Świat Podróży Kolejowych - 2018.04 Kwietniowy weekend - relacja z podróży

Świat Podróży Kolejowych

Obserwuj nas


Mapa odwiedzin


Statystyki od 25.04.2017 r.

Free counters!

KWIETNIOWY WEEKEND 2018


Strona główna --> Moje podróże
W połowie kwietnia 2018 roku wybrałem się w krótką podróż do Kielc, skąd chciałem pojechać do Siedlec i z powrotem do Oświęcimia. Niestety, była to bardzo nieudana podróż - coraz częściej pojawiające się osłabienie uniemożliwiło mi realizację planów. Z początku nic tego nie zapowiadało.

1. dzień - 13.04.2018 (piątek)


Podróż rozpoczynam od trzykilometrowego spaceru z miejsca zamieszkania do dworca kolejowego w Oświęcimiu. Rano było bardzo przyjemnie, rześko, po drodze uwieczniam ostatnie chwile wyburzanego hotelu "Glob". W godzinach popołudniowych zapowiadają gwałtowne burze, na razie nic na to nie wskazuje.

Ostatnie chwile hotelu "Glob" w Oświęcimiu

Do Krakowa jadę EN57. Podróż na odcinku Trzebinia - Kraków bardzo męcząca, aczkolwiek mam wrażenie, że pociąg trochę przyspieszył. Na stacji Dulowa bardzo długi postój. Obłożenie około 50%.

W Krakowie spaceruję po mieście, zaopatruję się w kanapki, zaczepia mnie jedynie pan z Greenpeace - gadane ma, lecz ja nie mam ochoty z nim rozmawiać. Turystów bardzo dużo. Przed odjazdem fotografuję autobusy zastępczej komunikacji autobusowej Kolei Małopolskich i PKP Intercity.

Sukiennice w Krakowie

Postanawiam jechać pociągiem do Sędziszowa, tam sfotografować dworzec i wsiąść do pociągu Kraków - Kielce, ponieważ mam nadzieję, że za Sędziszowem obłożenie będzie niskie. Jadą dwa klimatyzowane, wygodne Impulsy, obłożenie niskie, na siedzeniu po drugiej stronie pani w średnim wieku cały czas rozmawia przez telefon o kotach.

Na stacji Zastów mamy dłuższy postój i pociąg nabiera opóźnienia. W Baranówce dosiada się do mnie pracownik kolei w moim wieku i zaczyna rozmawiać. Koleś opowiada mi o sobie, o pracy, o samochodach oraz interesach. Po raz kolejny stwierdzam, iż przez czas spędzony na nauce, przy projektach, a także stronach internetowych, nie mam wspólnych tematów do rozmowy z rówieśnikami. Straciłem życie próbując coś osiągnąć, a wszystko poszło na marne.

Wysiadam w Miechowie. Tu już chmury zasnuły niebo i jest jasne, że wkrótce będzie burza. Fotografuję wyremontowany dworzec - najbardziej podoba mi się plan miasta. Na zwiedzanie miasteczka nie mam czasu.

Pociąg z Krakowa do Ostrowca Świętokrzyskiego przez Kielce nabrał opóźnienia, a burza rozszalała się na dobre. Grzmi, pada, wieje, kiedy pociąg dojeżdża, biegiem z peronu do składu.

Jako pociąg jedzie zmodernizowany EN57 województwa świętokrzyskiego. Klimatyzacja pracuje idealnie, siedzenia wyglądają na bardzo wygodne - moim zdaniem najbardziej udana modernizacja z tych, które widziałem. Niestety, w pociągu jedzie tyle ludzi, że nie będzie mi dane rozkoszować się komfortem tego pociągu. Przez całą drogę stoję w przedsionku z kilkoma innymi osobami, najczęściej z młodymi. Na stacjach niewielka wymiana pasażerów.

Do Kielc dojeżdżamy kilka minut przed 17:00. Przy peronach stoją ładne, nowe pociągi, a po wejściu na dworzec zastanawiam się, po co ja tu przyjechałem. Szaro, buro i ponuro - miejsce do natychmiastowego remontu. Stoją dwie kolejki - jedna do kas PKP Intercity, druga do kas Polregio. Stoję, żeby kupić Bilet Weekendowy i miejscówkę. Przede mną dresiarz (ok. 18 lat) z dziewczyną.

