Świat Podróży Kolejowych

Obserwuj nas


SPONTANICZNY WYPAD DO ŁOWICZA 2016


Strona główna --> Moje podróże
W połowie czerwca zatęskniłem za podróżami. Myślałem, dokąd pojechać i podczas poszukiwań wyświetliła mi się cena 49 złotych za bilet na pociąg EIC Premium z Katowic do Warszawy. Planowałem dokupić trzydniowy bilet Kolei Mazowieckich, a potem wrócić pociągami REGIO z Łowicza do Oświęcimia. Pogoda zapowiadała się świetnie, samopoczucie było idealne, natomiast po drodze wszystko się posypało.

1 DZIEŃ - 14.06.2016 (WTOREK)

14 czerwca 2016 roku wstałem wcześnie, ciesząc się z kolejnej podróży szybkim i wygodnym pociągiem EIC Premium. Humor popsuł mi się po sprawdzeniu skrzynki e-mailowej, bowiem nie dostałem odpowiedzi z obiektu noclegowego, ale wkrótce tam zadzwoniłem i wszystko było w porządku.

Podróż rozpocząłem, jak zwykle, pociągiem Kolei Śląskich z Oświęcimia do Katowic jadącym po godzinie 8 rano. Tym razem pociąg wyjeżdżał do Katowic o 08:24, a 33 kilometry pokonywał w godzinę i 8 minut. Połączenie obsługiwał EN57-805 - siedzenia to typowa derma, rarytas w EN57, obłożenie około 20%, głównie młodzież i studenci. Do Katowic przejazd bez problemu.

W Katowicach miałem ponad godzinę do odjazdu pociągu do Warszawy. Poszedłem do kasy PKP Intercity kupić bilet trzydniowy Kolei Mazowieckich. Czynnych 5 okienek, ale kolejka długa i wydawanie biletów szło bardzo powoli. Niestety, pani w kasie ani inni kasjerzy nie znali tej oferty i pozostało mi kupić bilet w Warszawie. Nie przypuszczałem, że dzięki temu niepowodzeniu zaoszczędzę sobie sporo nerwów i pieniędzy.

Pozostało zjeść śniadanie. Skusiłem się na śniadanie w Subway za 8 złotych z kuponem rabatowym. Tradycyjnie kanapka + kawa, choć mam wrażenie, iż od czasu podwyżki porcja zmalała, jakość spadła, a organizm źle znosi kawę przed podróżą, spożywaną na pusty żołądek. Niestety, w czasie podróży moje obawy co do kawy na czczo potwierdziły się, przez co przestrzegam innych podróżników przed podobnym błędem.

W końcu nadszedł czas odjazdu EIC Premium. Wybrałem wagon numer 7, aby przetestować tzw. Strefę Ciszy, wprowadzoną jakiś czas temu przez PKP Intercity. Pociąg z Gliwic przyjechał punktualnie. Po wejściu do wagonu pierwsze rozczarowanie - w niemal pustym wagonie system przydzielił mi miejsce przy stoliku naprzeciw innego pasażera. Wiadomo, nie chcę tak siedzieć, kiedy jest sporo wolnych miejsc, pytam więc konduktorki, czy mogę zająć inne miejsce. Nie ma problemu. Obłożenie bardzo niskie - zajętych było może 10-15% miejsc.

Do Zawiercia podróż jakoś leci, na plus należy zaliczyć rozwiązanie problemu bezdomnych spacerujących po pociągu pomiędzy Katowicami a Sosnowcem; ku mojemu zaskoczeniu tym razem ich nie spotkałem. Natomiast duży minus za komfort - wagon nr 7 to pierwszy wagon i mam wrażenie, że nim "trzepie" i na pewno nie jest tak cicho jak w wagonie w środku składu, którym jechałem podczas pierwszej podróży.

Za Zawierciem pociąg zwalnia do 30-50 km/h i jedzie tak przez około 20 minut. Ślimaczy się niemiłosiernie, aż odechciewa mi się dalszej podróży. Obsługa konduktorska nadaje dwukrotnie komunikat o opóźnieniu około 15 minut. Czuję się tak, jakbym jechał z Trzebini do Krakowa.

W końcu za posterunkiem Góra Włodowska Pendolino przyspiesza i rozpędza się na tyle, że zaczynam się bać, czy nie wylecimy z torów. Muszę jednak podkreślić, iż podczas pierwszej podróży nie czułem prędkości - pociąg jakby sunął, natomiast w pierwszym wagonie nie jest tak przyjemnie.

Dalsza część podróży bez wydarzeń godnych uwagi - przed stacją Włoszczowa Północ do pasażerów machają dwie ładne, około dwudziestoletnie rowerzystki, na stacji Włoszczowa Północ wsiada jeden pasażer, nie wysiada nikt, przez chwilę widać Opoczno, później mijamy wagonownię PKP Intercity w Idzikowicach, a przez okno można podziwiać odstawione pojazdy EN57.

Po śniadaniu bardzo źle się poczułem, więc jako poczęstunek biorę butelkę wody mineralnej.

