwestie, bowiem podobne rozterki przeżywa sporo osób z mojego pokolenia, czasami nazywanego pokoleniem straconym. Jest to artykuł przesycony pesymizmem, dlatego zastanów się dwa razy, zanim zaczniesz go czytać.

1. Moje wykształcenie


Urodzony w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku od dziecka różniłem się od rówieśników. Jestem z pokolenia spędzającego czas na grę w piłkę na dworze, wolnego od komputerów i smartfonów. Nie mam też żadnych talentów - rysować nie potrafię, tańczyć również, a gdybym zaczął śpiewać lub grać na instrumencie muzycznym, ludzie płaciliby mi, abym tylko przestał. Dawniej świetnie sprawdziłbym się jako kronikarz lub pracownik archiwum, obecnie moje umiejętności są bezwartościowe.

Po szkole i zabawach na podwórku, kiedy moi rówieśnicy interesowali się samochodami lub siłami zbrojnymi, ja ciekawy świata siedziałem nad atlasami świata, czytałem o innych krajach, egzotycznych zwierzętach, wkuwałem skarby kibica zagranicznych lig, interesowałem się wydarzeniami politycznymi, wydarzeniami ekonomicznymi, pochłaniałem ciekawostki w przyszłości niepotrzebne do niczego. Całkowita strata czasu.

W szkole podstawowej byłem jednym z najgorszych uczniów w klasie. Z nauczycieli nikt nie dawał mi szans na ukończenie nawet zasadniczej szkoły zawodowej. Z perspektywy czasu bardzo żałuję, iż wtedy nie rozwijałem się np. w kierunku języka polskiego, historii, czy geografii albo wyśmiewałem poglądy polityczne nerwowego pana od historii, które dopiero po wielu latach zrozumiałem. Miałem też świetną klasę, co sobie uświadomiłem, kiedy porównałem ją do klasy ze szkoły średniej.

Na przekór wszystkim poszedłem do technikum w oświęcimskiej "Budowlance" w zawodzie technik telekomunikacji. W 1998 roku wydawało się, że to zawód z przyszłością. Szkoła ta to narkotyki, przemoc, patologia, żałosny poziom nauczania, lizusostwo i chamstwo. Wbrew tym, którzy mnie przekreślali w podstawówce, przez cztery lata bardzo dobrze mi szło, oczywiście poza matematyką, byłem nawet jednym z lepszych uczniów w szkole. Problem pojawił się na początku piątej klasy, kiedy popadłem w konflikt z nauczycielem matematyki. Z jednego z lepszych uczniów szybko stałem złodziejem, chuliganem, sprawcą wszelkich nieszczęść, a czarę goryczy przelała plotka rozpuszczona przez nauczycieli, że przez jakieś moje listy do kuratorium matura będzie odbywała się pod nadzorem pracowników kuratorium z Krakowa, a nie nauczycieli ze szkoły (wtedy obowiązywała "stara matura"). Wiadomo, wszyscy w to uwierzyli, więc miałem dosłownie przejebane (nie ma innego słowa). Codziennie przez 4 miesiące, później nawet nie chodziłem do szkoły. Skończyło się na tym, iż to ja zdawałem maturę przed komisją kuratoryjną w Krakowie. O dziwo, poszło mi bardzo dobrze. Najlepsze, iż większość z nich do dziś wierzy, że to przeze mnie zdali maturę na ocenę dopuszczającą.

Obecnie ta pseudoszkoła jest w trakcie likwidacji, a kilka klas od 1 września 2017 trafi do innych szkół. Trudno winić za to tylko niż demograficzny. 15 lat temu uczyło się tam ponad 900 uczniów, obecnie niewiele ponad 300. Niestety, 20 lat temu oferta edukacyjna dla kończących szkołę podstawową była tak uboga, że nie znalazłbym nic innego.

Studia oznaczały zderzenie z rzeczywistością - na egzaminach wstępnych i na zajęciach z języka angielskiego zobaczyłem, jak niski był poziom nauczania w mojej szkole. Interesowałem się Europą Środkową i Bałkanami (nadal się interesuję), więc poszedłem na kierunek filologia słowiańska, specjalizacja: język czeski w zarządzaniu firmą. Zaocznie. Zjazdy odbywały się co 2 tygodnie, pozostałe dni spędzałem na wypisywaniu słówek i zdań z czeskich gazet po 8-10 godzin dziennie. Z początku nic to nie dawało, efekty przyszły dopiero po kilku miesiącach, a potem szło błyskawicznie.

Przełomem był wyjazd na stypendium Socrates-Erasmus na Uniwersytet Masaryka w Brnie. Mnóstwo przedmiotów fakultatywnych, świetnie wyposażone biblioteki. Zamiast imprezować, siedziałem do godziny 22 w bibliotekach, chodziłem na wiele zajęć, uczyłem się innych języków słowiańskich. W Polsce nagrodzono mnie też stypendium ministra za wyniki w nauce. Później drugi i trzeci raz. Postanowiłem tam za wszelką cenę zostać - najpierw zapisałem się na bałtystykę, ale rozczarowałem się przedmiotami teoretycznymi, później slawistyka ze specjalizacją język polski dla cudzoziemców, bowiem odkryłem, iż z językiem polskim mam sporo problemów, a dzięki temu mogłem zwrócić uwagę na gramatykę i stylistykę, jak też szlifować inne języki słowiańskie.

Studiowałem dla przyjemności i po to, aby porządnie się przygotować do studiów doktoranckich. Pod koniec studiów popadłem w konflikt z administratorami intranetu uczelnianego. Dodatkowo w tym samym czasie zmarł mój promotor. Poszło o błahostkę, ale wiadomo, jak to jest - podpadnie się komuś wpływowemu, to niszczą cię do końca, choćbyś nawet przeprosił lub zgłosił chęć polubownego rozwiązania konfliktu (podobne moje urojenia). Przebolałbym niezgodną z prawdą decyzję komisji dyscyplinarnej podjętą bez mojej wiedzy i prawa obrony, przebolałbym szykany na uczelni, ale nie potrafiłem przeboleć egzaminu na studia doktoranckie, w czasie którego komisja egzaminacyjna zachowywała się w sposób uwłaczający ludzkiej godności. Nie zostałem przyjęty jako jedyny w historii kierunku, choć poświęciłem na swoje studia 7 lat i wydałem niemal wszystkie pieniądze. Szlag mnie trafiał, kiedy widziałem, jacy ludzie są przyjmowani, dostają stypendia, mogą się rozwijać. Cóż, jedni mieli układy, inni nie zagrażali nikomu, bo niczym się nie wyróżniali. Było jasne, że dostałem tzw. "wilczy bilet", a kłopoty rodzinne uniemożliwiły mi nawet egzaminy na studia na innych uczelniach.

