Świat Podróży Kolejowych

Obserwuj nas


Mapa odwiedzin


Statystyki od 25.04.2017 r.

Free counters!
Strona zakończyła działalność. Informacje w artykułach mogą być nieaktualne.

POZNAŃ - 07.2016


Strona główna --> Moje podróże
Rodzaje biletów: REGIOKarnet + bilet na pociąg TLK Poznań - Katowice + bilet KŚ Katowice - Oświęcim.

W lipcu i sierpniu domy studenckie oraz internaty często oferują niedrogie noclegi dla osób z zewnątrz. Wyjątkowo atrakcyjnie na tle innych prezentuje się oferta Domu Studenckiego "Jowita" z Poznania - za pierwszą noc w pokoju jednoosobowym płaci się 54 złote, za każdą następną 21,6 zł. Trzy lata temu nocowałem w tym akademiku podczas wakacyjnej podróży i byłem zadowolony, korzystając więc z zapowiadanej deszczowej pogody, zarezerwowałem trzy noclegi od 12 lipca. Mailowe potwierdzenie rezerwacji przyszło dopiero po 22 godzinach, czyli dla mnie zbyt późno, aby jechać tego dnia, telefonicznie uzgodniłem przełożenie rezerwacji na 13 lipca.

Plan był następujący:

13.7 - podróż do Poznania
14.7 - podróże po odcinku Poznań - Konin i podróż do Gniezna
15.7 - zaliczenie linii Poznań - Wągrowiec - Gołańcz i Leszno - Ostrów Wielkopolski.
16.7 - kółeczko na Bilecie Weekendowym lub powrót do domu pociągami REGIO.

Plan bardzo dobry, ale w tym roku prześladuje mnie pech i jak zwykle musiało zdarzyć się coś nieprzewidzianego, co pokrzyżowało moje plany. Zachowanie pracownicy na recepcji Domu Studenckiego "Jowita" należało do moich najgorszych doświadczeń podczas dotychczasowych podróży, a w legalnych obiektach noclegowych nigdy nie spotkałem się z taką arogancją.

1. Dzień - 13 lipiec 2016


W nocy z 12 na 13 lipca przez Oświęcim przechodziła burza z ulewnym deszczem i piorunami. Grzmoty budziły mnie kilkakrotnie, więc nie wyspałem się. Rano również było deszczowo, ale nie na tyle, aby przeszkadzało to w podróży. Trochę mżyło, temperatura przyjemna, na szczęście dla mnie słońce nie przygrzewało.

Ku mojemu zaskoczeniu na dworcu w Oświęcimiu nie ma kolejki do kasy, nie mam też problemów z legalizacją REGIOKarnetu. Na jednym z peronów w Oświęcimiu położono nowe płyty chodnikowe, postawiono także nowe kosze.

Do Katowic jedzie EN57-1090 wydzierżawiony od Przewozów Regionalnym przez Koleje Śląskie. Obłożenie około 15%, po drodze dosiada się niewielu pasażerów, na przykład w Nowym Bieruniu wsiadły 4 osoby, w Imielinie siedmioro pasażerów. Statystykę poprawiła pięcioosobowa rodzina wsiadająca w Oświęcimiu - babcia, matka i troje dzieci. Jeszcze przed odjazdem pociągu dziewczynka wyglądająca na 5 lat zniecierpliwiona na cały głos pyta "kiedy ten pociąg ruszy dupę?!".

Zdecydowałem się jechać przez Lubliniec, więc w Katowicach mam dwie godziny na swoje sprawy. Na początek idę kupić REGIOKarnet, bowiem właśnie wykorzystuję ostatni z trzech dni na przejazdy. Kolejka do kas bardzo duża, obowiązuje system jednej kolejki, czyli wszyscy stoją w jednym ogonku, a na specjalnym wyświetlaczu pokazuje się, która kasa jest wolna. Równocześnie z wyświetleniem komunikatu emitowany jest głośny i wyraźny komunikat dżwiękowy.