Po krótkim postoju przed Warszawą dojeżdżam do celu z około piętnastominutowym opóźnieniem.

Jeśli chodzi o "Strefę ciszy", to mam mieszane uczucia. Niektórzy pasażerowie nie wyciszyli dzwonków i odbierali telefony w wagonie, dopiero po kilku zdaniach wychodząc na zewnątrz. Nie było krzyków rozbrykanych dzieci, natomiast były rozmowy tonem znacznie wyższym niż szeroko pojęty "szept". Nie jest źle, nie jest tak jak w reklamach.

W Warszawie pochmurno, ale przyjemnie. Wkrótce czuję się jeszcze gorzej, więc odpadają przejazdy po okolicach Warszawy. Dodatkowo na dworcu Warszawa Śródmieście z megafonów słyszę komunikat, iż pomiędzy Czachówkiem a jakąś stacją w kierunku Radomia wprowadzono zastępczą komunikację autobusową, o czym nie wiedziałem nawet po lekturze plakatowego rozkładu jazdy PKP PLK - w takiej sytuacji kupno biletu trzydniowego nie ma sensu. Planowałem powrót z Łowicza do Radomia przez Piaseczno, następnie do Kielc i pociągiem REGIO do Krakowa, skąd pojechałbym do Oświęcimia. Plany biorą w łeb. Postanawiam kupić bilet dobowy, pojechać "Mazovią" do Łowicza, następnego dnia skoczyć do Siedlec i wrócić na REGIOKarnecie.


Warszawa z okien "Złotych Tarasów"

Ostatni wagon pociągu KM "Mazovia"

Żołądek daje w kość, zwiedzanie Warszawy ograniczam do centrum i Złotych Tarasów, gdzie próbuję coś wybrać w sklepie "Kuchnie Świata". Co mnie dziwi, do sklepu zagląda dużo dzieciaków w wieku 12-13 lat, zachwyconych nietypowymi smakami napojów gazowanych typu Fanta, czy Coca-Cola. Wybór bardzo duży, w przypadku egzotycznych napojów ceny muszą być wysokie. Z jednej strony człowiek chciałby spróbować coś egzotycznego, z drugiej szkoda wydawać 9 złotych na małą puszkę brazylijskiego napoju. Ostatecznie decyduję się na zakup jakiegoś nietypowego piwa, przyda się na mecze Euro 2016. Mają piwo szwedzkie, piwa angielskie, chińskie i ukraińskie. Wybieram szwedzkie piwo Marienstadt za 6 zł. Niby nie powinno się oceniać książki po okładce, ale to piwo ma najładniejszą etykietę, jaką kiedykolwiek widziałem w przypadku piwa.

Zwiedzam sklepy sportowe, Empik oraz lokale gastronomiczne. W Empiku zamierzałem kupić jakieś czasopismo anglojęzyczne, aby poznać trochę nowych słówek, ceny jednak zwalają z nóg. Nie lepiej z punktami gastronomicznymi. Jedzenie na wagę za 3,79 złotych za 100 gramów. W Oświęcimiu jadam za 2,39 złotych za 100 gramów. Klientów jednak nie brakuje. Dodatkowo kupuję zdrapki za 3 złote, co stało się tradycją podczas podróży.

Dalsza częśc pobytu w Warszawie to spacery po okolicach dworca. Chciałem między innymi sfotografować nowe pociągi Warszawskiej Kolei Dojazdowej, co się nie udało. W końcu ustawiam się w kolejce po bilet 24-godzinny Kolei Mazowieckich. Kolejki są ogromne, udało mi się trafić na niezbyt długą kolejkę, a żołądek nie przeszkadzał, więc po 20 minutach oczekiwania mam bilet.

Choć temperatura nie należała do najwyższych, pot lał się ze mnie strumieniami. Zapomniałem spakować chusteczek nawilżających. Na szczęście w Złotych Tarasach był Rossmann, skusiłem się na chusteczki ISANA na promocji za 1,99 zł. Sprawdzone chusteczki kosztowały 3,99 zł. Plułem sobie później w brodę, że chciałem zaoszczędzić dwa złote - te tańsze były do niczego. Jakkolwiek w przypadku droższych na umycie się wystarczyła 1 lub dwie chusteczki, w przypadku tańszych musiałem zużyć całe opakowanie.

Po 18:00 jadę do Łowicza pociągiem przyspieszonym o nazwie "Mazovia". Pociąg zwykle jedzie do Płocka, jednak tu również obowiązuje komunikacja zastępcza, o czym jednak wiedziałem wcześniej. Ku mojemu zaskoczeniu warunki są znośne. Ludzi sporo, ale nie ma tłoku, jedzie dość dużo osób z rowerami. Podróż bardzo szybka i przyjemna, za Warszawą wychodzi słońce. Po raz pierwszy spotykam konduktora Kolei Mazowieckich sprawdzającego bilety.