W sumie jeśli spojrzę na zachowanie i kulturę osobistą większości wykładowców z Uniwersytetu Masaryka w Brnie i większości uczniów z mojej szkoły średniej, to niewiele się różnią. Tylko statusem materialnym od urodzenia.

Czas spędzony na nauce uważany za czas stracony, mam poczucie straconej młodości, przegranego życia i braku jakiegokolwiek celu. Po co był cały ten stres związany ze sprawdzianami, egzaminami, czy maturą? Po co na studiach tyle bezwartościowych, nikomu niepotrzebnych przedmiotów? W mojej szkole średniej był tragiczny poziom, ale z drugiej strony może to i lepiej. Nie każdy musi być lekarzem, programistą albo inżynierem. W przyzwoitym liceum nie dałbym sobie rady z matematyką, biologią oraz chemią, więc nie ukończyłbym nawet szkoły średniej. Co do angielskiego - wtedy nie było tylu materiałów do samodzielnej nauki.

2. Moja kariera przestępcza


Opinia publiczna od 2010 roku uważa mnie za zbrodniarza i psychopatę, a pracodawcy związani w jakikolwiek sposób z Czechami na dźwięk mojego nazwiska w słuchawce pracowników Powiatowego Urzędu Pracy natychmiast rezygnowali. Nie ma sensu zatajać tych informacji, bo i tak ewentualni pracodawcy oraz partnerzy szybko się dowiedzą.

PIERWSZA SPRAWA KARNA

Niepowodzenie na uczelni połączyło się z poważnymi kłopotami rodzinnymi. Postanowiłem walczyć z uczelnią o dobre imię, w sposób nietuzinkowy, jak przystało na mnie. Opisywałem wszystko w internecie, zrewanżowałem się uczelni za szykany podkładając ryby za szafami i w szybach wentylacyjnych, kostkę masła na szafie koło gabinetu dziekana i zrobiłem kupę pod drzwiami Romana Madeckiego - wybitnego polonisty. Liczyłem iż zostanie to potraktowane jako czeski humor, winę za ryby zwalę na koty żyjące w budynkach uczelni, zawnioskuję o badanie DNA stolca, w razie ewentualnych problemów udowodnię swoją niewinność w sprawiedliwym, niezawisłym sądzie, gdzie świadkowie muszą mówić prawdę, a szykany wyjdą na jaw i oczyszczę swoje imię.

Nie wiedziałem jednak, jak działają sądy - myślałem, że wszystko trzeba udowadniać, oskarżony może łatwo się bronić lub podważać zeznania świadków. Wrobiono mnie w szereg innych przestępstw, między innymi w zniszczenie zamków oraz podłożenie jakichś petard lub ładunków wybuchowych pod gabinetem ponad 70-letniej sekretarki slawistyki. Według zeznań świadków po wybuchu popękały szyby w oknach, zostały uszkodzone meble, na korytarzach było pełno dymu; a studenci i pracownicy są przerażeni i boją się przychodzić do szkoły. Co się okazało - ktoś podłożył "bombę śmierdzącą" (wielki wybuch w 00:37) pod gabinetem nauczycieli bałkanistyki, a reszta to celowy zabieg, aby zrobić ze mnie zwyrodnialca atakującego bezbronne staruszki. Nikogo to jednak nie obchodzi, również sądu.

Na uczelni rozwieszono plakaty z moim wizerunkiem, na których było napisane "Dariusz Sieczkowski - jeśli zobaczycie tego osobnika na Wydziale Filologii, powiadomcie niezwłocznie policję, która prowadzi śledztwo w sprawie ataków wyżej wymienionego na pracowników i majątek uczelni". Przebywałem nieświadomy niczego w Polsce, plakaty szerzyły się drogą internetową bez mojej wiedzy przez kilka miesięcy - podobnie jak decyzja komisji dyscyplinarnej. Wiadomo, jak wyobrażali mnie sobie studenci zapatrzeni w wykładowców, ludzie oglądający te plakaty na różnych forach i stronach internetowych. Chodzi psychol z nożem i atakuje. Oczywiście czescy tchórze i kłamcy nie ujawnią się z imienia i nazwiska, kto zdecydował o rozwieszeniu tych plakatów.

Słynne plakaty z moim wizerunkiem w formie listu gończego na Uniwersytecie Masaryka w Brnie (2010). Zdjęcie z 2006 roku, ale pomimo siwych włosów można mnie rozpoznać. Gdyby napisali "Dariusz Sieczkowski - wielki gangster, podkłada ryby za szafami i robi kupy pod drzwiami, dzwońcie natychmiast po policję", nie miałbym zastrzeżeń. Obecnie to moje oficjalne zdjęcie.

Kiedy dowiedziałem się o plakatach zgłosiłem się na policję Brnie, aby złożyć zeznania, licząc również na odszkodowanie za plakaty w razie uniewinnienia. Całą procedurę od postawienia zarzutów (pierwsze przesłuchanie było w porządku) do procesu mogę określić jednym słowem - farsa. Jak się bronić, kiedy wystarczy słowo świadka bez weryfikacji, sędzia uchyla wszystkie pytania do świadków i odrzuca wszystkie wnioski dowodowe? Zostałem skazany na 6 miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na 18 miesięcy oraz zakaz pobytu na terenie uczelni przez 18 miesięcy plus zwrot kosztów rzekomo zniszczonych zamków.

Magdalena Krzyżanek (panieńskie Czapla) z Trzyńca, która zeznawała przeciwko mnie, po wyciszeniu sprawy poszła na studia doktoranckie na brneńskiej slawistyce i prowadziła zajęcia na polonistyce. Promotorem był nikt inny jak Roman Madecki. Zajmowała się tym, czym miałem się zajmować ja. Kiedy kilka lat wcześniej pisałem, że tak będzie, wyśmiewano to jako chorobę psychiczną.

DRUGA SPRAWA KARNA

Druga sprawa karna łączy się z pierwszą i to ona mnie rozsławiła jako wielkiego terrorystę i psychola. Był październik 2011 roku. Złożyłem odwołanie, ale spodziewałem się odrzucenia apelacji i podania wyroku do publicznej wiadomości we wszystkich mediach, więc osiem dni wcześniej na swojej stronie opublikowałem czterostronicowe oświadczenie, w którym opisałem szykany na uczelni oraz przebieg procesu. Na koniec celowo napisałem, iż "co noc śni mi się iż podpalam uczelnię oraz morduję swoich prześladowców", "nie dziwię się Breivikovi" i kilka podobnych zdań, przy czym swoich prześladowców wymieniłem z imienia i nazwiska, aby w przyszłości każdy, kto będzie miał z nimi problemy, mógł się powołać na moją sprawę. Oświadczenie według założeń miało się pojawić w mediach zamiast komunikatu prasowego.

