Świat Podróży Kolejowych - 2018.04 - Jednodniowe kółeczko - relacja z podróży

Świat Podróży Kolejowych

Obserwuj nas


Mapa odwiedzin


Statystyki od 25.04.2017 r.

Free counters!

KÓŁECZKO Z KOLEJAMI ŚLĄSKIMI


Strona główna --> Moje podróże
10 kwietnia 2018 roku postanowiłem zrobić sobie jednodniową wycieczkę do Olesna. W Oleśnie nie ma nic specjalnego, ale po prostu nie zwiedziłem tego miasta. W planie było dwugodzinne oczekiwanie na pociąg w Lublińcu, ewentualnie zwiedzanie Tarnowskich Gór w drodze powrotnej. Wyszło inaczej.

Przebieg wycieczki


Wycieczkę rozpoczynam od porannego spaceru na oświęcimski dworzec. Bezchmurne niebo, temperatura idealna, czuć przyjemny chłodek, co później się zmieni. Podczas spaceru na dworzec kolejowy w Oświęcimiu dokumentuję rozbiórkę budynku przy ulicy Joselewicza w Oświęcimiu, a później rozbiórkę hotelu Glob tuż przy dworcu.

Do Lublińca jedzie EN57 - obłożenie wysokie, z tyłu pociągu jedzie wycieczka, jest też sporo cudzoziemców. Na stacjach pośrednich dosiada się po kilkoro podróżnych na każdej ze stacji. Przed stacją Bieruń Nowy wycięto drzewa i dziwnie się czuję widząc z okien pociągu krajobraz inny, niż do jakiego przyzwyczaiłem się często jeżdżąc tą trasą.

Cudzoziemcy chcieli wysiąść na stacji Katowice-Szopienice Południowe, ale ktoś ich powstrzymał. Na całe szczęście.

W Katowicach mamy 5 minut postoju. Pomiędzy stacjami Katowice Zawodzie a Chorzów Batory w wagonie czuć dym papierosowy. Pasażerowie rozglądają się po wagonie, ale nie widać, kto pali. W końcu na stacji Chorzów Batory dumnie wysiada jakiś młody mięśniak z papierosem w ustach. Żenujące, że nie może się powstrzymać od palenia na czas przejazdu wynoszący kilka minut.

Na stacji Chorzów Batory wsiadają dwaj rowerzyści. Dalszy odcinek trasy pociąg raz jedzie żółwim tempem, raz przyspiesza. Nie lubię podróżować tą linią - zasypiam bez względu na pogodę i porę dnia, a podróż jest nużąca.

Wnętrze pociągu Oświęcim - Lubliniec

Z widoków za oknem: podczas wjazdu do Bytomia widać familoki, bloki i ogródki działkowe pomiędzy torami a familokami. Przed samą stacją Bytom kolejne osiedle familoków, na jednym z budynków widać świeże ślady pożaru mieszkania. Dalej zwracają uwagę niszczejące wagony i lokomotywy Górnośląskich Kolei Wąskotorowych, zlokalizowane w sąsiedztwie ogródków działkowych. Natomiast za stacją Bytom Północny, którą tworzy stara, rozlatująca się wiata, stoi opuszczony obiekt przemysłowy.

Ku mojemy zaskoczeniu dużo osób wysiada na stacji Radzionków Rojca, a na wyremontowanej stacji Radzionków niewiele osób.

Podróż się dłuży - w okolicach Nakła Śląskiego zaczynam przysypiać. W Tarnowskich Górach dosiada się 18 osób (z nudów liczyłem), a za tym miastem w końcu pociąg zaczyna jechać z przyzwoitą prędkością.

W końcu widzę jakąś miejscowość ze złomowiskiem i gęstą zabudową. Mam nadzieję, że to Lubliniec, a to tylko Kalety.

W Koszęcinie z pociągu ładnie widać zabytkowy drewniany kościół z cmentarzykiem oraz daczę w lesie. W budynku dworcowym czynna jest poczekalnia.

Kiedy pociąg dojeżdża do Lublińca, jestem wyczerpany krótką przecież podróżą.

Grzeje mocno, mam dwie godziny do odjazdu pociągu do Olesna. Idąc do centrum przechodzę obok ładnego budynku Starostwa Powiatowego, następnie skręcam w lewo i łącznie po pięciu minutach jestem w ścisłym centrum. Pozostaje przejście przez ulicę, krótki spacer deptakiem, aby znaleźć się na rynku. Rynek niebrzydki, spaceruję po uliczkach centrum, ale nie ma tu nic ciekawego, co zatrzymałoby mnie na dłużej. Co ciekawe, na ulicach widać ogromną przewagę kobiet. Inaczej mówiąc mężczyźni pracują, kobiety spacerują.

W Lublińcu czynnych jest kilka lokali z niedrogim jedzeniem - od obiadów domowych, przez tanie kebaby, po fast-food w sklepie wielobranżowym. Ja się tu nudzę i wracam na dworzec. Pozostaje ponad godzina do odjazdu pociągu do Olesna. Nie chce mi się czekać, więc wsiadam do pociągu do Częstochowy.