W Łowiczu wysiadam po 19:00. Piękna pogoda, nie mogę sobie odmówić zjedzenia mojego ulubionego kebaba z baraniną. Wcześniej, oprócz śniadania, zjadłem jedynie kanapkę z szynką za 2,5 zł kupioną przy wejściu na stację Warszawa Śródmieście. Ponadto w sklepie Carrefour Express kupiłem wodę Tymbark jabłko-mięta 0,5 l, najtańszą wodę mineralną 0,5 l i rogalika 7 Days, gdybym był głodny w nocy.

W lokalu Kebab Marrakesh skończyła się promocja i kebaby z baraniną są za 10 złotych. Co do smaku - pycha. Kebabów na co dzień nie jadam, jedynie w podróży robię wyjątki i to tylko wtedy, kiedy nie ma wyboru. Jak się miałem przekonać, zjedzenie kebaba na wygłodzony żołądek po zatruciu pokarmowym nie było dobrym pomysłem.

Po posiłku poszedłem się zameldować w Domu Wycieczkowym. Recepcjonistka kojarzyła mnie z wcześniejszych wizyt, więc poszło bardzo szybko.

Pech zdawał się mnie nie opuszczać. Dom Wycieczkowy w Łowiczu to najlepsze miejsce, jeśli chodzi o położenie i stosunek ceny do jakości dla pokojów jednoosobowych. Nie mógłbym powiedzieć złego słowa na ten obiekt, gdyby nie trzy pokoje - 27,28 i 29. Są to pokoje dwuosobowe bez toalety, nieszczęśliwie ulokowane przy aneksie kuchennym i biurku. Dostałem pokój 27 i czułem, że mój pobyt nie będzie należał do przyjemnych.

Moje obawy potwierdziły się. Aneks kuchenny jest świetnie wyposażony, czysty, pod tym względem nie mogę niczego zarzucić. Jednak to miejsce ma to do siebie, że goście lubią tam przesiadywać całymi godzinami, więc dla mieszkańców wymienionych przeze mnie pokoi wyjście do łazienki i toalety, czy nawet lodówki jest krępujące, bowiem muszą przejść przez ten aneks. Oczywiście trzeba podkreślić, że nie nocują tu podejrzani osobnicy lub dresiarze jak w hostelach i gdybym był bardziej towarzyski, pewnie nie przeszkadzałoby mi to.

Grupa kulturalnych emerytów podróżujących samochodem siedziała tam od 20:00 do 22:00. Po ich wyjściu poszedłem do łazienki się umyć. Kiedy wychodziłem z pokoju, miejsce przy aneksie zajęła młoda, ładna kobieta. Wróciłem z łazienki, a ona siedzi. Poszedłem spać o 22:45, ona dalej siedzi. Słyszę szelest papieru, zastanawiam się, czy to jakaś studentka planująca wkuwać przez całą noc.

2 DZIEŃ - 15.06.2016 (ŚRODA)

W pokoju było duszno, mimo to zasnąłem bez większych problemów. Wcześniej zepsuł mi się budzik. Obudziłem się o 01:45 w nocy, jakżeby inaczej, żołądek znów się odezwał. Za drzwiami pali się światło, panienka dalej tam siedzi. Znów słyszę szelest papieru, więc jednak zakuwa - myślę. Wychodzę do toalety, patrzę, a panienka maluje coś na wzór wycinanek łowickich. Maluje tak ładnie jak wygląda, ale nie powiedziałem jej tego. Biorę lek rozkurczowy i zasypiam.

Po raz kolejny budzę się przed piątą rano. Lek rozkurczowy przestał działać. Wychodzę do łazienki, malarki już nie ma w aneksie. Planowałem jechać poranną Mazovią i w Warszawie przesiąść się na pociąg do Siedlec, ale daje znać o sobie kebab i nie wyjdę tak, żeby zdążyć na pociąg. Postanawiam jechać do Kutna o 09:41, aby wykorzystać ten bilet dobowy, następnie do Łęczycy pociągiem Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej i zrobić sobie kółeczko przez Zgierz. Wiadomo, wyszłoby drożej, lecz chciałem zwiedzić Łęczycę. Ostatecznie plan nie został zrealizowany z powodu komunikacji zastępczej na linii z Kutna do Zgierza.

O 07:30 w aneksie zasiada rodzinka na śniadanie. Siedzą do 08:00. Po nich przychodzi grupka emerytów i ci siedzą do 08:45, kiedy wychodzę z pokoju. Zatrucie przechodzi, zwiedzam centrum Łowicza - świeci słońce, na parkingu przy ulicy Starorzecze grupa młodzieży puszcza na cały regulator muzykę z tuningowanego auta, a przed ładnym muralem zakochana para w czarnym samochodzie firmy Volkswagen wymienia czułości. Miasto żyje swoim rytmem - mało kto się śpieszy, natężenie ruchu samochodowego w centrum niezbyt duże, spaceruje się przyjemnie.

W końcu idę na pociąg do Kutna. Podróż EN57 - prędkość wysoka, obłożenie bardzo małe (kilkoro pasażerów), nie ma problemu z honorowaniem biletów Kolei Mazowieckich na odcinku Łowicz - Kutno. W Kutnie wyremontowano dworzec, trwa remont przejścia pod torami, natomiast perony wyglądają jak dawniej. Robi się gorąco.