Już dzień po publikacji swojego oświadczenia notowałem w statystykach strony wejścia z czeskiej policji, polskich i czeskich służb specjalnych (w 2011 roku można to było w prosty sposób sprawdzać). Trzy dni przed sprawą pojechałem jeszcze do Czech złożyć dodatkowe pismo w sądzie oraz prowokować policję, aby myśleli, że pójdę na rozprawę. Było dla mnie jasne, że będą chcieli mnie zatrzymać lub zabić i chwalić się całemu światu, jak udaremnili zamach terrorystyczny.

19.10.2011r., w dniu posiedzenia apelacyjnego, rano wracałem pociągiem do Polski. O 12:00 wysiadłem w Zebrzydowicach, a tuż za Zebrzydowicami pociąg się wykoleił. Po 19:00 wracam do domu, włączam komputer, a tam na wszystkich czeskich portalach artykuły o mnie na głównej stronie jako "Pilne". Wszystko jeszcze lepiej niż przewidywałem, tylko media z czterech stron wybrały sobie cztery linijki, a resztę całkowicie pominęły. I do dziś wszyscy trzymają się tej wersji. Nie minęło 15 minut, jak policja zapukała do drzwi. Na szczęście miejscowa policja, dlatego nie zostałem aresztowany.

Przez następne kilka dni jeszcze bardziej przekręcone artykuły pojawiały się w polskich mediach, a na forach produkowali się czechofile wierzący w swoją misję zbawienia świata przez braterstwo czesko-polskie. Postawa polskich mediów to typowy obraz zeszmacenia Polaków, szkoda gadać. Świetnie się człowiek czuje, kiedy siedzi w domu i czyta w mediach, że przebywa w areszcie. Polska policja mogła mnie wtedy aresztować, zabić, prokuratorzy oskarżyć o terroryzm, a sądy skazać na wieloletnie więzienie po pokazowym procesie ku uciesze motłochu.

Swoje zrobiły jednak szkalujące mnie artykuły, w tym paszkwil z pióra Krzysztofa Strauchmanna, hieny dziennikarskiej z "Nowej Trybuny Opolskiej", przedrukowany później w "Angorze". Zobaczcie na przykład artykuł z Interii. Zwróćcie uwagę, że geniusze z Interii specjalnie wkleili zrzut ekranu tak, aby było widać moje nazwisko. Co ciekawe, w ostatnich latach sporo z tych artykułów "wyparowało" z internetu.

Czesi zaangażowali przeciwko mnie służby specjalne, polityków i dyplomatów, nie mogąc pogodzić się z tym, iż nie udało im się zatrzymać wielkiego terrorysty i zrobić pokazówki na cały świat. Sprawa trafiła do Polski pod koniec 2011 roku. Z początku sprawę rozpatrywano w Sądzie Rejonowym w Oświęcimiu. Zostałem skazany przez słynnego sędziego Konrada Gwoździewicza, a kluczowym dowodem na moją niekorzyść była opinia sąsiadów, według której "oskarżony jest miły, spokojny, uczynny, nie wywołuje awantur, nie ma problemów z alkoholem i narkotykami" (tacy dokonują największych zbrodni). Nie tylko się odwołałem, ale napisałem, co myślę o takim uzasadnieniu, przez co miałem kolejne problemy z prawem.

Ku mojemu zaskoczeniu Sąd Okręgowy w Krakowie potraktował moją apelację poważnie i przekazał sprawę do ponownego rozpatrzenia, uznając argumenty z odwołania. (Rok 2013)

Później sprawę prowadził Sąd Rejonowy w Wadowicach. Sędzia Robert Leśniak dał się poznać jako sędzia świetnie znający prawo, a przy tym beznadziejny przypadek czechofila. Na każdej rozprawie podkreślał, jak bardzo kocha Czechów, jaki to wspaniały kraj i jak świetnie ich wspomina z czasów, kiedy orzekał w Cieszynie. Do zakończenia procesu pozostało przesłuchanie dziekana Wydziału Filologii w Brnie, który przez 2 lata nie odbierał wezwań. Przyjechał po dwóch latach, kiedy byłem tuż po chemioterapii i miałem problemy z pamięcią. Sędzia Robert Leśniak z biegłą tłumaczką Gabrielą Pagiełą-Wątrobą witali się z nim serdecznie już przed rozprawą, podczas rozprawy traktowali go jak jakiegoś króla; sędzia wielokrotnie dziękował mu za przybycie, podkreślając, że czuje się zaszczycony mogąc go poznać. Ja się czułem jak najgorsza szmata - polska szmata.

Na koniec sprawę umorzono z powodu niskiej szkodliwości społecznej czynu, choć powinienem zostać uniewinniony. Wybrano jednak rozwiązanie typu "wilk syty i owca cała", a sprawę wyciszono. Uważam, że wyrok z uzasadnieniem powinien zostać opublikowany (koniec 2015 roku).

Co najgorsze - kiedy była nagonka na mnie, media zakochane w Czechach prześcigały się w stronniczych artykułach. Kiedy jednak okazało się, że sprawa wygląda zupełnie inaczej, nie napisał już o mnie nikt. O umorzeniu również nie było wzmianki w mediach, a czescy mocarze i czechofile nadal wklejają odnośniki z artykułami w czeskich mediach przy różnych komentarzach - wyroku z uzasadnieniem jednak nie wklei nikt. Ja sobie wszystko skrupulatnie notuję i czekam.

Czeska krucjata przeciwko mnie kosztowała POLSKICH podatników kilkaset tysięcy złotych.

Paradoks - dzięki przekazaniu sprawy do Polski udało się zapobiec tragedii rodzinnej i sprawy rodzinne ustabilizowały się.

