Świat Podróży Kolejowych

Obserwuj nas


Mapa odwiedzin


Statystyki od 25.04.2017 r.

Free counters!

PENDOLINO 2016




Większość miłośników i blogerów pierwszą podróż pociągiem EIC Premium ma już dawno za sobą. Mnie przez długi czas nie udało się upolować promocyjnych biletów, nie poszczęściło mi się również w konkursach o vouchery na bilet. Na początku kwietnia wygrałem 50 zł w zdrapce, więc postanowiłem poszukać biletów Super Promo. Udało się od razu - kupiłem bilet za 49 złotych, pozostało znaleźć pociąg powrotny. Początkowo zamierzałem zostać 3 dni w Warszawie, pozwiedzam okolicę z biletem trzydniowym Kolei Mazowieckich, ale mój pomysł jak zwykle wywołał niezadowolenie najbliższych i po kilku godzinach wyliczania zagrożeń zniechęciłem się do podróży.

Przeszukując połączenia natrafiłem na bilety Super Promo na pociąg EIC Porta Moravica następnego dnia. Pojawił się problem z noclegiem. Niedrogi nocleg w Warszawie, jedyny spośród pasujących mi w tamtym mieście, nie posiadał wolnych miejsc. Na szczęście wolne miejsca były w Łowiczu, gdzie nocowałem podczas podróży wielkanocnej. Bilet z Warszawy do Łowicza w jedną stronę kosztował 20,5 zł, w dwie strony to już 41 zł, taniej wyszło mnie kupno biletu dobowego za 37 złotych, a przy okazji mogłem zwiedzić kilka miast.

Dzień 1 - 13.04.2016 (środa)


Zapowiadał się przyjemny, niezbyt ciepły dzień. Dla mnie był to wielki dzień - pierwszy przejazd Pendolino. Na dworzec wyszedłem znacznie wcześniej, aby przez nieuwagę nie spóźnić się na pociąg do Katowic. Podróż EN57 bez zakłóceń.

W Katowicach godzina na jedzenie. Poszedłem do Galerii Katowickiej do baru kanapkowego Subway. W menu śniadaniowym można zjeść kanapkę 30 cm za 10 zł bez warzyw i dodatków. Aby się najeść wziąłem kanapkę z kiełbaskami i sosem kowbojskim. Jakkolwiek bardzo lubię jeść śniadanie w Subway'u (dzięki kodom rabatowym), to zjedzenie dużej kanapki z czterema kiełbaskami i ostrym sosem czosnkowym kosztowało mnie sporo wysiłku. Nie była najgorsza, zastanawiam się jednak, jaki sos powinienem wybrać, aby smak był idealny.

Na drogę kupiłem jedynie kanapkę w "Kanapkiełku", bowiem czułem się najedzony. Oczekiwanie na pociąg zakończyłem kupnem biletu dobowego Kolei Mazowieckich. Obsługująca mnie kasjerka dopiero się uczyła i nie potrafiła znaleźć oferty, przez co straciłem sporo minut, dopiero doświadczona kasjerka wskazała jej ofertę.

Pendolino przyjechało z Gliwic punktualnie. Pierwsze pięć minut spędziłem w przedsionku wagonu, ponieważ większość pasażerów miała sporo bagażu i zanim umieścili bagaż na półkach lub na stojakach, w przejściu utworzył się zator. Ci, którzy zostawili bagaże w stojaku, patrzyli na osoby stojące w przejściu wzrokiem pałającym nienawiścią, jakbyśmy mieli im te bagaże ukraść.

W końcu pociąg ruszył, zająłem swoje miejsce i byłem zachwycony. Dużo miejsca na nogi, wygodnie, nie ma na co narzekać. Moją radość zmącili bezdomni przechodzący przez skład na odcinku Katowice - Sosnowiec. Nie muszę chyba mówić, iż jadą bez biletu, o ile nie są to jacyś dobrze zakamuflowani policyjni agenci.

Podróż bardzo przyjemna, rozdano poczęstunek (kawa, herbata lub butelka wody mineralnej), kontrola biletów bez problemów. Ogólnie bardzo przyjemna podróż. Z początku trochę hałasował niemowlak przy sąsiednich siedzeniach ze stolikiem, w końcu matka dyskretnie nakarmiła go piersią i zasnął. Karmienie piersią w miejscach publicznych to ostatnio gorący temat - tutaj dało się to zrobić bez zbędnego widowiska i pretensjonalizmu, jaki widzimy w wykonaniu celebrytek i różnej maści aktywistek, ale jeżeli byłby komplet pasażerów, to pasażerowie zajmujący miejsca przy stoliku z małżeństwem czuliby się niezręcznie.