Zwiedzam dworzec, po czym udaję się do centrum. W międzyczasie spod dworca odjeżdża bus komunikacji zastępczej do Płocka. Centrum Kutna jest nieduże i można je obejść w ciągu półtorej godziny, przy czym 10-12 minut zajmuje dotarcie z dworca do centrum. Miasto bardzo przeciętne - naprzeciwko dworca posępne kamienice, dalej brzydki dworzec autobusowy, opuszczony pawilon handlowy "Społem". Ulica Sienkiewicza to architektoniczny miszmasz, lokal z kebabami, dużo kobiet w salonie fryzjerskim i niezidentyfikowanym lokalu.

Rynek z ratuszem prezentuje się nieźle, trwa remont zabytkowego budynku, drugi z gmachów przy rynku stoi zasłonięty banerem, co wygląda okropnie. W centrum spaceruje dużo wycieczek uczniów ze szkół podstawowych, na murku przy deptaku starsze kobiety handlują warzywami - obrazek jak za dawnych lat. Za kościołem św. Wawrzyńca i ulicą Jana Pawła II zaczynają się supermarkety i blokowiska. Na jednym z parkingów stoi samochód Warszawa.

Wracam ulicą Podrzeczną i Teatralną, zaglądając przy okazji na ulicę Zduńską. Atmosfera dziwna - przy Podrzecznej niska zabudowa z opuszczonymi pomieszczeniami oraz kilkoma lokalami typu warsztaty jak za dawnych lat. Ulica Teatralna niebrzydka, po przejściu około stu metrów wracam na deptak.

Odpoczywam w cieniu drzew przy fontannie na rynku, gdzie dzieci próbują złapać gołębie moczące pióra w fontannie. Niesamowita radość maluje się na twarzach dzieci.

Kiedy wracam na dworzec, widzę mężczyznę o azjatyckich rysach twarzy (pewnie sklepikarz z Wietnamu), puszczającego córeczce bańki mydlane. Dziecko jest wniebowzięte - zapomina o całym świecie, płacze, klaszcze, szczebiocze i krzyczy z radości na widok baniek wolno unoszących się w powietrzu. Radość nie do opisania.


Pociąg Skierniewice - Łowicz - Kutno

Bocznica do Starego Młyna w Kutnie

Idąc dalej, rzucam okiem na zarośnięty potok Ochnia, a ostatni punkt mojej wizyty w centrum Kutna to spacer wzdłuż dawnej bocznicy kolejowej do Starego Młyna. Bocznica znajduje się przy ulicy Kochanowskiego i była to jedna z niewielu polskich bocznic poprowadzonych po ulicy w centrum miasta. Od dawna nie jeżdżą tam pociągi, natomiast tory zachowały się. Ulica częściowo dziurawa, częściowo wyłożona starymi kocimi łbami, po jednej stronie zaniedbane podwórka i wąski chodnik ze starymi płytami chodnikowymi, a wzdłuż chodnika stoi szpaler niskich drzew, po drugiej stronie najpierw budynek Starego Młyna, później niska zabudowa i chodnik, również ze starymi płytami chodnikowymi. Mało zaparkowanych samochodów, spokój, jedynie co jakiś czas przez ulicę przemknie kot, a po podwórkach biegają psy. Najciekawsza część bocznicy kończy się na skrzyżowaniu ulic Sienkiewicza z ulicą 1 Maja. Dalej jest głównie zabudowa współczesna, w tym blokowiska.

Wracam na dworzec. Na dworcu kolejka do jedynej czynnej kasy. Kiedy kolejka się zmniejsza, jeden pasażer kupuje bilet przez 15 minut. Potem następny przez tyle samo i kolejka znów robi się długa. Kupuję dwie zdrapki (2 + 1 zł), ponownie bez wygranej. Po powrocie z kiosku jeden z pasażerów zasypuje kasjerkę pytaniami, co wzbudza pomruk niezadowolenia u innych stojących przy kasie.

Do odjazdu pociągu pozostaje 20 minut. Siadam na krzesełku w holu, za chwilę dosiada się starszy jegomość i pyta się mnie, gdzie leży Goleniów. Mówię, że w województwie zachodniopomorskim, w północno-zachodniej Polsce. Mężczyzna ma tam przesiadkę i chciałby zobaczyć to miejsce na mapie Polski. Narzeka, że przed remontem mapa linii kolejowych Polski wisiała w holu dworca, a teraz jej nie ma. Nie pomogę mu, więc zaczepia ochroniarza. Ten prowadzi go do kantorka i obiecuje odszukać Goleniów na mapie Polski.

10 minut przed odjazdem podstawia się pociąg Kutno - Łowicz - Skierniewice. Słońce już grzeje niemiłosiernie. Zajmuję miejsce w niemal pustym pociągu, na sąsiedni peron wjeżdża pociąg TLK Czechowicz relacji Białystok - Szczecin. W pospiesznym obłożenie prawie stuprocentowe, a jest dzień roboczy i jeszcze nie ma wakacji, aż się boję pomyśleć, co będzie się działo w lecie w pociągach PKP Intercity.