Rynek w Lublińcu

Z Lublińca do Częstochowy jedzie się bardzo szybko, a bilet w taryfie normalnej kosztuje jedynie 3 zł - świetna propozycja wycieczki na wagary. Ja jadę na REGIOKarnecie. Ze mną w wagonie dwie młode osoby oraz osobnik, który prawdopodobnie wyszedł z więzienia po długiej odsiadce, bo wygląda na bardzo zagubionego, a problemy sprawia mu nawet otwarcie drzwi pomiędzy przedsionkiem, a częścią pasażerską. Widać, że długo nie miał kontaktu z normalnym światem. Konduktor ten sam, co w pociągu Oświęcim - Lubliniec.

Na stacjach po drodze wsiadają i wysiadają pojedyncze osoby. Na uwagę zasługuje odnowiona stacja Częstochowa Stradom.

W Częstochowie zamierzam spędzić więcej czasu. Po wyjściu z dworca zaskakuje mnie liczba ludzi na ulicach. Tłumy. Bardzo dużo osób.

Udaję się w kierunku Jasnej Góry. Jakkolwiek zabudowa alei Wolności nie podobała mi się i nie oczekiwałem cudów, to po Alei Najświętszej Marii Panny spodziewałem się ładniejszych budynków. A tu taki miszmasz architektoniczny - bez składu i ładu, brzydkie budynki z PRL-u pomieszane z pojedynczymi zabytkowymi kamienicami oraz jeszcze brzydszymi współczesnymi paskudztwami. Sporo lokali gastronomicznych, przed pączkarnią stoi długa kolejka.

Przy Placu Biegańskiego wyciągam aparat - przejeżdża akurat Ikarus 280. Kto by powiedział kilkanaście lat temu, że widok tego autobusu sprawi mi taką radość. Wtedy jeździły niemal wszędzie, dziś na polskich ulicach prawie nie ma po nich śladu.

Kościół przy Placu Biegańskiego

Fotografuję Plac Biegańskiego i okolice. Nagle słyszę donośny głos za mną "Co ty tu człowieku fotografujesz? Na tej wiosce nic się nie fotografuje?" Odwracam się - kolejny łysy mięśniak ze swoją niunią. Sporo tu takich. Odechciewa mi się fotografowania i spaceru po Częstochowie, jak już jestem, to dojdę na Jasną Górę i spadam stąd. Pogoda również robi swoje - świeci słońce, jest duszno, nie chce mi się zwiedzać.

Jasną Górę zwiedzam na szybko. Czynna jest wieża widokowa, ale trzeba zostawić plecak, co w moim przypadku nie wchodzi w grę. Szybko maszeruję na dworzec, dochodzę 10 minut przed odjazdem pociągu przyspieszonego Częstochowa - Katowice. Nie jadłem nic od 8:00, więc chcę kupić drożdżówkę albo kanapkę, ale na dworcu nigdzie nie mają. Nic, wsiadam bez jedzenia.

Brama do klasztoru na Jasnej Górze

Pociąg do Katowic zapchany po brzegi, również w przedsionkach - 1x EN57 w godzinach szczytu. Mam nadzieję, że dojedzie do Katowic szybko, jednak zatrzymuje się na każdej stacji. Myślę - co to za pociąg przyspieszony? Przed Porajem stoimy 15 minut - duchota nie do wytrzymania. Dopiero w Myszkowie wysiada sporo ludzi i zwalnia się trochę miejsc. Od tej pory mam miejsce do siedzenia.

Pociąg jako przyspieszony kursuje dopiero od Zawiercia. Na odcinku Zawiercie - Sosnowiec jedzie się szybko i przyjemnie, bowiem pociąg zatrzymuje się tylko na wybranych stacjach. Po drodze nic ciekawego.

Ze względu na opóźnienie wysiadam na stacji Katowice-Szopienice Południowe, bowiem nie wiem, o której jedzie pociąg do Oświęcimia. Rzut oka na rozkład jazdy - 30 minut. A mogłem jechać na główny. Oprócz mnie na pociąg do Oświęcimia czeka jedna dziewczyna. Zwiedzam stację i wyjątkowo nieciekawą okolicę. Chcę kupić coś do jedzenia, lecz nie mam gdzie, a zapuszczać się za daleko nie ma sensu. Muszę też ograniczyć fotografowanie okolicy stacji, bowiem w bramie jednego z familoków zebrała się grupa dresiarzy.

Na stacj Katowice Szopienice-Południowe nie ma zapowiedzi megafonowych. Pociąg w końcu przyjeżdża - Elf 2, obłożenie wysokie. Do Oświęcimia dojeżdżam po 50 minutach, z dworca wracam pieszo do domu.

Podsumowanie


We wpisie trochę pomarudziłem. Miasta województwa śląskiego mają jednak specyficzną atmosferę, która nie każdemu się podoba. Odcinek Chorzów - Lubliniec zawsze był dla mnie męczarnią w podróży. A Katowice to temat na osobne opowiadanie.

Dworzec kolejowy Częstochowa Osobowa