TRZECIA SPRAWA KARNA

Trzecią sprawę karną miałem za zniesławienie sędziego Konrada Gwoździewicza w środkach masowego przekazu. Sprawę prowadziła Prokuratura Rejonowa w Myślenicach, a orzekał Sąd Rejonowy w Chrzanowie (najeździłem się po sądach i prokuraturach), akta krążyły też pomiędzy prokuraturami a sądami w Wadowicach, Krakowie i Oświęcimiu. Chodziło o krytykę wymiaru sprawiedliwości, zarzucanie sędziemu tendencyjnego prowadzenia spraw w celu wypromowana się w mediach oraz naśmiewanie się przeze mnie ze zdjęć na "Naszej Klasie", na których prawie 40-letni sędzia na swoim profilu pozował jako Rambo, Krokodyl Dundee i Indiana Jones. Zostałem uznany winnym, ale sąd odstąpił od wymierzenia kary, musiałem zapłacić jedynie 1000 zł zadośćuczynienia.

Wyrok nie był najgorszy, biorąc pod uwagę, kim był pokrzywdzony. Wiem, mógłbym walczyć o warunkowe umorzenie, ale doszedłem do wniosku, że szkoda zdrowia i nerwów. Sędzia żądał 6 miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na 5 lat i 50 tysięcy złotych zadośćuczynienia. Sędzia Gwoździewicz nie poniósł żadnej kary za złe prowadzenie sprawy i nieuzasadnione doniesienia do prokuratury, ale tak wygląda równość wobec prawa. (lata 2013-2015)

PODSUMOWANIE

Na swoim koncie mam także szereg umorzonych spraw z doniesień wspomnianego sędziego, w tym wnioski o tymczasowe aresztowanie. Jeśli chodzi o wymiar sprawiedliwości, to dużo zależy, na kogo traficie. Nie wszyscy policjanci, prokuratorzy i sędziowie są źli i niekompetentni, ale jeżeli źle traficie, nie macie szans, choćbyście nie wiem jak się bronili.

System niszczy ludzi przez rozpatrywanie spraw latami, a kiedy w końcu po wielu latach nawet symbolicznie dojdziecie sprawiedliwości, nie jesteście już tym samym człowiekiem. Wysiada psychika, wysiada organizm. Nie możecie się też później odnaleźć, a prawdziwym przestępcom przez te lata włos nie spadł z głowy i zarabiają grube pieniądze, później ustawiają swoje rodziny, a sami mają wysokie emerytury. Jeżeli pracujecie, stracicie fortunę na adwokatów i koszty postępowań; ja taki głupi nie byłem.

Zauważyłem też, że ludzie usprawiedliwiają najbardziej obrzydliwe posunięcia ludzi przy władzy, a jakikolwiek opór wobec osób na stanowiskach traktowany jest jako największa zbrodnia oraz choroba psychiczna.

Moja walka o sprawiedliwość nie miała żadnego sensu - ludzie i tak będą wiedzieli swoje, będą ślepo wierzyli w sfałszowane dokumenty, uzasadnienia odbiegające od stanu faktycznego, a nikt nie dopuści, aby porządek świata został zburzony. To walka z wiatrakami. Ale kto mi uwierzy?

Wszelkie instytucje stworzone do nadzoru spraw sądowych, ochrony praw człowieka, polskie ambasady to zwykły pic na wodę.

Gdybym był sądzony w Czechach, trafiłbym do więzienia na kilkanaście lat za terroryzm, gdzie pewnie ktoś pomógłby mi popełnić samobójstwo. Wszyscy byliby szczęśliwi, a Polacy gratulowaliby Czechom skuteczności w działaniu.

Co jest najśmieszniejsze - na studiach doktoranckich i później chciałem zajmować się słownictwem policyjno-prawnym w językach słowiańskich.

JAKI Z TEGO MORAŁ?

Lepiej wszystkim lizać dupę, niż pod drzwiami robić kupę

(Złota myśl Dariusza Sieczkowskiego)

3. Choroba nowotworowa


Kiedy wydawało się, że sprawy sądowe zbliżają się do końca i będę mógł wrócić do normalnego życia, przyszła choroba nowotworowa. W sumie po wielu latach ciągłego stresu spodziewałem się tego, mimo to potwierdzenie moich podejrzeń było szokiem. Miałem szczęście w nieszczęściu - trafił mi się jeden z "lepszych" nowotworów.

Operacja, badania, chemioterapia. Leczenie zakończone powodzeniem, obecnie często jeżdżę na badania kontrole i bardzo boję się nawrotu choroby.

Podczas choroby i leczenia człowiek uświadamia sobie bezsens całej tej gonitwy za nieosiągalnymi celami, dobrami konsumpcyjnymi, bezsens kłótni o drobiazgi, bezsens konfliktów o nic. Mówicie sobie, że dalszą część życia spędzicie spokojnie, odpuścicie dawne waśnie, wystarczy skromne życie, ale żeby coś z życia mieć, w przypadku śmierci odejść z uśmiechem na ustach.

Niestety, po chorobie to wszystko uderza ze zdwojoną siłą - wszechobecne chamstwo, agresja, pogarda, kłótnie o głupoty, wyścig szczurów. Nie chcecie brać w tym udziału, ale przez to jesteście uważani za mięczaka, nieudacznika i frajera.

W przeciwieństwie do ludzi sukcesu boję się dużo groźniejszych chorób - glejaka, stwardnienia zanikowego bocznego, czy pęknięcia tętniaka. Wiem, jak kruche jest życie, dlatego cenię sobie każdy dzień, za co jestem wyśmiewany. Jak mężczyzna może dbać o zdrowie, robić badania profilaktyczne badania, jak może interesować się apiterapią i homeopatią? No jak?

4. Kariera zawodowa


Jako człowiek ambitny i ciekawy świata marzyłem o pracy dziennikarza lub naukowca na slawistyce. Otoczenie wybijało mi to z głowy - przecież praca prawdziwego mężczyzny to kopalnia, handel, fabryka. Z kolei w szkole średniej i na studiach mówiono mi, iż jeśli będę dobry w jakiejś dziedzinie, będę doskonalił swoje umiejętności, to na pewno odniosę sukces. Okazało się to wielką bzdurą, podobnie jak rady różnych doradców zawodowych.

Po latach potwierdziło się, że moje umiejętności i wykształcenie nie mają żadnej wartości na rynku pracy. Wprawdzie biegle znałem język czeski, dobrze słowacki, słoweński, serbski i chorwacki, do tego podstawy litewskiego, łotewskiego i macedońskiego. Po latach bez kontaktu z tymi językami te, które znałem dobrze, znam tylko biernie, podstawy dawno odeszły w niepamięć, jedynie czeskiego nie zapomniałem, choć po latach jest znacznie gorzej niż kiedyś. Co najgorsze, po lekturze forów internetowych coraz częściej zastanawiam się, jak napisać coś po polsku, aby nie popełnić błędu ortograficznego lub stylistycznego.