Kutno z okien pociągu wygląda brzydko - brzydkie blokowiska, jedynie kościół na peryferiach miasta sprawia pozytywne wrażenie.

W Łowiczu jestem o 13:16. Z powodu upału nie chce mi się jechać do Warszawy ani do pobliskiego Sochaczewa, o 15:00 jest mecz Euro 2016 Rosja - Słowacja, więc planuję zakupy w "Biedronce", obiad, później zwiedzanie Łowicza. Najpierw jednak kupuję REGIOKarnet w kasie na łowickim dworcu.

W pobliskiej "Biedronce" dużo kupujących, a pomiędzy nimi biegają dzieci wychowywane bezstresowo, bawiąc się w jakieś wyścigi i krzycząc przy tym niemiłosiernie. Harmider robi jedna rodzinka, ale tuż za mną wchodzi druga, której dzieci również zaczynają wrzeszczeć. Skupiam się na zakupach, nie zwracając uwagi na dzieci. Moje zakupy to trzy wody "Polaris" 0,5 l oraz woda smakowa "Wesoła Limonka". Tutaj chciałbym nadmienić, że przy zakupie wód smakowych, nie tylko z Żywca, warto czytać etykiety i zwracać uwagę na zawartość cukru. W wodach innych firm z kolei znajdziemy aspartam i acesulfam potasowy, a świństwo zwane syropem glukozowo-fruktozowym jest niemal wszędzie. Po lekturze etykiet wielokrotnie rezygnowałem z zakupów.

Zakupy zrobione, więc idę na obiad. W centrum jest kilka lokali, gdzie mógłbym zjeść obiad, ale nie ma nic w przystępnej cenie. Najlepsze wrażenie robi lokal "Cafe Brama" przy ulicy Zduńskiej, gdzie danie dnia kosztuje 14 złotych - dziś jest to gulasz z kaszą, do tego zupa dnia za 4 złote. Całość wyjdzie więc 18 złotych, czyli dość drogo. Chodzę po centrum w poszukiwaniu jakiegoś baru mlecznego lub niedrogiego lokalu. W restauracji "Łowicka" zestaw kosztuje 19 złotych, w środku ani jednego klienta. W pobliżu jest jakiś bar orientalny, ale w środku również nie ma żadnego klienta, choć przechodzę w pobliżu wielokrotnie. Cóż, skoro miejscowi tu nie wstępują, to ja też nie zaryzykuję. Spaceruję po okolicach rynku, Alejach Henryka Sienkiewicza, ulicach Długiej, Kurkowej i kilku innych, ale nie znalazłem nic godnego uwagi. Kupuję dwie zdrapki, oczywiście nic nie wygrałem i idę na kanapkę na ciepło do lokalu "Payda". Poprzednio w lokalu było pusto, dziś sporo uczniów. Zjadłem smaczną kanapkę z gyrosem i sosem czosnkowym za 9 złotych. Co do jakości - średnie. Kanapka smaczna, ale jadłem już lepsze.

Do Domu Wycieczkowego przychodzę o 14:50. Z wielką ulgą biorę prysznic, następnie włączam telewizor, gdzie rozpoczyna się mecz. Pod koniec pierwszej połowy zasypiam. Kiedy budzę w drugiej połowie, było już 2:0 dla Słowacji. Ostatecznie Słowacy wygrywają 2:1, a ja znów się zdrzemnąłem.

Po 18:00 wychodzę na spacer po Łowiczu. Słońce jeszcze praży, więc poruszam się głównie w cieniu. Oprócz znanych mi ulic w centrum zwiedzam wyremontowany park nad Bzurą. Park bardzo ładny, jest plac zabaw, sporo ławek, skatepark, nawet zamontowano automatyczną toaletę czynną w godzinach 08:00-20:00. Na wale zrobiono ścieżkę spacerowo-rowerową. Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie ptaszyska na drzewach - mnóstwo ptaków grozi "bombardowaniem", co widać po białych w niektórych miejscach chodnikach. Inaczej mówiąc, po niektórych ścieżkach trzeba było iść bardzo szybko lub zygzakiem.


Mój pokój w Domu Wycieczkowym w Łowiczu

Katedra i parafia w Łowiczu widziana z parku

Kiedy słońce zelżało, posiedziałem na Nowym Rynku, obserwując życie. Co zwróciło moją uwagę - grupki dresiarzy chodzące po mieście z głośno grającymi radyjkami, z których rozbrzmiewa muzyka rap. Natomiast starsi żule, siedzący na ławkach w rynku mieli magnetofon i puszczali na cały regulator disco polo. Podobną modę można zaobserwować w innych polskich miastach, lecz w Łowiczu wygląda to a jakąś zbiorową fascynację wśród młodzieży - muzyka rap z radyjka, spacer krokiem ulubionego gwiazdora, naśladowanie gestów raperów itp.