To jednak za mało dla dwóch starszych pań w kolejce, głośno komentujących sytuację, np. "co ona tak długo tam stoi?". Głosem zdradzającym irytację popędzają też jednego pana do wolnej kasy, zanim wyświetla się komunikat i kasjerka odsyła go z powrotem do kolejki. Próbują też pogonić inną panią, ale ta nie reaguje na ich rozkaz wypowiedziany w formie prośby tłumacząc, że trzeba czekać na komunikat. Na szczęście stoję za nimi.

Po kupieniu REGIOKarnetu wybieram się na katowicki Rynek. Na odcinku około dwustu metrów siedem różnych osób próbuje mi wręczyć ulotki. Pogoda zmienna, chłodno, czasami pada. Szybko wracam na dworzec. Potem jeszcze krótki spacer na targ i powrót na śniadanie.

Na dworcu grupy młodzieży czekają na pociąg MusicREGIO do Kostrzyna nad Odrą. Jest spokojnie, nikt nie krzyczy, nikt nie awanturuje się. Pociąg zestawiony z 3 pojazdów EN57, w środku jeszcze mało ludzi.

Śniadanie, jak zwykle, jem w barze Subway. Nauczony doświadczeniem rezygnuję z kawy, kupuję natomiast kanapkę z kiełbaską i sosem czosnkowym za 5,95 zł w pieczywie flatbread. Smaczny posiłek za niewygórowaną cenę. Przed podróżą zaopatruję się jeszcze w kanapkę za 5,5 zł w piekarni "KanapKiełek".

Do Lublińca wiezie mnie EN57 z nietypową tapicerką na siedzeniach. Obłożenie niskie. Do Tarnowskich Gór, poza krótkim odcinkiem przed Bytomiem, podróż bardzo powolna. Pasażer siedzący po drugiej stronie przez cały czas pali e-papierosa, wypuszczając kłęby pary. Podróż usypiająca - czuję jakby w półśnie i z całej podróży zapamiętam jedynie dresiarzy przed stacją Chorzów Stary oraz zabytkową elektrociepłownię Szombierki w Bytomiu.

Za Tarnowskimi Górami pociąg znacznie przyspiesza. Naprzeciwko mnie zajmuje miejsca małżeństwo przed sześćdziesiątką, rozmawiające ze sobą po śląsku. Siedzą przez kilka stacji, a kiedy przychodzi konduktor, oni proszą o wystawieniu biletu. Konduktor sprzedaje i poucza, że powinni zakupić bilet tuż po wejściu do pociągu, jak to zrobili inni pasażerowie. Oni wyglądają, jakby byli obrażeni, że istnieje taki przepis.

W Lublińcu stoi już pociąg do Wrocławia. Odjazd za 36 minut, idę więc na szybki spacer po mieście. Słońce grzeje dość mocno, na niebie pojawiają się tylko małe chmurki, po deszczu ani śladu. Przed dworcem nie ma planu miasta, w związku z czym kieruję się na oślep. Pierwsze wrażenie pozytywne - miasto spokojne, lecz nie wymarłe, czysto, przyjemnie, bardzo ładne budynki starostwa i urzędu miejskiego. Ruch w sam raz. Centrum przeciętne, nieduże.

Na Rynku wyciągam aparat, ustawiam się tak, aby zrobić ładne zdjęcie najładniejszej części, wszystko gotowe, a tu podjeżdża samochód typu SUV i parkuje tuż przede mną, psując mi całe ujęcie. Niech to diabli - myślę. Patrzę z wyrzutem na biznesmena w średnim wieku wysiadającego z samochodu, ale jego moje spojrzenie w ogóle nie rusza.