- Kurwa, będę cię dupczył, rżnął, pierdolił - zaleca się do niej dresiarz, a ona odpowiada zalotnym uśmiechem.
- Cycki ci kurwa pogryzę, zerżnę cię na ostro - kontynuuje dresiarz ku jej zadowoleniu.

Ot, taka zakochana para. Podziwiam takich dresiarzy. Chciałbym być taki, jak oni, mieć tyle siły, świetnie się bić, być agresywnym, a przez to szanowanym. A tak jestem szmatą.

Po kupnie biletu spaceruję po Kielcach. Burza przeszła, z początku jest pochmurno, później wychodzi słońce, dzięki czemu mam idealną pogodę na zdjęcia. Centrum Kielc zaskakująco ładne, oczywiście przy głównych ulicach - bo boczne są zaniedbane. Ku mojemu zaskoczeniu nie nudzę się, znajduję ładne miejsca, a miasto ma do zaoferowania znacznie więcej, niż wynikałoby to z powszechnych stereotypów.

Centrum Kielc

Obiad zjadam w lokalu "Ale Szama" - za gyros z frytkami. Płacę 13,5 zł. Porcja trochę mała, ale bardzo dobra. Kontynuuję spacer po centrum Kielc, około 19:00 idę się zameldować do hotelu Arkadia.

Idąc do hotelu przechodzę przez osiedle. Na ławkach pijacy, na placu między blokami dresiarze ćwiczą mieszane sztuki walki. Dziwna atmosfera. Melduję się w hotelu. Dostaję pokój, z którego rozpościera się panorama Kielc. Z okien nie widać centrum, tylko blokowiska. Ogromne, niekończące się blokowiska, za którymi wznosi się kościół pw św. Karola Boromeusza na wzgórzu Karczówka. Sam hotel to nic specjalnego - prosto wyposażony pokój z zaklejoną dziurą w drzwiach po pięści, słońce grzejące pokój w godzinach popołudniowych i toalety na piętrze - dwie toalety i trzy kabiny prysznicowe bez zasłon. Ogromna zalety to lokalizacja blisko dworca kolejowego oraz cena 55 złotych za noc w pokoju jednoosobowym. Część hotelu przechodzi remont, więc w przyszłości ceny mogą wzrosnąć.

Kładę się spać o 21:00, ale tej nocy nie będzie mi dane się wyspać.
Panorama Kielc z okien hostelu

2. dzień - 14.04.2018 (sobota)


W nocy budziły mnie krzyki dresiarzy przesiadujących na ławkach na blokowiskach otaczających hotel, syreny po kolei - pogotowia ratunkowego, policji i straży pożarnej. A jeździli często, więc wstałem niewyspany o 4:30. Po szybkim prysznicu skierowałem się na dworzec kolejowy.

Pociąg TLK Sienkiewicz do Warszawy (a w zasadzie do Olsztyna) według rozkładu jechał około 6:30. Na dworcu i w okolicach wszystko pozamykane, poszedłem więc kupić coś do Żabki czynnej od 6:00. Po drodze dwie młode, ładne kobiety naśmiewały się z mojego wyglądu. W Żabce nie mieli jeszcze rozmrożonych hot-dogów, więc poprosiłem o zagrzanie tostów. Dietę bezglutenową jakiś czas temu porzuciłem - skutki uboczne stanowiły poważne zagrożenie dla zdrowia, więc tylko ograniczyłem alergeny, co i tak nic nie pomogło.

Zjadłem tosty, wracam na dworzec, wchodzę na peron i do starego wagonu, a tu ze mną w przedziale dwie panienki, które się ze mnie naśmiewały i jeszcze jeden pan w wieku około 60 lat, który cały czas śpi. Właśnie wychodzi słońce, pociąg rusza.

Trasą Kielce - Warszawa jeszcze nie jechałem, pociąg jedzie szybko i płynnie. Dwie młode pasażerki w wieku około 20 lat (jedna) i około 25 lat (druga) rozmawiają ze sobą. Ta młodsza zajmuje się kosmetyką i jeśli o swoje klientki dba tak dobrze jak o siebie, to musi nieźle zarabiać. Druga nie chwali się, kim jest, ale też nieźle zarabia, bo obie planują wyjazdy zagraniczne - kilka dni w Turcji, potem kilka dni w Tajlandii, weekendy z tanimi liniami lotniczymi. Pewne siebie, świat mają w zasięgu ręki, myślą optymistycznie, wierzą w sukces.