Jak się później okazało, miejsca dla matek lub rodzin z małymi dziećmi zajmowała inna osoba, która nie chciała się zamienić miejscami. Konduktor wytłumaczył, że bilety na te miejsca są uwalniane do systemu 2 dni przed odjazdem do pociągu, stąd taka sytuacja.

Jedyny zgrzyt, to trudności z dostaniem się do toalety. Toalet jest sporo, mimo to tworzą się do nich kolejki po kilka osób, kiedy ja wszedłem do toalety po dziesięciu minutach oczekiwania w pobliżu dwóch toalet, już po 30 sekundach ktoś się dobijał do drzwi.

W przedsionkach z kolei zbierały się grupki młodych ludzi i rozmawiały przez długi czas. Dziwnie to wyglądało.


EIC Premium na stacji Katowice

EIC Premium - poczęstunek

Wysiadłem na stacji Warszawa Zachodnia. Tutaj przesiadłem się do pociągu Kolei Mazowieckich do Grodziska Mazowieckiego. Trochę bolał mnie żołądek, więc zająłem miejsce przy toalecie. Jak zauważyłem, w pociągach Kolei Mazowieckiej jest jedna toaleta na jednostkę EN57 lub cały pociąg.

Jak tylko pociąg ruszył, z toalety wyszedł młody chłopak, a weszli do niej dwaj osobnicy o wyglądzie czegoś pomiędzy recydywistą a żulem. Z ich rozmowy na peronie było jasne, że jadą na gapę. Na stacji Warszawa Ursus dosiadł się kolejny osobnik, zapukał do drzwi toalety, oni mu otworzyli i dalszą część trasy jechali w trójkę. Mało tego, to z toalety wydobywał się smród papierosów, czyli nie tylko jechali w niej na gapę, ale też palili papierosy. I tak jedyna toaleta w pociągu była zajęta do Grodziska Mazowieckiego, bo z podsłuchanej rozmowy wynikało, iż to właśnie tam jadą.

W pociągach Kolei Mazowieckich jest monitoring, natomiast konduktorzy siedzą przestraszeni w przedziałach służbowych lub kabinie maszynisty i w razie zagrożenia nie można liczyć na niczyją pomoc. Kontrole biletów przeprowadza "Renoma", podczas przejazdów pociągami KM nie spotkałem kontrolerów w ogóle.

Na chwilę zatrzymałem się w Piastowie - obejrzałem zmodernizowany dworzec. Miejsce nieciekawe pomimo remontu, na dworcu bar "DeguStacja", którego pracownice akurat paliły papierosy przed wejściem, wokół pawilony handlowe, nieczynne budy z kioskami, wyjeżdżałem stamtąd jak najszybciej.

Kolejny krótki przystanek w Pruszkowie. Dworzec szary, ponury, przewija się tam sporo ludzi, mim to odczuwa się wysokie poczucie zagrożenia. To jedno z miejsc, gdzie nie mam zamiaru w przyszłości wracać.

Na dłużej zabawiłem w Grodzisku Mazowieckim. Planowałem zwiedzenie właśnie wyremontowanego dworca kolejowego, a później spacer do stacji WKD Grodzisk Mazowiecki Radońska i szybki powrót na pociąg do Żyrardowa. Wyremontowany dworzec kolejowy z zewnątrz prezentuje się pięknie. Byłem zachwycony. Po drugiej stronie kładki wyburzane zakłady przemysłowe oraz właśnie rozebrana bocznica. Nie miałem pojęcia, iż kilkadziesiąt metrów dalej jest zabytkowy cmentarz żydowski.

Z tego powodu poszedłem w stronę deptaka. Skwer przy zejściu z kładki zajęty przez dużą grupę uczniów szkół średnich, jedną ze ścian zdobi mural o tematyce kolejowej, a na murku utworzono skromną wystawę o Kolei Wiedeńskiej.