W Domu Wycieczkowym zjadłem rogalika z dnia wczorajszego i położyłem się spać. Tym razem w obiekcie było pusto, bardzo mało gości, nikt nie przesiadywał w aneksie kuchennym, byłem więc zadowolony.

3 DZIEŃ - 16.06.2016 (CZWARTEK)

Noc była chłodna, rano panuje przyjemna temperatura. Pobudka o 05:30, szybki prysznic, o siódmej rano jedzie pociąg do Skierniewic. Tym razem po zatruciu ani śladu, czuję się świetnie, tylko wypadałoby kupić jakąś drożdżówkę, bo coś zgłodniałem przez noc. Po 06:00 idę do piekarni, ale ta czynna jest od 06:30. W centrum martwo, żywego ducha nie widać. W końcu wychodzę na dworzec o 06:40. Kupuję drożdżówkę, pstrykam kilka zdjęć i idę na pociąg do Skierniewic. Na dworcu legalizuję REGIOKarnet. Drożdżówkę zostawiam na pamiątkę, bo głód szybko przechodzi i czuję się świetnie. Czuję, że będzie to najbardziej udany dzień mojej wycieczki. W normalnych okolicznościach pojechałbym jeszcze pozwiedzać inne miasta, ale wieczorem jest mecz Polska - Niemcy, a od zachodu nadciągają gwałtowne burze.

EN57 wlecze się niemiłosiernie do stacji Bobrowniki, później przyspiesza. Obłożenie średnie. W Skierniewicach mam około pół godziny na przesiadkę na pociąg w stronę Łodzi. Korzystając z pięknej pogody robię zdjęcia dworca z zewnątrz, uzupełniam też zdjęcia wnętrz tego pięknego dworca. Kupuję drożdżówkę do kolekcji - tym razem jest to dróżdżówka lukrowana, zdecydowanie za słodka. Nie ma tu jednak kanapek ani nic lepszego.

W stronę Łodzi jedzie EN57-853. W Żakowicach mam przesiadkę na pociąg relacji Łódź - Częstochowa, dzięki REGIOKarnetowi mogę się przesiąść w Gałkówku, gdzie czekam na pociąg około 10 minut krócej. W drodze do Gałkówka przez pociąg przechodzą SOK-iści. Szczerze mówiąc nie są tu potrzebni, konduktor o wyglądzie strongmana zmiótłby jednym uderzeniem osobę sprawiającą kłopoty. Zwracają uwagę budynki oszpecone bohomazami z nazwami łódzkich klubów - wygląda to okropnie. Większa wymiana pasażerów w Koluszkach.

Przesiadam się w Gałkówku. O dziwo, stacyjka bardzo ładna - wszystko pachnie nowością, bezpłatne toalety, przy kładce nad torami zamontowano windy, perony wyremontowane, monitoring - czego chcieć więcej. Oprócz mnie dwoje pasażerów czeka na pociąg REGIO do Warszawy odjeżdżający kilka minut przed pociągiem do Łódź - Częstochowa.


Dworzec w Skierniewicach

Stacja w Gałkówku

Do Piotrkowa Trybunalskiego jadę w pociągu EN57AL-768, zmodernizowanej jednostce należącej do województwa łódzkiego. Jest klimatyzacja, wszystko ładnie, obłożenie średnie, jak tylko pociąg rusza, konduktorka podchodzi w celu sprawdzenia biletu. W Żakowicach dosiadają się inni pasażerowie czekający na przesiadkę. Pociąg z początku jedzie bardzo wolno, wręcz się ślimaczy, dopiero kilka kilometrów za Żakowicami przyspiesza. Podczas podróży nie dzieje się nic ciekawego, jedynie w Babach wsiada wycieczka szkolna. Dzieciaki z podstawówki chcą się porozsiadać po kilku wagonach, ale opiekunki wrzeszczą tak głośno, że przypominam sobie najgorsze chwile z czasów szkolnych.

Pierwsze wrażenia z Piotrkowa Trybunalskiego bardzo pozytywne. Bardzo ładny dworzec, zabytkowa wieża ciśnień, perony też niczego sobie. Wystarczy jednak przejść przez ulicę, a dworzec autobusowy wygląda zupełnie inaczej. Jak się miałem wkrótce przekonać, Piotrków Trybunalski to miasto kontrastów, miejsce o bardzo dziwnej atmosferze.

Z dworca idę do centrum. Plan miasta nie był mi potrzebny, z map Google wiedziałem, że trzeba iść prosto. Po drodze mijam piękny kościół prawosławny i jeszcze piękniejszy budynek Sądu Okręgowego, pod bramą którego kilka osób protestuje przeciwko wyrokom w sprawach rodzinnych. Oczywiście nikt się nimi nie przejmuje, a wycieczka szkolna przechodząca tamtędy w tym samym czasie, co ja, patrzy na nich z politowaniem. Z sądami tak to już jest - to walka z wiatrakami, cokolwiek zrobicie, będziecie uznani za psychola, a oni i tak zrobią swoje.