Dwie godziny od śniadania zaczął dokuczać głód. Na ulicy Mickiewicza natrafiam na bar z bardzo przystępnymi cenami dań obiadowych. Wziąłbym coś na wynos, lecz ze względu na kolejkę muszę zrezygnować z zakupu jedzenia. Tuż obok w sklepie wielobranżowym prowadzą też sprzedaż fast-foodów. Biorę zapiekankę za 4,10 zł, do tego zdrapki za 3 złote. Zapiekanka odgrzewana w kuchence mikrofalowej, niezbyt smaczna, natomiast skutecznie tłumi głód. Jedząc zapiekankę wracam na dworzec, gdzie melduję się 5 minut przed odjazdem pociągu. Lubliniec to przyjemne miasto bez szczególnych rewelacji, w sam raz na spacer w oczekiwaniu na przesiadkę.


Wnętrze pociągu Katowice - Lubliniec

Rynek w Lublińcu

W pociągu bardzo duszno, nawet kiedy pociąg rusza i jedzie dość szybko. Pasażerowie tym razem niczym się nie wyróżniają. Swoimi ekstrawaganckimi strojami oraz wspólnym wejściem do toalety, z której wkrótce czuć dym papierosowy, zwraca uwagę jedynie para jadąca na Przystanek Woodstock.

W Kluczborku jestem kilkanaście minut. Żar leje się z nieba, słońce praży, nie mam ochoty na spacer do kolektury Lotto. Odcinek Kluczbork - Kępno pokonany w bardzo szybkim tempie, na stacji Łęka Opatowska dwie dziewczyny w wieku na oko 15-16 lat robią sobie selfie na tle wiaty na peronie, starsi pasażerowie patrzą ze zdziwieniem, jak szczerzą miny do smartfona umieszczonego na kijku do selfie.

W Kępnie przesiadka na pociąg do Ostrowa Wielkopolskiego. Dworzec piękny, ale pusty. Odnowiona elewacja, odnowiony hol, a w środku żywej duszy. Kiedy robię zdjęcia peronów, dostrzegam funkcjonariusza Straży Ochrony Kolei obserwującego mnie z okna na pierwszym piętrze dworca.

Podróż do Ostrowa Wielkopolskiego bez przygód, na miejsce dojeżdżamy 3 minuty przed czasem. Robię kilka zdjęć holu dworca. Ze skrzynek bagażowych nie można korzystać do 5 sierpnia ze względów bezpieczeństwa. Wiadomo, Światowe Dni Młodzieży.

Do Poznania jedzie EN57-1031, czyli zmodernizowany, klimatyzowany, bardzo wygodny pojazd z przyciemnionymi szybami. Ku mojemu zaskoczeniu podróżuje niewielu pasażerów. Trochę dosiadło się w Środzie Wielkopolskiej i na następnych stacjach. Przed Poznaniem rozpadało się.

Pociąg wyjechał z Ostrowa Wielkopolskiego z dziesięciominutowym opóźnieniem. Do Poznania dojeżdżam o 18:25. Deszcz przestał padać, spokojnym krokiem kieruję się w stronę "Okrąglaka", gdzie o 19:00 powinna się zacząć ostatnia godzina otwarcia restauracji "Express Marche", co oznacza obniżkę o 50% ceny wszystkich dań na wagę. Niestety, po dotarciu na miejsce okazuje się, że restauracja jest czynna do 19:00, a obniżka jest już od 18:00, czyli przyszedłem o godzinę za późno.

W galerii przy dworcu Poznań Główny jest inny lokal tej sieci, czynny do 21:00, więc obniżka będzie o 20:00. W oczekiwaniu robię zakupy w supermarkecie "Piotr i Paweł". Zaskakuje mnie bogata oferta piw rzemieślniczych i leczniczych wód mineralnych. Kupuję tylko zwykłą wodę mineralną 1,5 l oraz kanapkę za 3,9 zł na wszelki wypadek, gdybym zgłodniał w nocy. Jeśli kupujecie kanapki, koniecznie czytajcie daty przydatności do spożycia - na jednej półce były kanapki, którym 13 lipca kończyła się data przydatności i takie, które miały datę przydatności do 16 lipca.