Mój problem to język angielski - niby znam biernie, czytam gazety, portale, książki, ale kiedy przyjdzie do aktywnego używania, to pustka w głowie (nigdy nie używałem aktywnie, poza krótkimi podróżami). Odnoszę wrażenie, iż wszyscy wokół biegle znają angielski, swobodnie się nim posługują, a poziom B1-B2 całkowicie wyklucza człowieka z życia zawodowego.

Moja kariera zawodowa jest krótka - na uczelni do czasu szykan pracowałem jako "asystent studencki" za stypendium, prowadziłem bibliotekę polonistyczną, zajęcia, dorabiałem też jakiś czas w wydawnictwie. Po sprawie z uczelnią próbowałem sił w biznesie z fatalnym skutkiem.

Niechęć do "normalnej roboty" nie wynika jednak z mojego lenistwa, tylko z przyczyn zdrowotnych.

Nieustannie słyszę krytykę, jak mogę chcieć pracować w czymś, do czego mam predyspozycje, jak mogłem próbować rozkręcać własne projekty, a przecież powinienem harować za najniższą krajową, wziąć kredyt na 30 lat na mieszkanie, brać byle jaką, nawet najgorzej płatną pracę i porzucić swoje zdolności oraz marzenia. 8-12 godzin dziennie w pracy bez perspektyw, założyć rodzinę nie mając możliwości oraz zdrowia, wyprowadzić się od rodziców, bo tak każe norma. Każdy wie, kim powinienem być, gdzie powinienem pracować, ile zarabiać. Każda rozmowa zaczyna się pytaniem o pracę. I co odpowiedzieć? Już nawet boję się wyjść z domu, boję się wziąć za cokolwiek, słysząc ciągłe pouczanie. Można zwariować. Najlepsze, że kiedy dobrze szło, nikt nie potępiał wybranej przeze mnie ścieżki zawodowej.

Plany zawodowe na przyszłość - marzyłem o pracy w informacji kolejowej na nowym dworcu w Oświęcimiu, ale pewnie nie sprostam wymaganiom językowym.

Ludzie sukcesu łatwo oceniają mnie i innych nieudaczników. Tylko czy 20 lat temu ktoś mógł przewidzieć, co będzie dziś? Czy można było przewidzieć rozwój techniki, internetu, konsekwencje wejścia do Unii Europejskiej? Czy odniósłbym sukces, gdybym wyjechał na zmywak? Łatwo oceniać z dzisiejszej perspektywy.

Natomiast w czasie studiów popełniłem jeden wielki błąd - zamiast kształcić się pod kątem współpracy z jakąś firmą, kształciłem się w kierunku pracy w jakiejś instytucji naukowej jako leksykograf. Mój błąd i muszę za to zapłacić.

5. Twórczość


Oprócz tworzenia tej strony i bloga "Kolej na Podróż" przez wiele lat tworzyłem słowniki do nauki języków słowiańskich, później też języka angielskiego. Specjalizowałem się w tworzeniu słowników tematycznych - bardzo przydatnych w nauce języków obcych. W czasie studiów liczyłem, iż pomoże mi to w dostaniu się na studia doktoranckie i późniejszej karierze. A tak naprawdę moje słowniki są jedynie obiektem drwin, podobnie jak cała moja twórczość.

Dorobek mam pokaźny. W słownikach są wprawdzie błędy, lecz nie da się ich uniknąć podczas samodzielnej pracy. Wbrew pozorom to trudna i czasochłonna praca, którą kiedyś trzeba zakończyć. Dopiero później można wychwycić błędy lub niedokładne tłumaczenie.

Ostatnia moja praca to Angielsko-polski słownik tematyczny z grudnia 2016 roku.

Chcę dokończyć pisany przez wiele lat "Czesko-polski słownik tematyczny dla uczniów i studentów", potem koniec, ponieważ to zajęcie bardzo obciążające wzrok i kręgosłup. Kocham to, mógłbym tworzyć słowniki, filmy na You Tube, inne materiały, prowadzić blogi lub profile językowe na Facebooku, ale w czasach Wikipedii i wysypu serwisów z bezpłatnymi materiałami można to robić jedynie za darmo, przez co masowo upadają wydawnictwa naukowe, a dla takich jak ja nie ma miejsca.

Moja kolejna pasja to fotodokumentacja zmian zachodzących w moim mieście. Zajmuję się tym od 2000 roku i mam sporą kolekcję zdjęć archiwalnych. Pasja przez otoczenie dawniej wyśmiewana jako choroba psychiczna, po latach okazuje się czymś przydatnym. Nieregularnie redaguję stronę z archiwalnymi zdjęciami Oświęcimia.

6. Podróże


Podróżnik ze mnie marny. Po raz pierwszy wyjechałem w samotną podróż dopiero w wieku 18 lat i był to wyjazd w sprawie urzędowej do miasta oddalonego o 30 km, po kłótni z rodzicami. Wcześniej słyszałem, że napadną mnie, zamordują mnie i tym podobne. Od tamtej pory zakochałem się w podróży koleją.

Dzięki studiom i stypendium ministra mogłem poznać zobaczyć trochę Europy, w tym odbyć dwie podróże z biletem Interrail.

Podróżuję samotnie. W przeciwieństwie do wielu osób nie podróżuję, aby szpanować na portalach społecznościowych. Nie interesują mnie modne kierunki podróży, modne atrakcje, staram się samodzielnie wyszukiwać mniej znane, urokliwe miasteczka. Nie ciągnie mnie na przykład do Tajlandii, Australii, Zjednoczonych Emiratów Arabskich albo Stanów Zjednoczonych. Mam za sobą również czasy podróżowania na zasadzie "jak najtaniej". Obecnie wolę dopłacić i na przykład przenocować sam w pokoju z łazienką, zamiast w sali wieloosobowej w najtańszym hostelu. Z couchsurfingu i gościny innych osób nie korzystam. Kontakt z droższymi krajami nawiązuję kupując raz na kilka miesięcy jakiś produkt z egzotycznego kraju w sklepie "Kuchnie Świata".

Jeśli jadę do jakiegoś kraju, to nie ograniczam się do stolicy - zwiedzam też mniejsze, nawet przeciętne miasta, próbuję uchwycić nieistotne szczegóły, spróbować lokalnej kuchni i produktów spożywczych.

Śmiać mi się chce, kiedy widzę bezkrytyczny zachwyt Polaków wszystkim, co obce, nabieranie się na wyreżyserowane sytuacje, przekonanie o bezinteresownej gościnności innych nacji.