Naprzeciwko sądu jest skwer i pomnik Jana Pawła II. Widok ze skweru zniechęca do dłuższej wizyty - brzydkie, ponure blokowiska bez termoizolacji. Po przejściu obok klasztoru Oo Bernardynów pokazują się mury klasztoru Dominikanek. Wystarczy przejść na światłach przez ruchliwą ulicę, pokonać około stu metrów ulicą Sieradzką i jestem na piotrkowskim rynku. Rynek okazuje się znacznie mniejszy niż wyobrażałem go sobie po obejrzeniu zdjęć. Miejsce ładne, jest gdzie usiąść, wokół kilka restauracji, w tym restauracja "Krochmal" znana z "Kuchennych Rewolucji", hotel, apteka i kilka mniejszych sklepików. Całość psuje słup ogłoszeniowy oblepiony ogłoszeniami niczym w czasach PRL-u. Ale ogólnie miejsce ładne, przyjemne.

Z Rynku wychodzę ulicą Grodzką. Kiedy mijam kościół św. Apostoła znów czuję, jakbym znalazł się w innym świecie. Ulica Starowarszawska wygląda zupełnie inaczej niż zrewitalizowane centrum Piotrkowa Trybunalskiego. Tu rozpoczyna się kwartał, gdzie ulice wyglądają tak, jak 40 lat temu, nie licząc wyburzonych i opuszczonych budynków. Z punktu widzenia mieszkańca to okropne miejsce pełne podejrzanych typów, z punktu widzenia turysty atrakcja - czuję się tak, jakbym przeniósł się do innej epoki. Opuszczone mieszkania, tynk odpadający z elewacji, budynki przeznaczone do rozbiórki i rzeczka Strawa z wybetonowanym korytem. W niektórych miejscach stoją panowie w średnim wieku, patrząc w nieokreślony punkt. Przed zaniedbanymi kamienicami można jednak zobaczyć piękne samochody młodych, umięśnionych ludzi czynu.

Z zabudową kontrastują tylko dwa budynki - wyremontowany tzw. "Zamek Królewski" oraz Wielka Synagoga. Słońce zaczyna już grzać, więc zdjęcia nie oddadzą atmosfery tego miejsca. Wracam ulicą Leona Pereca, następnie Garncarską, mijając podwórka, na których nic się nie zmieniło od wielu dziesięcioleci. Nagle spostrzegam, że śledzi mnie wytatuowany osobnik w wieku 25-30 lat, ubrany na sportowo, z czapeczką z daszkiem. Wygląd oraz sposób, w jakim się porusza, nie wróżą niczego dobrego. Widać, że jest zaprawiony w bojach, więc nie miałbym szans. Na szczęście jest jeszcze dość daleko, a ja również idę dość szybko, więc dochodzę do skrzyżowania ulic Krakowskie Przedmieście z ruchliwą Aleją Kopernika. Po pierwsze mam nadzieję, że w tym miejscu jest monitoring miejski, po drugie duża otwarta przestrzeń daje spore możliwości ucieczki. Zatrzymuję się przy ruchliwej ulicy i stoję, czekając, czy koleś podejdzie do mnie, czy mnie wyminie i pójdzie dalej. Osobnik idzie w moją stronę, w końcu również staje przy ruchliwej ulicy, jakieś 10 metrów ode mnie, rozgląda się wokół, po czym szybkim krokiem wraca w stronę ulicy Garncarskiej. Stoję jeszcze w miejscu, zanim nie skręci w Garncarską. Nie minęło półtorej minuty od całej sytuacji, jak radiowóz z dużą prędkością wjeżdża w ulicę Garncarską. Zaglądam , co tam się dzieje, ale po kolesiu ani śladu i policja przejeżdża. Do dziś jestem ciekaw, czy tak szybkie pojawienie się policjantów było dziełem przypadku, czy ktoś obserwujący miejski monitoring widział całą sytuację i postanowił prewencyjnie powiadomić patrol policji. Na zrobionych przez siebie zdjęciach nie zauważyłem kamer w tym miejscu, choć według jednego z artykułów, ulica Garncarska miała zostać objęta systemem monitoringu.

W każdym razie po zmroku odradzam zwiedzanie omawianych miejsc. Musi tam być nieciekawie, choć to ścisłe centrum miasta.


Piotrków Trybunalski - Rynek

Piotrków Trybunalski - zaniedbane kamienice

Zbliża się czas powrotu na dworzec. Temperatura rośnie, zaczynam się pocić, dość dobrego na dziś. Po drodze zaglądam do nowo otwartego Centrum Edukacji Browarniczej, gdzie sprzedawane są piwa z browarów rzemieślniczych, można też zapisać się na wycieczkę po jednym z miejscowych browarów. Mówię pracownikowi, że chciałbym kupić po piwie z miejscowych browarów na prezent z wycieczki. Pracownik ochoczo przystępuje do dzieła, problem w tym, że on najchętniej sprzedałby mi cały sklep, a piwa nie są tanie. Widać, że miał do czynienia z handlem. Kończy się na piwach z browaru Jan Olbracht oraz piwie "Trybunał". Mogę powiedzieć jedno - zakupione piwa były bardzo dobre, szczególnie "Trybunał" wypiłbym po raz drugi, ale więcej nie wstąpię do tego miejsca, bo chciałbym sobie spokojnie wybrać interesujące mnie piwa, a odniosłem wrażenie, że jestem w miejscu, gdzie sprzedaż prowadzona jest na zasadach obowiązujących w najbardziej drapieżnych korporacjach.