Punktualnie o 20:00 zjawiam się przed restauracją Express Marche. Kolejka mała, nakładam na talerz wszystkiego po trochu, nie wiedząc, ile na koniec zapłacę. Płacę 9,95 zł. Możecie się śmiać, jednak jedzenie jest pyszne, a dla mnie to okazja do spróbowania kilku nowych dań, których nie mam okazji jeść na co dzień.

Do Domu Studenckiego "Jowita" przechodzę przez Rondo Kaponiera, zastanawiając się, kiedy skończą przebudowę tego miejsca. Trwa ona przynajmniej od 2012 roku.

W akademiku na recepcji melduje mnie młoda, sympatyczna kobieta. Dostaję pokój 203. Pokój skromny, typowy dla akademików. Dziwi mnie jedynie taśma klejąca na oknach, sugerująca nieszczelność tychże. Dwa lata temu goście dostawali też ręcznik, tym razem trzeba mieć swój.

Biorę prysznic i kładę się spać. Na korytarzu słychać głośne rozmowy, co jakiś czas chrobot przekręcanego klucza w zamku brzmi tak, jakby to ktoś otwierał drzwi od mojego pokoju. Odzwyczaiłem się od tego - dawniej mnie to nie dziwiło.

Zdrapki - wydatek/wygrana:

Katowice: 3 zł/1 zł
Lubliniec: 3 zł/0 zł
Ostrów Wielkopolski: 2 zł/0 zł


Dworzec kolejowy w Kępnie

Obiadokolacja za 9,95 zł

2. Dzień - 14 lipiec 2016


W nocy budzę się co chwilę, co w moim przypadku nie jest niczym niezwykłym, kiedy spędzam pierwszą noc w obcym miejscu. Później się przyzwyczajam.

Wstaję z łóżka - od rana w Poznaniu pada rzęsisty deszcz. Nie ma jeszcze wiatru, temperatura do zniesienia. Na dworcu Poznań Główny jestem przed 07:00. Kolejki do kas krótkie, legalizuję REGIOKarnet. Na śniadanie jem tosta w McDonald's za 3,5 zł.

Na dworcu dużo osób wybierających się na wspominany już wcześniej Przystanek Woodstock. Czekają na pociąg specjalny o 08:11. Większość grup zachowuje się spokojnie, jedynie jedna grupa wrzeszczy jak szympansy.

O 08:02 jadę do Konina pociągiem ELF Kolei Wielkopolskich. Po drodze przez cały czas pada - miejscami mniej, miejscami bardziej, ale pada. Po drodze niewiele się dzieje. Jeden pasażer ewidentnie ma kłopoty żołądkowe - kilkakrotnie korzysta do toalety. Podczas jednego z dłuższych "posiedzeń" inna pasażerka chce skorzystać z toalety, denerwuje się i konduktor na cały głos prosi gościa, aby wyszedł z toalety. W ELF-ach Kolei Wielkopolskich, w przeciwieństwie do ELF-ów Kolei Śląskich są dwie toalety, lecz druga była zamknięta.

Poza tym konduktor upominał panią w średnim wieku, aby nie trzymała nóg na siedzeniu, od stacji Spławie do Konina toaletę zajął gapowicz.

Mamy opóźnienie i w Koninie mam bardzo mało czasu. Zdążyłem tylko sfotografować dworzec i okolicę. Bardzo brzydkie, nieprzyjemne miejsce, całkowicie zniechęcające do wizyty w tym mieście. Leje coraz mocniej, perony niezadaszone, ludzie chowają się przy zejściach z peronów do przejścia podziemnego pod torami. Wkrótce ma się rozpocząć remont dworca.