Nie planuję podróży z wyprzedzeniem, ponieważ jeszcze nie zdarzyło się, aby podróż zaplanowana z wyprzedzeniem większym niż 3 dni, odbyła się. Zawsze stanie się coś, co uniemożliwi wyjazd - choroba, odwołanie lotu itp.

Nigdy nie leciałem samolotem, a promem płynąłem jedynie na pokładzie pociągu ze Szwecji do Berlina. Planów ani marzeń podróżniczych sprecyzowanych nie mam. Swoje zwiedziłem. Co będzie, to będzie. Dla mnie to nie jest priorytet, najważniejsze jest zdrowie. Chciałbym zwiedzić sporo miejsc, lecz jeśli ich nie zwiedzę, nic się nie stanie.

Są tacy, którzy twierdzą, że zdrowie i finanse to tylko wymówka, a każdy może podróżować w sposób nieograniczony. Jeżeli ktoś chce przez całą podróż gonić po ubikacjach lub chodzić po szamanach, to jego sprawa. Mnie taki styl nie odpowiada.

Moja pasja do podróży koleją, chęć poznawania świata oraz styl podróżowania również spotykają się z druzgocącą krytyką otoczenia.

7. Filozofia życiowa


Mam zupełnie inną filozofię życiową niż rówieśnicy. Nie zazdroszczę innym markowych ciuchów, nowego samochodu, biżuterii lub nowego domu. Starszym zazdroszczę jedynie zdrowia i siły, a młodszym niepoprawnego optymizmu oraz wiary w piękny świat pełen dobra i miłości.

Moje motto życiowe (kolejna moja złota myśl):

Urodziłeś się śmieciem, śmieciem umrzesz - przeznaczenia nie da się oszukać

Wyśmiewane przez innych motto oznacza, iż skoro jednym udaje się wszytko, innym nie udaje się nic. Wszelkie starania, wysiłki, dążenia są z góry skazane na porażkę, choćbyś nie wiem, co robił i ile się napracował. Po prostu nie masz szans - przeszkody się piętrzą, a ciosy od losu przychodzą w najmniej oczekiwanym momencie.

Niektórych rzeczy nie da się wytłumaczyć i trzeba pogodzić się z przeznaczeniem, aby odzyskać spokój ducha. Spójrzcie na przykłady: te same słowa wypowiedziane przez jedną osobę zostaną uznane za wspaniałą myśl, wypowiedziane przez inną za durny wymysł chorego psychicznie. Podobnie jest ze wszystkim - pasją, umiejętnościami, twórczością. O powodzeniu często decydują układy, popularność i dobry start zapewniony przez rodziców. Ale są tacy, którzy mają wyjątkowego, niewytłumaczalnego pecha.

Przykład: podkładałem ryby na uczelni i zrobiłem kupę po drzwiami jednego z wykładowców. Jest to uznawane za wielką zbrodnię, czyny wymagające odizolowania w szpitalu psychiatrycznym lub wieloletniego osadzenia w zakładzie karnym. Gdyby to zrobił Czech podobnym bucom na uczelni w Polsce, wszyscy śmialiby się z tego i brali to jako świetne czeskie poczucie humoru. Dlaczego tak jest? Takie jest przeznaczenie. Cokolwiek zrobisz i tak zostanie odebrane jako choroba psychiczna.

Moje ambicje życiowe:

Uzbierać na kremację, bo na pogrzeb i tak nikt nie przyjdzie.

Moje plany na przyszłość:

Na przyszłość planów nie mam, z marzeń i ambicji zrezygnowałem, jest mi wszystko jedno. Wstaję i nie widzę żadnego celu. Przydałoby się napisać coś dla potomnych, wspomnienia opisujące dzisiejsze zwariowane czasy. Tylko po co, skoro ktoś to później splagiatuje i zarobi fortunę, a ja nawet grobu nie będę miał.

8. Moje naj...


Aby moi krytycy mogli się naśmiewać, przygotowałem też parę ciekawostek o sobie, czyli co lubię, a czego nie.

Marzenie - zdrowie. Później szybka i bezbolesna śmierć. Po śmierci zamierzam straszyć jako duch.

Wymarzona dziewczyna - na studiach była już taka. Dla mnie ideał pod każdym względem. Były plany i nadzieje, ale losy potoczyły się tak, że ze wspólnego życia nici, a związki na odległość nie mają szans na przetrwanie. Na puste, wulgarne lalunie, czy królowe selfie, patrzę z obrzydzeniem. Sam nie jestem umięśnionym wojownikiem MMA, nie mam najnowszego smartfona, najbardziej szpanerskiego samochodu, nie jeżdżę na egzotyczne wczasy, nie mam też dziesiątek zer na koncie, więc sam jestem zerem.

Wymarzone miejsce do życia - gdyby nie zanieczyszczone powietrze i wspomnienia, to zdecydowanie Oświęcim. Czyli tam, gdzie mieszkam.

Najpiękniejszy kraj - pod względem architektonicznym najbardziej podobała mi się Dania, pod innymi względami żaden kraj mnie nie zachwycił.

Ulubiony kraj - nie ma takiego.

Najbardziej znienawidzony kraj - Czechy - bandyckie państwo kochane przez masy naiwnych Polaków.

Ulubiony przewoźnik kolejowy - České dráhy. Kolej to jedyna rzecz, jaka mi się w Czechach podoba. Mógłbym jeździć bez końca tamtejszymi pociągami.

Mój autorytet - nie mam.

Ulubiona książka - "Przeminęło z wiatrem".

Ulubiony pisarz - Józef Pięknorzycki z Mątwiłajec.(ciekawe, czy intelektualiści naśmiewający się z tego wiedzą, kto to był).

Ulubiony utwór muzyczny - brak

Ulubiony teledysk - mam dwa ulubione teledyski. Jeden od lat rozśmiesza mnie do łez Bingo Players ft. Far East Movement - Get Up (Rattle), drugi to poważne dzieło - Aerosmith - Living on the edge, dawniej podobał mi się motyw kolejowy i sceny ze szkoły przypominającej moje technikum - facet przebrany za babę jako nauczycielka przypomina zachowaniem moją wychowawczynię, kolesie przypominają gości z mojej klasy śliniących się do niej, a aktor z rozdziawionymi ustawi widoczny w 03:04-03:06, a później od tyłu w 03:16-03:18 wygląda i zachowuje się jak ja w czasach szkolnych :). Brzmi śmiesznie, ale po latach dostrzegam głębsze przesłanie tego teledysku i uważam go za arcydzieło.