Spokojnym krokiem wracam na dworzec. Oczekiwanie na przesiadkę wykorzystuję na puszczenie kuponu Dużego Lotku (jest kumulacja, a niepowodzenia w zdrapkach zniechęciły mnie), ale również w tym przypadku nic nie wygrałem.

Wnętrze dworca jest bardzo ładne, przyjemnie się siedzi na ławkach w holu i dużej poczekalni, w sklepie 1minute można zakupić coś do jedzenia, można skorzystać z bezpłatnych toalet, w których jednak śmierdzi, nie ma mydła w płynie i papieru toaletowego. Na dworcu jest prysznic, nie znam zasad korzystania. Oprócz dworca wyremontowano perony, skwer, plac przed dworcem oraz jeden z budynków, służący wcześniej chyba jako magazyn. Przy skwerze siedzi grupa żuli, po dworcu kręci się jakiś młodzieniec wyglądający, jakby był pod wpływem dopalaczy. Podróżni raczej kupują bilet i znikają z tego miejsca. Jak pisałem - w tym mieście panuje dziwna atmosfera.

Z Piotrkowa Trybunalskiego odjeżdżam z mieszanymi uczuciami. Miasto momentami bardzo ładne, momentami brzydkie, ludzie i atmosfera dziwni, całość niezwykle trudna do opisania słowami.

Jadąc do Częstochowy przez chwilę się zdrzemnąłem za Radomskiem i podróż minęła szybko. W Piotrkowie Trybunalskim dosiada się do mnie starszy pan. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że niemal cały człon EN57 był pusty. Myślałem, że będzie mnie męczył, ale on nic - siedział i milczał. Współpasażer wysiadł na stacji Wilkoszewice.

Przed stacją końcową zjadam dwie drożdżówki - pierwszy posiłek od rana. Sam się dziwię, że nie chce mi się jeść i świetnie się czuję. Mimo to podczas oczekiwania na przesiadkę w Częstochowie postanawiam zaopatrzyć się w prowiant na dalszą podróż. W saloniku Relay widzę kanapkę z szynką, serem i ogórkiem, znaną mi ze Słowacji. Kanapka kosztuje 6,90 zł, natomiast w zestawie z wodą mineralną lub Coca Colą jest zniżka 20%. Ceny napojów w takich salonikach dworcowych są wygórowane, więc kiedy sprzedawczyni pyta się mnie, czy chcę kanapkę w zestawie, mówię, że nie. Wtedy ona wyjaśnia mi, że jeżeli kupię samą kanapkę, zapłacę 6,90 zł. Jeżeli natomiast kupię z wodą mineralną 0,5 l, za całość zapłacę 4,80 zł. Przy kupnie kanapki i Coca Coli zapłacę również 6,90 zł. Wiadomo, kupuję z wodą mineralną z lodówki. Nie mogę uwierzyć w swoje szczęście.


Dworzec Częstochowa Osobowa

Dworzec Częstochowa Osobowa

Do Katowic jedziemy pociągiem Kolei Śląskich. Obłożenie wysokie, dużo pasażerów wysiada w Myszkowie. Niemal wszyscy rozmawiają o meczu z Niemcami. Za Zawierciem niebo spowijają chmury, zastanawiam się, czy nie złapie mnie burza.

Według wyszukiwarki połączeń powinienem wysiąść na stacji Katowice Szopienice Południowe i tam zaczekać około 40 minut na pociąg do Oświęcimia. Jadę jednak na dworzec główny w Katowicach, gdzie mam jeszcze 20 minut czasu na spacer po dworcu. Tym razem nie kupuję nic, tylko wsiadam do pociągu, którym godzinę i 8 minut jadę do Oświęcimia.

Z dworca do domu wracam pieszo. Na miejscu jestem o 17:00. Godzinę później rozpoczyna się mecz Ukraina - Irlandia Północna, a o 21:00 gra Polska z Niemcami.

Podsumowanie


- poza ostatnim dniem zupełnie nieudana podróż. W sumie nie warto jechać spontanicznie, ale nie warto też przesadnie planować. Morał z podróży jest następujący "nie pij kawy na czczo przed podróżą".

- nie udało się wygrać w Totalizatora. Ani w zdrapkach, ani w Dużym Lotku. W Częstochowie i Katowicach odpuściłem zakupy losów, bo zniechęciłem się niepowodzeniem.

- piwa zakupione podczas podróży okazały się świetne. Najbardziej smakował mi piotrkowski "Trybunał" oraz szwedzkie piwo "Marienstadt" zakupione w Warszawie.