Pociągiem powrotnym jadę do Wrześni. Kiedy wysiadam, rzucam okiem na rozkład jazdy. Do diabła - na następny pociąg będę czekał dwie godziny. Nie planowałem szczegółowo dzisiejszej podróży, bowiem kilkakrotnie studiowałem rozkład jazdy na odcinku Poznań - Konin i zawsze w dni robocze było dużo pociągów, co umożliwiało bezstresowe zwiedzanie. Niestety, w wakacje połowa z tych pociągów nie kursuje, o czym nie wiedziałem.

Kombinuję, jakby rozplanować podróż w celu sfotografowania jak największej liczby dworców, lecz zawsze wychodzi mi, iż na różnych stacjach czekałbym ponad półtorej godziny na następny pociąg. Byłoby to idealne, gdyby pogoda umożliwiała zwiedzanie, natomiast leje jak z cebra, jest zimno. Rozwiązanie nasuwa się samo - powrót do Poznania. Na razie trzeba przeczekać dwie godziny. W drodze na dworzec zaczepia mnie starszy mężczyzna, pytając, czy nie mam 1,80 zł, bo mu brakuje na zakupy.

Na dworcu pusto, kupuję zdrapki sklepiku na dworcu, później bawię się w polowanie na muchy latające po holu dworca. Muchy mają refleks i zabawa widocznie im się podoba, bo za chwilę zamiast dwóch much lata już koło mnie siedem. Udaje mi się zabić tylko jedną.


ELF Kolei Wielkopolskich

Wnętrze dworca w Koninie

Po 11:00 zjawiają się pierwsi podróżni - dwie panie czekające na pospieszny do Poznania. Im bliżej odjazdu pociągu Kolei Wielkopolskich o 12:46, tym słabszy deszcz i jestem zdenerwowany, że nie zwiedzę Wrześni, w przeciwieństwie do wycieczki niemieckojęzycznej młodzieży, która przyjechała o 12:30 pociągiem z Poznania. Cóż, trzeba iść na pociąg.

O 12:46 wsiadam do pociągu. Konduktor mnie rozpoznaje z podróży do Konina. Obłożenie wysokie, po drodze na każdej stacji dosiada się sporo pasażerów.

Wysiadam na stacji Poznań Główny, szybko sprawdzam odjazdy pociągów w stronę Gniezna i jadę dalej. Następnie krótkie zwiedzanie stacji Poznań Garbary i Poznań Wschód. Do Gniezna znów jadę ELF-em Kolei Wielkopolskich. Tu niespodzianka - garstka pasażerów.

Do Gniezna przyjeżdżam, aby sfotografować wyremontowany dworzec. Przejście pod torami remontują, do tego część tego przejścia została zalana. Leje gęsto i nieprzerwanie. Zauważam brak budynku, gdzie dawniej mieścił się dworcowy szalet.

Hol dworca wydaje mi się dziwnie mały. Dworzec nie podoba mi się. Niby ładnie, niby wszystko w porządku, natomiast z jakiegoś powodu nie podoba mi się tu. Korzystając z faktu, iż ochroniarz-emeryt poszedł w stronę wyjścia, robię kilka zdjęć holu dworca. Podchodzi do mnie jeden z pasażerów, mężczyzna w średnim wieku, abym go nie fotografował. Mówię, że fotografuję dworzec, a nie jego. On na to, że sobie nie życzy robienia mu zdjęć, bo to nielegalne. Mówię, że w porządku, jak chce, to mogę skasować zdjęcia, na których jest. Jemu jednak chodzi tylko o to, abym nie robił więcej zdjęć. Nie ma sprawy.

W sumie miał trochę racji - wiadomo, robię z każdego ujęcia kilka zdjęć, bo któreś może nie wyjść. Staram się szanować prywatność pasażerów i robić zdjęcia tak, aby na zdjęciach było jak najmniej ludzi, jednak nie zawsze jest to możliwe, szczególnie w taką pogodę, kiedy w małym holu siedzi sporo osób, a ja mam niewiele czasu na sfotografowanie miejsca. Dziś rzeczywiście nie fotografowałem profesjonalnie - na szczęście obyło się bez niepotrzebnych wulgaryzmów i agresji, konflikt udało się załagodzić na spokojnie.