Za Kielcami kontrola biletów. Konduktorka około trzydziestki także bardzo ładna, aż mi się ręce trzęsą z wrażenia i kiedy chce do kontroli miejscówkę dodaną do Biletu Weekendowego, bilety spadają na podłogę przedziału, co wywołuje śmiech panienek jadących z Kielc.

Trasa przeciętna. Z początku widać drewniane domki, szczególnie na odcinku pomiędzy stacją Łączna a Berezowem jest ich najwięcej, aczkolwiek w samym Berezowie drewnianych domków nie zauważyłem. Przed stacją Suchedniów z okien widać jezioro, podobnie jak przy wjeździe do Skarżyska-Kamiennego. Samo miasto Skarżysko-Kamienna z okien pociągu wygląda jak jedno, wielkie blokowisko z pięknym kościołem wyróżniającym się na tle zabudowy. W Skarżysku-Kamiennej do pociągu wsiada około 20 osób.

Radom z okien pociągu niewiele różni się od opisanych miejsc. Ogrodzenia pobazgrane przez ulicznych artystów, osiedla z wielkiej płyty, kilka drewnianych domków i znów kościół na tle brzydkiej zabudowy. Dworzec kolejowy z zewnątrz ładny. Na stacji Radom duża wymiana pasażerów - wysiada starszy pan, dosiada się natomiast pan w średnim wieku z nowym smartfonem, natomiast pachnący mieszanką alkoholu i papierosów. Podczas podróży rozwiązuje krzyżówki i sudoku.

Interesująca jest obserwacja kilku pokoleń w przedziale - na podstawie wyglądu oraz zachowań widać, jak w ciągu krótkiego czasu zmieniła się Polska, jak zmieniła się mentalność społeczeństwa, możliwości, postrzeganie świata. Młode dziewczyny mające dobrą pracę i czerpiące z życia pełnymi garściami, ja w wieku 34 lat - sfrustrowany nieudacznik pozbawiony wiary we własne umiejętności, starsi panowie zaniedbani i zmęczeni życiem. Mógłbym książkę napisać o swoich obserwacjach w podróży.

Przed stacją Lesiów wznosi się ogromna hałda śmieci, dalej pociąg wyraźnie zwalnia do 50-60 km/h. Zaczynam drzemać. Co jakiś czas wybudzam się z drzemki, pociąg jedzie wolno, mija wiejskie stacje, krajobraz to głównie pastwiska, lasy i sady owocowe

W Piasecznie wysiada starszy pan. Młode kobiety rozmawiają przy mnie bez skrępowania o wszystkim, w tym kobiecych sprawach. Jedna chce się położyć, druga do niej "przecież jesteśmy same w przedziale". No kurwa, po śmierci chciałbym straszyć jako duch, ale chyba nie jest jeszcze ze mną tak źle.

Za Piasecznem pociąg w końcu przyspiesza. Przy wjeździe do Warszawy widzimy lotnisko Okęcie, a nad pociągiem przelatuje samolot podchodzący do lądowania.

Na stacji Warszawa Zachodnia kilkuminutowy postój. Przez przedziały przechodzi pan w średnim wieku twierdzący, że zabrakło mu kilku złotych na bilet do Olsztyna i czy nie mógłby go ktoś wspomóc, bo chce kupić bilet u konduktora. Nie wiem, czy ktoś się nabrał, bo wkrótce wysiada i czeka na następny pociąg, do którego również wsiądzie i będzie prosił pasażerów o parę złotych na bilet istniejący tylko w jego wyobraźni.

Kobiety wysiadają na stacji Warszawa Centralna, bardzo duża wymiana pasażerów, dosiadają się nowi pasażerowie. Ja wysiadam na stacji Warszawa Wschodnia.