Grodzisk Mazowiecki okazał się przeciętnym miastem. Nie jest to miasto ani brzydkie, ani ładne, poza zabytkowymi willami zagubionymi pośród blokowisk, ładnym parkiem, a także wspomnianym cmentarzem żydowskim, nie ma tu za wiele atrakcji. Wybrałem się na stację Warszawskiej Kolei Dojazdowej, aby sfotografować pociąg EN94 przed zapowiadanym wycofaniem z eksploatacji. Udało się też sfotografować wnętrze pojazdu.

Na dworzec kolejowy PKP wróciłem kilka minut przed odjazdem pociągu w stronę Żyrardowa.


Dworzec w Grodzisku Mazowieckim

EN94 Warszawskiej Kolei Dojazdowej

Żyrardowski dworzec także robi wrażenie, przynajmniej z zewnątrz. Wyremontowany budynek, wyremontowane perony, piękny plac przed dworcem. Pomimo to trąci prowincją - na peronach ludzie palą w najlepsze pomimo zakazu, przed wejściem do holu dworca również. Wokół kręcą się typy o nieprzyjemnym spojrzeniu, a w środku jest dziwnie. Wprawdzie zachowano zabytkowe piece kaflowe, ale nie nie czuć atmosfery dawnych lat.

Na zwiedzanie Żyrardowa miałem ponad godzinę. Początkowo miasto mi się nie spodobało, po minięciu pierwszej ulicy przed dworcem i paru zaniedbanych podwórek doszedłem do tzw. Osady Fabrycznej. Miejsce piękne, z niezwykłą atmosferą, lecz po zmroku bałbym się zapuszczać w niektóre miejsca. Miejsce podobne zabudową do śląskich miast, niektóre budynki przypominają familoki, na podwórkach przykuwają uwagę nietypowe drewniane budynki gospodarcze z galerią. Coś takiego widziałem po raz pierwszy. Poza Osadą Fabryczną mieszanka różnych stylów architektonicznych, oprócz wielkiej płyty widać zaniedbane kamienice, niedostępne podwórka, na które wchodzi się przez ciemne bramy, dyskretne przejścia pomiędzy ulicami, głośna muzyka dochodząca z mieszkań przez otwarte okna.

Niestety, musiałem wracać na dworzec, żałując braku czasu na dłuższe zwiedzanie miasta. Żyrardów ma ogromny potencjał - poczucie zagrożenia jest wprawdzie wysokie, mimo to polecam miasto każdemu na jednodniową wycieczkę.

Przed przejściem dla pieszych prowadzącym na plac przy dworcu młoda kobieta specjalnie zatrzymała się, aby nie wchodzić mi w kadr, za chwilę pierwszy kierowca zatrzymał się się, pozwalając mnie i wspomnianej kobiecie szybko przejść na dworzec. Dzięki drobnemu gestowi kobiety wyszło piękne zdjęcie żyrardowskiego dworca.

Na dworcu mnóstwo ludzi wysiadło z pociągu TLK relacji Warszawa - Łódź. W pociągu do Skierniewic jedzie znacznie mniej osób. Część wysiadła w Radziwiłłowie, gdzie również stoi piękny dworzec, na pierwszy rzut oka podobny do dworca w Żyrardowie.

Przy wjeździe do Skierniewic pociąg zwalnia, dalej jadąc ślimaczym tempem - może ze 20 km/h. Przyjeżdżamy z dziesięciominutowym opóźnieniem. Wyszedłem z pociągu, ujrzałem wiadukt, wieżę ciśnień, budynek w niczym nieprzypominający skierniewickiego dworca i budkę szumnie nazwaną barem, przy której jegomość w średnim wieku popijał piwo, patrząc gniewnym wzrokiem przed siebie. Dopiero po wejściu na wiadukt zauważyłem dworzec. Zastanawiałem się, czy wychodzić na miasto, bowiem do odjazdu pociągu miałem tylko 45 minut, a do Rynku według map Google idzie się 15 minut.

Zaryzykowałem. Przez część trasy biegłem, przez część maszerowałem, przystanąłem jedynie na kilka minut na rynku, a w kilku miejscach zwolniłem kroku, aby zrobić byle jakie zdjęcia. Przed dworcem nie zauważyłem planu miasta ani drogowskazów, przez co poszedłem dłuższą drogą, a po drodze wprawdzie były strzałki, ale pokazujące tylko kierunek do Parowozowni oraz do Instytutu Ogrodnictwa. Mnie jednak interesował rynek i musiałem iść na wyczucie.

