Świat Podróży Kolejowych

Obserwuj nas


NIEUDANA WYCIECZKA MARZEŃ,

CZYLI O PECHU


Strona główna --> Felietony
Uważam się za największego pechowca i nieudacznika na świecie. Mam niewiarygodnego pecha, a doświadczenie życiowe posłużyło mi do stworzenia złotej myśli, będącej jednocześnie moim mottem życiowym: Urodziłeś się śmieciem, śmieciem umrzesz - przeznaczenia nie da się oszukać. Oznacza to, iż skoro są na świecie ludzie, którym wszystko się udaje, są też tacy, którym nie udaje się nic. Nawet, jeżeli wszystko wydaje się iść w dobrą stronę, a cel wydaje się być w zasięgu ręki, zawsze znajdzie się coś, co pokrzyżuje plany. Moje motto życiowe jest wyśmiewane przez ludzi sukcesu, intelektualistów, młodych internautów wierzących w piękny świat i omamionych modnymi hasłami medialnymi typu "chcieć to móc".

W ubiegłym roku nie mogłem podróżować. W tym było znacznie lepiej, przynajmniej w pierwszej połowie roku. W wakacje szczęście przestało się do mnie uśmiechać - brak wolnych miejsc noclegowych, kiedy w końcu w niedrogich noclegach zwolniło się miejsce, doznałem kontuzji. We wrześniu udało mi się wprawdzie pojechać na zaproszenie rodziny do Niemiec, następnie na kilka dni do regionu Euro Nysa, ale musiałem przerwać udaną wycieczkę z powodu wezwania do urzędu.

Druga połowa września była znacznie gorsza. To fatalna pogoda, to brak wolnych miejsc noclegowych w obiektach, które odpowiadały mi stosunkiem cena/jakość. Polski w ogóle nie brałem pod uwagę - w tym roku tłok w pociągach oraz obłożenie niedrogich obiektów noclegowych biją rekordy. Ale nie tylko w Polsce - w Czechach, na Słowacji i na Ukrainie jest tak samo. Reszta krajów znajduje się poza moim zasięgiem finansowym.

W końcu na początku listopada wydawało się, że szczęście się do mnie uśmiechnęło. 10 listopada 2016 roku Lux Express zorganizował trwającą przez godzinę promocję, w której można było kupić bilety Kraków - Budapeszt za 5 złotych w jedną stronę. Udało się, miałem bilety na nocne autobusy Kraków - Budapeszt, później powrotny, razem za 10 złotych. Postanowiłem zorganizować sobie krótką podróż marzeń, bowiem od lat marzę o zwiedzeniu chociaż części węgierskich miast. Wiadomo, dzień krótki, ale wystarczająco długi, aby zwiedzić kilka miast w okolicach Budapesztu.

Wszystkie moje dotychczasowe wyjazdy planowane z wyprzedzeniem kończyły się niepowodzeniem. Zachorowałem albo odwołano lot, raz rozmyśliłem się w ostatniej chwili, biorąc pod uwagę koszt dwudniowej wycieczki do Londynu. Udawały się tylko wyjazdy spontaniczne, planowane z dnia na dzień. Tutaj do wyjazdu miałem 9 dni. Miałem nadzieję, że nie zachoruję.

Zaopatrzyłem się w probiotyki, miód, naturalną witaminę C, wcześniej brałem suplement diety wzmacniający odporność. Od 7 miesięcy nie byłem przeziębiony, inne drobne infekcje, które przechodziłem, nie przeszkodziłyby mi w podróży. Zrezygnowałem z wyjść na basen oraz innych aktywności mogących zwiększyć ryzyko przeziębienia.

Intensywnie przygotowywałem się do wycieczki. Tworzyłem plany, wymieniłem złotówki na forinty, wykupiłem ubezpieczenie. Czułem się świetnie, z wielką radością oczekiwałem na wycieczkę marzeń tym bardziej, iż zapowiadano ocieplenie i słoneczną pogodę podczas mojego pobytu.

Pozostało wykupić dwa noclegi. Wolałem dopłacić kilkadziesiąt złotych i mieć pokój jednoosobowy z łazienką niż spać w salach wieloosobowych w hostelu. Tu również szczęście się do mnie uśmiechnęło. Śledziłem oferty na booking.com, wypatrzyłem w końcu odpowiadający mi hotel. Pojawił się problem, bowiem nie posiadam karty kredytowej. Ale i tę przeszkodę udało mi się ominąć. Napisałem bezpośrednie do hotelu z zapytaniem o zniżki i oferty specjalne. Po 5 minutach przysłali mi ofertę jeszcze lepszą niż na booking.com - pokój jednoosobowy z łazienką i ze śniadaniem za 21 euro. Blisko ważnego węzła przesiadkowego, więc dojazd do centrum pociągiem oraz wyjazdy do okolicznych miast byłyby bardzo łatwe.