Podróż do Poznania wygodna, w pociągu mało osób. Ze względu na pogodę i przeszywający wiatr, decyduję się zakończyć dzisiejsze podróże. W dodatku zepsuło się pokrętło regulujące powiększenie w aparacie cyfrowym. Sprzętu używam ponad 8 i pół roku, więc nie dziwi mnie to. Będzie znacznie trudniej robić zdjęcia.

W Poznaniu planuję iść przed 18:00 na wyżerkę do "Okrąglaka". Pogoda uniemożliwia realizację planu, choć to tylko 12-15 minut na piechotę. Krajobraz przypomina raczej monsunowy niż deszczowy dzień. Porywisty wiatr smaga twarz, pod jego naporem uginają się drzewa, a lodowaty deszcz zaciekle bębni o ziemię. Kto może, chowa się na dworcu i w galerii. W holu dworca jest przeciąg i w niektórych miejscach czuć zimno, dlatego idę do galerii.

Ponad dwie godziny spędziłem na zwiedzaniu sklepów. Zainteresowały mnie wyprzedaże w sklepach odzieżowych. Na drzwiach wielki napis "wyprzedaż do -70%". Wchodzę do sklepu, przeglądam przecenione ubrania. Jedna brzydka koszula rzeczywiście jest przeceniona o 70%, natomiast reszta to przeceny rzędu 10-20%, czyli nie więcej niż 5-10 zł, w zależności od rodzaju przecenionej rzeczy. Tak było we wszystkich sklepach, które zwiedziłem.

Przed planowaną ucztą zakupy w supermarkecie "Piotr i Paweł". Jak zwykle bardzo długo chodzę pomiędzy półkami, na koniec moje zakupy to piwo kokosowe z browaru "Bojan", herbatniki, przeceniony wafelek oraz rogalik 7 Days. Płacę w kasach samoobsługowych. Wszystko fajnie, tylko dwie kasy przyjmują wyłącznie płatność kartą, w pozostałych dwóch można płacić zarówno gotówką, jak i kartą. Muszę więc przepuścić dwie osoby w kolejce, ponieważ nie mam karty płatniczej.


Dworzec kolejowy w Gnieźnie

Ulewa w Poznaniu

O 20:00 moja ukochana uczta za 50% ceny w Express Marche. Znów wybieram wszystkiego po trochu. Tym razem płacę 9,55 zł, czyli podobnie jak wczoraj. Talerz pełny. Konsumpcja zajmuje mi prawie pół godziny. Czas na powrót do akademika.

W strugach ulewnego deszczu pędzę do znajomego budynku. Muszę trochę postać na światłach. Za mną staje młoda kobieta z parasolką. Porywisty wiatr targa jej włosy i prawie wyrywa parasolkę z rąk. Na kolejnych światłach również dłuższy postój, więc jestem zmoknięty i zziębnięty. W koszach na śmieci piętrzą się stosy parasolek, niektóre leżą porzucone na ulicy.

Wchodzę do akademika, otwieram drzwi pokoju, a tu niemiła niespodzianka. Przez nieszczelne okna do pokoju wlewa się woda - mokra podłoga pod łóżkiem, mokra kołdra, na parapecie kałuża, strużki wody spływają po ścianie, wiatr huczy niemiłosiernie, a do tego w pokoju jest zimno.

Zgłaszam problem na recepcji. Recepcjonistka zapisuje zgłoszenie i stwierdza, że tak nie powinno być, ale nie da się nic zrobić. Taka pogoda i już, a okna są po prostu nieszczelne. Nie ma podstaw do przeniesienia do innego pokoju; jeśli skrócę pobyt, to nie zwrócą mi pieniędzy za niewykorzystane dwie noce, czyli stracę 43,2 zł.