Słońce świeciło mocno, pociłem się, mimo to pędziłem, co sił w nogach. W końcu trafiłem na rynek po piętnastu minutach. Rynek nic specjalnego. Wyremontowany, niebrzydki, rozczarował mnie natomiast ratusz. Spodziewałem się znacznie większego budynku.

Wróciłem ulicą Sienkiewicza, po drodze przechodząc przez Bramę Parkową. Park Miejski przez ogrodzenie, a potem z okien pociągu wyglądał bardzo ładnie. Z obiektów godnych uwagi należy wymienić czołg stojący jako pomnik oraz podwórko przypominające podwórka sprzed trzydziestu lat, na którym dzieci beztrosko kopią piłkę w szary mur, a dorośli siedzą na ławeczce przy trzepaku. W ogóle Skierniewice wydały mi się miastem chaosu architektonicznego - centrum pod względem architektonicznym nie zachwyca.

Zachwyca za to piękny dworzec kolejowy, na który wróciłem o 17:15, czyli piętnaście minut przed odjazdem pociągu Przewozów Regionalnych do Łowicza. Bilet kosztuje 7,60 zł, przed kasą kilka osób, nie spodziewałem się kłopotów. Tymczasem kolejka posuwała się bardzo wolno. O 17:18 odeszła pierwsza osoba spod kasy, a kasjerka zasunęła żaluzje, ponieważ właśnie wypadała przerwa (regulaminowo 17:15-17:30). W drugiej kasie obsługa pasażerki kupującej bilet na PKP Intercity wydaje się przeciągać w nieskończoność, dopiero o 17:22 odchodzi od okienka. Pozostała jeszcze jedna osoba przede mną. Mężczyzna podszedł do kasy i tu pojawił się kłopot - kupował bilet miesięczny według jakiejś legitymacji dla kolejarzy (nie zrozumiałem dokładnie). Cały czas poprawiał kasjerkę, a mijały minuty. Patrzę na zegar nad holem - 17:24, 17:25, 17:26. Nerwowo przestępowałem z nogi na nogę, wierciłem się z nerwów, patrzyłem ze zrezygnowaniem na ten zegar, stojąc w obliczu dwugodzinnego czekania na kolejny pociąg do Łowicza i braku możliwości zwiedzania centrum Łowicza przy łagodnych promieniach zachodzącego słońca. W końcu o 17:27 mężczyzna odszedł od okienka. Podchodzę do okienka, proszę o bilet, wszystko bez problemów. O 17:28 biegnę na peron po drugiej stronie dworca. Spocony wsiadam do pociągu na chwilę przed odjazdem.

Trasa ze Skierniewic do Łowicza nieciekawa. Mało pasażerów, prędkość przeciętna, stacje po drodze zaniedbane, poza Bełchowem to zwykłe przystanki kolejowe bez budynków stacyjnych.

Podróż mijała szybko, Łowicz z okien znów nie zachęcał do wizyty, ale tym razem wiedziałem, że pozory mylą.

O 17:30 dojechałem do Łowicza. Pobyt w mieście rozpocząłem od zakupów w "Biedronce". Drożdżówka za 1,39 zł, woda "Polaris" za 0,59 zł i to wszystko. W kolejce do kasy czekam ponad pięć minut.

Po zakupach czas na spacer po centrum. Trasę znałem, słońce świeciło już słabo, zdążyłem pstryknąć tylko kilka fotek, zanim promienie słońca przestały oświetlać kamienice na Nowym Rynku. Co ciekawe, centrum Łowicza, a szczególnie ulica Podrzeczna, znacznie lepiej wyglądało podczas mojej poprzedniej wizyty, zwłaszcza rankiem, kiedy niezbyt gęsta mgła zasnuwała ulice.