Tutaj według rozkładu mam kilkanaście minut na przesiadkę na pociąg do Siedlec. Pobieram w kasie miejscówkę i staje się coś, co mi się jeszcze nie stało. Mylę na tablicy przyjazdy i odjazdy, myśląc, że pociąg odjedzie za 40 minut. Idę więc na śniadanie do McDonald'sa (tost + herbata), jem spokojnie, a pociąg mi ucieka. Nie wiem, czy to przez niewyspanie, ale zdarzyło mi się coś takiego po raz pierwszy w ciągu wielu lat podróży.

W Warszawie świeci ostre słońce. Temperatura ma osiągnąć 27 stopni, ale czuję się fatalnie, jakby był co najmniej 33-stopniowy upał. W sumie dobrze, że nie pojechałem do Siedlec, bo mogłoby się to skończyć omdleniem lub zasłabnięciem. Pomimo zjedzenia śniadania oraz hot-doga złe samopoczucie nie mija. Rozważam wycieczkę do Łodzi, ale rozkład jest tak skonstruowany, że w weekend dojazd ze stacji Łódź Widzew do centrum Łodzi i z powrotem zająłby tyle czasu, iż na zwiedzanie miałbym może godzinę. W przypadku przejazdu do Siedlec to samo.

Już wiem, że podróż będzie nieudana. Słońce grzeje i pomimo niewysokiej temperatury jest nieprzyjemnie - nie mam ochoty na zwiedzanie stolicy. Postanawiam sfotografować trochę pociągów, a do Katowic wrócić DART-em, dzięki czemu będę mógł napisać recenzję z przejazdu tym pociągiem.

VT628 jako pociąg Czeremcha - Warszawa na stacji Warszawa Wschodnia

Około 12:20 wsiadam do DART-a do Bielska-Białej. Mam nadzieję złapać w Katowicach pociąg do Oświęcimia jadący po 16:00. Może to zabrzmi banalnie, ale dotychczasowe doświadczenie nauczyło mnie, że zdrowie jest najważniejsze i nie ma sensu ryzykować, kiedy organizm nie daje rady, a dzieje się to coraz częściej.

Podróż pociągiem do Katowic przyjemna, wygodna, w środku przyjemny chłód. Wśród pasażerów dużo Ukraińców jadących do Radomska i Częstochowy. Obłożenie średnie, nie mam co narzekać, po jakimś czasie czuję się też lepiej niż w słońcu. Do Katowic przyjeżdżamy po 16:00.

Po wyjściu z pociągu w Katowicach okazuje się, że pociąg do Oświęcimia jadący o tej porze nie kursuje w weekendy, pozostaje mi poczekać 2 godziny w Katowicach na następny. Słońce trochę zelżało, więc spaceruję po katowickim Rynku. W stronę Spodka zmierza grupa kilkudziesięciu kibiców konwojowana przez dwa radiowozy policyjne. W centrum miasta mało ludzi, pomimo przyjemnej temperatury. Chcę zrobić zdjęcie ładnego Muzeum Śląskiego - słyszę krzyk, patrzę - dresiarze z koleżankami siedzący na ławce w kadrze krzyczą "żadnych zdjęć". Nie zauważyłem ich wcześniej i chowam aparat. Zdjęcie zrobię, jak sobie pójdą.

Spacer chcę zakończyć na katowickim deptaku - ulicy Mariackiej. Patrzę, a tam grupa dobrze zbudowanych żuli zaczepia przechodniów o pieniądze. Tańczą, krzyczą, śpiewają i świetnie się bawią, a ludzie chyłkiem przemykają. I wszystko w centrum miasta, na podobno reprezentacyjnej ulicy, pod okiem kamer monitoringu. Dziwne miasto - czasami bardzo lubię spacerować po centrum Katowic, a czasami mam ochotę uciekać stąd jak najszybciej. Dziś wybieram to drugie.

Wracam na dworzec, po kilkunastu minutach podstawiają pociąg do Oświęcimia. Jedzie Elf 2, obłożenie około 70%. Do Oświęcimia dojeżdżam bez przeszkód.

Podróż chciałem kontynuować następnego dnia, ale odsypiałem nieprzespaną noc i zaspałem na pociąg.

Podsumowanie


Nieudana podróż, lecz jestem w wieku, kiedy wolę pogodzić się z porażką niż na siłę próbować przejechać jak najwięcej kilometrów i zwiedzić jak najwięcej miast. Być może jeszcze będzie okazja pojechać na wschód od Warszawy.

Rynek w Katowicach