Pal licho pieniądze, zdrowie ważniejsze. Rezygnuję z noclegu, szybko wrzucam swoje rzeczy do plecaka i pędzę na dworzec, aby zdążyć na nocny pociąg. Na dworcu jestem o 21:30. Pociąg TLK Orion do Przemyśla przez Katowice odjeżdża o 22:15. Próbuję kupić bilet w biletomacie, ale nie da się, bowiem nie ma już miejscówek. Stoję ponad 15 minut w kasie, w końcu kupuję bilet bez gwarancji miejsca siedzącego za 64 złote.

20 minut do odjazdu - idę kupić kawę do McCafe, aby nie zasnąć w nocy. Ewentualne kłopoty żołądkowe również uniemożliwią sen, więc mam gwarancję, że nie prześpię stacji docelowej. W McCafe tłok, mnóstwo zamówień, pracownice uwijają się jak w ukropie i idzie im to bardzo szybko. Po niecałych pięciu minutach moje zamówienie jest gotowe. 13 minut do odjazdu pociągu - pędzę na peron. Na peronie zimno, chowam się więc z innymi pasażerami w tunelu. Pociąg przyjeżdża z kilkuminutowym opóźnieniem.

Zdrapki - wydatek/wygrana:

Września: 3 zł/2 zł
Gniezno: 3 zł/4 zł
Poznań: 3 zł/2 zł

Noc z 14 na 15 lipca - powrót do domu


Nie lubię podróżować pociągami nocnymi, tym bardziej na trasie Wrocław - Katowice, znanej dotychczas z działalności złodziei. Nie było jednak wyboru. Do Leszna jechałem na stojąco w przedsionku, później usiadłem na siedzeniu na korytarzu. Pasażerowie różni - od kolonii zajmującej 6 przedziałów w wagonie (32 osoby + opiekunowie), przez młodzież, turystów, zwykłych ludzi i różnych dziwnych osobników. Z początku pociąg jedzie bardzo wolno, dopiero przed Kościanem przyspiesza.

Do Wrocławia docieramy z dziesięciominutowym opóźnieniem. We Wrocławiu przez pociąg przechodzi młody człowiek z plecaczkiem otwierający wszystkie przedziały i oferujący "piwo zimne". Otwiera przedział dla kolonistów, lecz szybko wycofuje się z komentarzem "O, małolaty, przepraszam". Swoją droga, to miałem wtedy wrażenie, że to człowiek rozpoznający teren, choć mogłem być po prostu przewrażliwiony.

Do pociągu wsiadają też pracownicy firmy ochroniarskiej. Pięć osób, z czego jeden koks. Tuż za Wrocławiem przechodzą przez pociąg. Widząc osoby siedzące lub stojące na korytarzu otwierają przedziały i każą wchodzić, jeśli jest wolne miejsce, dotychczas zajęte przez osobę, która zajęła dwa miejsca. Pożyteczna działalność, lecz mnie jest wygodnie na korytarzu. Nie szkodzi, głosem nieznoszącym sprzeciwu każą mi wejść do przedziału, w którym jedzie pięcioro kolonistów. Wcześniej powiedziałem że jest mi tu wygodnie i Ignoruję ich, podobnie jak pasażer za mną, ale ten ma słuchawki na uszach i chyba nie wie, co się dzieje. Podobno mamy siedzieć w przedziałach ze względów bezpieczeństwa, aby było przejście dla konduktora i innych pasażerów. W końcu odpuszczają. W przedsionku kontrolują bilet podejrzanie wyglądającego osobnika i też przeganiają go do przedziału. Pasażer siedzący przy toalecie także ich ignoruje.

Jeśli jesteśmy przy toaletach, to tradycyjnie problemem są pasażerowie chodzący do toalety na papierosa. Toalety z systemem zamkniętym, czyste, niemal przez cały czas okupowane prze palaczy.

W przedsionku w sąsiednim wagonie od Poznania jedzie grupa młodzieży rozmawiająca i pijąca na pozór napoje bezalkoholowe. Podkreślam jednak, że są grzeczni, blokują jedynie dostęp do toalety, a przejście tamtędy jest krępujące. Rozmowa z ochroną, za jakieś 10 minut młodzi wracają do swoich przedziałów.