9. Wiedza i doświadczenie życiowe w praktyce


W szkołach mówiono mi, żeby kształcić się, poszerzać swoje horyzonty, bo nauka to potęgi klucz, a zrozumienie świata pozwoli na lepsze życie. Jaka jest prawda? Wiedza, połączona z doświadczeniem życiowym, to przekleństwo, bowiem świadomość mechanizmów rządzących światem powoduje tzw. "ból istnienia" i alienację. Gdybyście chcieli poświęcić się jakiejś mało popularnej dziedzinie, zobaczcie, jakie będzie to miało konsekwencje w przyszłości w przypadku niepowodzenia, bowiem o tym nie wspomni żaden doradca zawodowy:

- siedzisz całymi dniami w bibliotekach. Po latach okaże się, że masz inne zainteresowania niż rówieśnicy, inaczej ukształtowaną osobowość, nie możesz do nich dotrzeć, nie macie wspólnych tematów do rozmów. Słuchasz innej muzyki, oglądasz inne filmy, czytasz inne książki.

- masz inne wartości niż rówieśnicy. Oni rozmawiają o samochodach, bójkach, są wulgarni, a ty nie potrafisz. Nie potrafisz też rozmawiać o ciuchach z kobietami, napawają cię obrzydzeniem wulgarne blachary rozkładające nogi na widok grubego portfela lub samochodu sportowego.

- nie odnajdziesz się w pracy zespołowej. Z tych samych powodów. Jeśli w grupie ktoś jest inny niż pozostali, jest tępiony.

- z powodu braku umiejętności interpersonalnych nie zrobisz również kariery w biznesie, marketingu, handlu i w wielu innych dziedzinach.

- dzięki doświadczeniu życiowemu widzisz manipulację mediów, widzisz obłudę polityków, nie oceniasz ludzi po stanowiskach, tytułach naukowych albo fałszywych uśmiechach przed kamerą lub na selfie. Otoczenie łyka papkę medialną, reklamy i pozory jak pelikany - nikt nie uwierzy ci, jak to wszystko naprawdę wygląda. Wyjdziesz na psychola.

- inni widzą nazwę jakiejś renomowanej firmy (np. przewoźnika) i wpadają w zachwyt na myśl choćby o pracy na najniższym stanowisku. Ty wiesz, że za sukcesem firmy kryje się donosicielstwo, bezwzględna rywalizacja, ogromna presja, drakońskie kary za najmniejsze błędy i wyzysk. Znasz kulisy biznesu, lecz nikt ci nie wierzy.

- przez swoją wiedzę nie potrafisz się spontanicznie bawić, wyluzować, zapomnieć o całym świecie. Dla otoczenia jesteś sztywniakiem, smutasem i pesymistą, którego należy unikać.

- analizujesz problemy z szerszej perspektywy, zamiast wysuwać najprostsze i najbardziej radykalne wnioski. Nie znajdziesz zrozumienia ze swoim podejściem.

- mówiono ci, iż o wartości człowieka świadczy jego wnętrze, tymczasem widzisz, że o wiele bardziej szanowane są osoby przebojowe, karierowicze, osoby zamożne, gangsterzy, dresiarze. Ty, jako mężczyzna zajmujący się pracą umysłową, jesteś na najniższym szczeblu w miejskiej dżungli.

Po co o tym piszę? Stronę i moje życiorysy czyta dużo młodych osób, niepoprawnych optymistów rozpieszczanych przez Unię Europejską, z łatwością oceniających innych. A życie nie jest tak proste, jak się wydaje.

Poza tym zazdroszczę swoim rówieśnikom, że znaleźli sens w życia w schemacie praca - rodzina - telewizja - imprezy, a do szczęścia wystarczy im to, co przeczytają w mediach, obejrzą w internecie i dobra konsumpcyjne, ewentualnie urlop w modnym kurorcie. Oni wyśmiewają mnie za pesymizm, kłopoty zdrowotne, opinie o mediach i sądach, ja im zazdroszczę błogiej nieświadomości.

10. Co mnie irytuje na co dzień


Jako psychol i debil widzę rzeczy, których innych nie widzą, widzę też bezsens pewnych zachowań. Poniżej stworzyłem listę najbardziej irytujących mnie rzeczy, z którymi spotykam się na co dzień. Jako frajer i mięczak nie jestem w stanie taki być, co wyklucza mnie ze społeczeństwa. Szkoda, że nie ma eutanazji, bo patrząc na dzisiejszy świat człowiek ma ochotę zawinąć się w prześcieradło i zakopać na cmentarzu.

- wszechobecna agresja i wulgaryzmy. Skąd w ludziach tyle agresji? Nie mogę pojąć, jak łatwo wpadają w szał choćby na drodze. Ale to cecha pożądana - prawdziwi mężczyźni tak powinni się zachowywać. Wścieklizna to właściwe słowo.

- łatwość, z jaką ludzie dają się manipulować w kwestii polityki. Polityka to osobna sprawa, lecz Polacy pod przykrywką szczytnych haseł robią z siebie pożytecznych idiotów w zagrywkach obcych mocarstw. Boję się, że skończy się to wojną domową jak w Syrii, albo jeszcze gorzej.

- arogancja, połączona z niewyobrażalną pewnością siebie i przekonaniem o własnej nieomylności. Zastanawiam się często, jak ludzie mogą wierzyć w wypowiadane przez siebie głupoty, jak łatwo wychodzą na jaw ich najgorsze cechy, kiedy dostaną choćby odrobinę władzy.

- powszechna pogarda dla innych. Nie chodzi tu o tzw. tolerancję promowaną przez media, tylko zachowania na co dzień. Jeśli w jakikolwiek sposób odbiegasz od grupy lub ogółu, jesteś niszczony, o ile nie masz bogatych lub wpływowych rodziców. Brak wzajemnego szacunku widać na każdym kroku.

- zeszmacenie. Ludzie są zdolni do najpodlejszych intryg w zamian za premię, lepsze stanowisko, czy nawet lepszą ocenę. Dla mnie jest niepojęte, jak ludzi łatwo kupić - widać to chociażby w środowisku miłośników kolei. Niektórzy za gadżety firmowe będą wychwalać pod niebiosa przewoźników, atakując zaciekle krytyków. W szkołach i na uczelniach tak samo - lepsza ocena, jakieś stypendium i dawni świetni kumple nagle chcą cię rozszarpać jak dzikie zwierzęta.