Wyjazd był zaplanowany w nocy z 19 na 20 listopada (sobota/niedziela).

W piątek, 18 listopada również świetnie się czułem. Poszedłem jedynie na obiad do niedalekiego lokalu, później siedziałem w domu, aby nie zachorować. Wszystko było zapięte na ostatni guzik.

Przyszła sobota - dzień wyjazdu - i niestety, stało się to, czego się obawiałem. Przeziębienie lub infekcja wirusowa. Jeszcze rano miałem nadzieję, że uda mi się złagodzić objawy na tyle, aby pojechać do Budapesztu, jednak nic z tego. Z pozoru nie wyglądało to na nic ciężkiego, ale pozostawało pytanie, czy warto ryzykować pogorszenie stanu zdrowia oraz czy warto płacić za siedzenie w hotelu. Do tego kwestia powrotu - wyjazd z Budapesztu jest o 23:50, do tego czasu zwiedzałbym i co by się stało, gdybym na przykład zemdlał? Ewentualny powrót pociągiem odpadał ze względu na cenę.

Z wielkim żalem oraz poczuciem kolejnej życiowej porażki zdecydowałem się zrezygnować z podróży. Podróży marzeń która byłaby wspaniałym zakończeniem tegorocznego sezonu podróżniczego. Wszystko było dograne, byłem spakowany, a choroba przyszła w najgorszym momencie, choć robiłem wszystko, aby się jej ustrzec.

Pewnie wielu z was powie, że mogłem nafaszerować się lekami z paracetamolem i jechać, sam wyjazd na pewno dobrze by mi zrobił, a choroba przeszłaby sama. Tylko, czy to ma sens? Czy ma sens faszerowanie się lekami, aby zrobić kilka zdjęć dla lajków. Co z powikłaniami? Planowałem intensywne zwiedzanie i intensywne podróże po Węgrzech, a przy złym samopoczuciu to niewykonalne.

Następnego dnia okazało się, że decyzja była słuszna. Samopoczucie było jeszcze gorsze, a kiedy wyszedłem na spacer, o mało nie zemdlałem, tak byłem osłabiony i kręciło mi się w głowie. Przy czym nie miałem nawet gorączki - tylko dreszcze. Gdybym był na miejscu, nie miałbym na nic sił, nie mówiąc o podróży powrotnej.

Dziś "drugi dzień wycieczki" - poniedziałek 21 listopada. Osłabienie nie ustępuje, choć prognoza pogody sprawdziła się i wycieczka byłaby rzeczywiście wycieczką marzeń.

Przepadło 10 złotych za bilety (Lux Express nie zwraca pieniędzy za bilety promocyjne), przepadło 30 złotych za ubezpieczenie. Rezerwację udało się odwołać bez dodatkowych kosztów. Pal licho 40 złotych, szkoda wycieczki. Chciałem w końcu przetestować autokary Lux Express (wiem, zdradziłbym kolej, ale czasami inaczej się nie da), porządnie pozwiedzać Budapeszt, zobaczyć piękne węgierskie miasteczka i posmakować tamtejszej kuchni.

Kilka lat temu miałem wykupiony lot do Budapesztu i z powrotem z Warszawy łącznie za 79 złotych. Miała to być moja pierwsza podróż samolotem. Bilety kupione z trzymiesięcznym wyprzedzeniem, choroba przyszła 2 dni przed wylotem. 79 złotych przepadło. Samolotem nigdy nie leciałem i nadal nie zanosi się na to, abym kiedykolwiek poleciał.

Jak wytłumaczyć takie niepowodzenia i przekorność losu? Nie ma na to wytłumaczenia. To po prostu przeznaczenie. Widocznie tak jest mi dane - nic nie będzie się udawało. Najgorsze, że takie niepowodzenia później fatalnie wpływają na pewność siebie.

Jeszcze nigdy nie udało mi się zrealizować podróży planowanej z wyprzedzeniem dłuższym niż 3 dni. Zawsze na drodze stawały nieprzewidziane okoliczności. Również tym razem, choć naprawdę zrobiłem wszystko, co mogłem, aby podróż doszła do skutku. Przeznaczenia nie da się jednak oszukać.

Bardzo zależało mi na podróży do Budapesztu