Ochrona przydaje się na stacji Kędzierzyn-Koźle, kiedy do pociągu wsiadają dwaj nastoletni dresiarze z dziewczynami. Ochroniarze wraz z konduktorem podchodzą do nich, prosząc o okazanie biletu. Dresiarze twierdzą, że nie mają, dopiero chcieli kupić. Zostają wyproszeni z pociągu, o dziwo rezygnują z podróży bez słowa.

Pociąg zestawiony jest ze zmodernizowanych wagonów wyposażonych w klimatyzację, mimo to zimno ciągnie od podłogi, przez co można nabawić się infekcji. Zakładam dwie dodatkowe pary skarpetek, co jakiś czas poruszam też stopami.

Nie ma co ukrywać, dzięki obecności firmy ochroniarskiej czułem się dużo bezpieczniej niż zwykle. Przed Gliwicami ogarnia mnie senność, ziewam, jadę na stojąco, aby tylko nie zasnąć. W Katowicach jestem punktualnie o 3:33. Wysiada dość dużo osób.

Sprawdzam rozkład jazdy, muszę czekać 3 godziny na odjazd pociągu do Oświęcimia. Na dworcu spokojnie - nieliczni podróżni albo siedzą na siedziskach, albo śpią na podłodze. Czynny jest McDonald's i bar kanapkowy Subway, gdzie nocny dyżur ma bardzo ładna dziewczyna. Idę zdrzemnąć się na siedząco.

Przed 5 rano dworzec budzi się do życia. Pojawia się więcej osób, firma sprzątająca przesuwa siedziska, aby dokładnie umyć hol dworca. Czas do odjazdu pociągu mija dość szybko. Kupuję bilet za 6 zł w biletomacie Kolei Śląskich, przed odjazdem idę na śniadanie do Subway'a - tym razem z kawą (łącznie 7,95 zł z kuponem rabatowym), aby nie zasnąć w pociągu do Oświęcimia. O ile do tej pory miałem wrażenie, że jakość i porcje są coraz gorsze, tym razem wszystko mi bardzo smakuje. Kawę wypijam w pociągu.

Podróż do Oświęcimia EN57. Jest zimno, pochmurno, w pociągu tylko kilka osób. Podróż kończę o 07:46 na dworcu w Oświęcimiu.

Podsumowanie


- kolejna nieudana podróż. Nauczka na przyszłość jest taka, że lepiej wybrać nocleg w droższym obiekcie noclegowym - w razie problemów podejście do klienta powinno być zupełnie inne. W Domu Studenckim "Jowita" miałem wrażenie, że recepcjonistka była obrażona, iż w ogóle śmiałem zwrócić uwagę, a tym bardziej zrezygnować z noclegu. Wiem, jest tanio, ale bez przesady. Takie sytuacje nie powinny mieć miejsca.

- piwo kokosowe "Bojan" ma specyficzny smak. Po otwarciu najpierw czuć kokos, później już samo piwo, goryczka w ustach utrzymuje się bardzo długo. Polecam.

- straciłem 43,2 zł za niewykorzystane noclegi, musiałem też wydać 64 złote na bilet na pociąg PKP Intercity, zamiast wracać na REGIOKarnecie. Ważniejsze jednak było zdrowie i cieszę się, że nie przeziębiłem się lub nie nabawiłem się zapalenia płuc.

- opracowanie informatora o najważniejszych dworcach kolejowych będzie bardzo trudne. Idealny byłby bilet tygodniowy na pociągi pospieszne i regionalne. W Polsce jedyna taka oferta to Kolorowa Karta PKP Intercity, ale są to bilety bardzo drogie i wydawane na okres przynajmniej 3 miesięcy.

- czuję, że to już ostatnie chwile mojego aparatu cyfrowego.