- wyścig szczurów. Niewyobrażalna presja, aby być najlepszym, znać jak najwięcej języków, ukończyć jak najwięcej kierunków studiów, zdobyć jak najwięcej certyfikatów, zajmować najlepsze miejsca, zarobić jak najwięcej pieniędzy w najkrótszym czasie. Kiedy przychodzi choroba, to wszystko staje się nieważne. Po co więc tracić czas na głupoty, stresować się, zamiast lepiej wykorzystać życie, które w każdej chwili może się skończyć.

- głupota kobiet. Najpierw przez dziesięciolecia walczą o emancypację, wobec Polaków mają niebotyczne wymagania,a później masowo wychodzą za mąż za przystojnych książąt z orientalnych krajów i walczą o masowe sprowadzanie ich do Polski, wychwalając tamtejsze zwyczaje ustrojowe, przeczące temu, o co walczyły przez dziesięciolecia.

- tabloidyzacja i pogoń za sensacją w mediach i internecie. Dawniej marginalne zjawisko, obecnie dziennikarze zrobią wszystko, aby zdobyć jak najwięcej polubień, komentarzy, napiszą cokolwiek, aby artykuł uzyskał jak największą liczbę wyświetleń. Etyka to coś frajerskiego. Liczy się zysk, nawet kosztem zniszczenia komuś życia. Na takie zachowania istnieje przyzwolenie społeczne - przecież tłuszcza musi mieć rozrywkę.

- portale społecznościowe. Ludzie udają kogoś, kim nie są; robią wszystko, aby zyskać uznanie innych. Dla mnie to powód do śmiechu, dla innych liczba znajomych, polubień i fanów to wyznacznik wartości człowieka. Facebook wbrew pozorom bardzo się przydaje, jeżeli korzystacie z niego z rozsądkiem. A liczba znajomych? Zobaczycie, ilu tych znajomych pomoże wam w potrzebie.

- serwisy typu wiocha.pl . Cel - anonimowo komuś dokopać, podnieść własne ego, wyśmiać ludzkie ułomności. Najlepiej wyrwać coś z kontekstu wypowiedzi, ukraść czyjeś zdjęcie i zrobić głupiego mema, a gawiedź przeżywa orgazm.

- brak poszanowania praw autorskich. Odpisywanie bez podania źródeł, kradzieże zdjęć, map, używanie materiałów na licencji Creative Commons jako swoich bez podania autora. Wstyd, ale liczy się tylko liczba fanów i polubień, bez względu na zasady. Chyba nikt nie widzi w tym nic złego.

- komentarze internetowe. Jestem przerażony głupotą wielu z nich, pomijając opłaconych trolli. Najlepsze są komentarze pod opiniami dotyczącymi różnych produktów - na pierwszy rzut oka widać, że mamy do czynienia z kryptoreklamą. Gdybym to jednak powiedział niektórym osobom z otoczenia, znów zostałbym wyśmiany jako osoba chora psychicznie.

- czechofile, czyli ludzie ślepo i bezgranicznie zakochani w Republice Czeskiej. Kiedyś śmiałem się z ich głupoty, a okazało się, iż ta głupota jest niewyobrażalna i przekracza wszelkie granice. Czytając bzdurne komentarze wychwalające Czechy, czeski humor, czeską kulturę i czeską politykę nie wiem, czy śmiać się, czy płakać. Najgorsze, że oni w to wszystko wierzą i swoimi urojeniami kierują się w rzeczywistym życiu, zachowując się w stosunku do Czechów jak głupiutki szczeniaczek łaszący się do bijącego go pana.

- dwulicowość ludzi. Mnóstwo osób udaje kumpli, rozmawiają z tobą normalnie, a za plecami obgadują cię, często też wbijając przysłowiowy nóż w plecy, kiedy jesteś w potrzebie lub masz kłopoty.

- życie na pokaz. Nie będę tłumaczył, bo się załamię.

- roszczeniowa postawa wielu grup społecznych, szczególnie młodych i tzw. uchodźców.

11. Popularne hasła a rzeczywistość


Na koniec postanowiłem pokazać, jak głupie są popularne hasła promowane w mediach, przysłowia i tym podobne, które słyszę niemal co chwilę od osób krytykujących moją postawę życiową. Powtarzając mi któreś z tych haseł licz się z moim zdenerwowaniem. Nie mogę zrozumieć, jak społeczeństwo zachwyca się nimi. :

Co cię nie zabije, to cię wzmocni - bzdura. Ciągłe niepowodzenia, porażki, tragedie i choroby wzmacniają tak, że organizm wysiada - spada odporność, siwieją włosy, pojawiają się choroby autoimmunologiczne, człowiek przestaje wierzyć w cokolwiek (poza psychopatami, a tych jest sporo). Później pojawia się ból istnienia, a na koniec albo zabija nas choroba, albo zabijamy siebie. Czyli niepowodzenia będą wzmacniały nas tak, aż w końcu nas zabiją.

Chcieć to móc - hasło ludzi sukcesu. W praktyce oznacza "mieć układy to móc". Spytajcie o prawdziwość tych słów ludzi, którzy chcieli latać jak Batman albo ludzi umierających na ciężką chorobę, którzy nie pokonali choroby siłą woli.

Karma wraca - najgłupsze hasło świata. Zobaczcie, jak kończą ludzie, którzy poświęcili się w walce o wolność i dobro przyszłych pokoleń, a ci, którzy byli sprzedawczykami, zdrajcami, mordowali niewinne osoby albo skazywali niewinnych na śmierć. Ci pierwsi żyją w biedzie i nikt o nich nie pamięta lub umierali w zapomnieniu w więzieniach, ci drudzy ustawili siebie i wiele pokoleń swoich potomków, a życie kończyli z wysoką emeryturą oraz przywilejami. Świat jest dla ludzi bezwzględnych, gnid, kanalii, karierowiczów idących po trupach do celu.

Każdy jest kowalem swojego losu - według społeczeństwa bardzo mądre przysłowie. Ale spójrzcie, czy naprawdę na wszystko mamy wpływ? Geny, status materialny, otaczający nas ludzie... .Czy mamy wpływ na geopolitykę, epidemie chorób, ludzi na jakich trafimy? Czy od nas zależy, na jakiego trafimy nauczyciela, lekarza, sędziego, czy choćby szefa? Nawet jeśli ktoś jest utalentowany w jakiejś dziedzinie może trafić na ludzi, którzy będą go dopingować i pomogą mu się rozwinąć, lecz może też trafić na ludzi, którzy go zgnoją i zabiją w nim jakiekolwiek chęci do działania. Kto jest w takim razie kowalem naszego losu? W dużej części przypadek.

Za krytykę tych haseł podczas rozmów również jestem uważany za psychola i nieudacznika szukającego wymówek.