Żyrardów

Nowy Rynek w Łowiczu

Pojawił się problem z jedzeniem. Chciałem uniknąć jedzenia kebaba, obszedłem więc centrum. Chodziłem w tę i z powrotem po ulicy Zduńskiej. W barze kanapkowym "Payda", gdzie przed podróżą planowałem zjeść, było pusto - oprócz młodej sprzedawczyni siedział przed ladą lub stał przed wejściem dresiarz, najprawdopodobniej jej chłopak. Przechodząc kilka razy w ciągu godziny nie zauważyłem tam żadnego klienta. Nie dziwię się - może i mają dobre, świeże kanapki, natomiast taki osobnik i pustka odstraszają potencjalnych klientów. Obok czynny był mały punkt gastronomiczny - sprzedawca w średnim wieku (pewnie właściciel) budził zaufanie, klientów nie brakowało, ale przecież nie najem się zapiekanką lub hot-dogiem. Z kolei w ładnym lokalu "Cafe Brama" sprzedawano dania obiadowe i Shoarmę, jednak wydatek rzędu 17-19 złotych przekraczał moje możliwości finansowe. Lokal o zabawnej nazwie "Bułka i Spółka" serwuje burgery w cenie od 14 złotych wzwyż. Co ciekawe, zbiera dobre recenzje, a kiedy patrzyłem na klientelę oraz pracownika co chwilę wychodzącego na papierosa, w życiu nie zdecydowałbym się na wejście do tego przybytku.

Pozostało więc kupno kebaba. "Hasan Kebab" odpadał, tuż obok otwarty był lokal "Kebab Marrakesch", przypominający raczej jakiś bar w stylu amerykańskim, za to dużo większy niż pierwszy z wymienionych. Oba lokale z kebabami miały dużo klientów - najczęściej młodych mężczyzn. W "Kebab Marrakesch" zamówiłem "promocyjnego" kebaba z baraniną za 7 złotych. Na kebab czekałem około 10 minut. Po pierwszym kęsie byłem przyjemnie zaskoczony, po następnych wiedziałem, że trafiłem w dziesiątkę. Tak dobrego kebaba nigdy nie jadłem. Świetnie podpieczone ciasto, pyszna baranina, idealna kompozycja sosów łagodnego i ostrego. Dla mnie idealny. Nie przepadam za kebabami, jadam je średnio raz na trzy miesiące, czasami w podróży nie ma jednak innego wyboru. Jeśli przyjadę do Łowicza, z pewnością jeszcze raz zamówię ten sam kebab w tym samym miejscu.

Najedzony udałem się na nocleg do Domu Wycieczkowego. Tym razem przespałem noc bez huku petard, a rano znów nie chciało mi się wstawać.

Dzień 2 - 14.04.2016 (czwartek)


Wstałem o 06:00, półtorej godziny później wymeldowałem się, po czym ruszyłem marszobiegiem na dworzec. Pociąg do Warszawy odjeżdżał o 07:45, podróż do stacji Warszawa Śródmieście według rozkładu miała trwać prawie półtorej godziny.

Pociąg Kolei Mazowieckich zestawiony był z dwóch jednostek EN57, dzięki czemu nie było tłoku. Usiadłem z tyłu pociągu, w przedziale rowerowym przy toalecie. Obok mnie siedział jeden mężczyzna w wieku około trzydziestu lat, przy toalecie kręciła się z wyglądu starsza, brzydka pani niewielkiego, w czarnych, gęstych włosach, czarnej kurtce typu ramoneska, czarnej sukience i rajstopach oraz czarnych butach na obcasie. W jej spojrzeniu oraz rysach twarzy było coś dziwnego, za chwilę miałem się przekonać, co.

Jeszcze przed odjazdem pociągu z toalety wyszedł kolejny trzydziestolatek. Długo mocował się z drzwiami, nie mogąc się wydostać, dopiero kiedy z zewnątrz szarpnąłem, przesunęły się. Wkurzony zaklął i zamknął drzwi. Podeszła opisywana kobieta, wskazując palcem na drzwi, po czym piskliwym głosikiem zapytała się dwa razy "Mogę otworzyć drzwi?" z dziwnym akcentem. Myślałem, że to jakaś kobieta ze Wschodu.

Pociąg jechał z przyzwoitą prędkością. Babka siedziała w toalecie chyba z dziesięć minut, ze środka było słychać jakieś szelesty i nieokreślone dźwięki, już myślałem, że coś się stało. W końcu drzwi toalety otworzyły się i wyszedł ...facet. Dobrze czytacie. Weszła kobieta, a wyszedł facet, a w reklamówce z "Biedronki" niósł damskie ciuszki i perukę. Mężczyzna wyglądał na urzędnika w wieku około 37 lat, włosy ciemne, lekko kręcone. Popatrzyłem zdziwiony, transwestyta szybko podążył na drugi koniec jednostki. Cała sytuacja rozbawiła mnie.

Jeden ze współpasażerów w ogóle nie zareagował, drugi po kilku minutach podszedł zapytać się, czy wzrok go nie mylił. Potem zaglądał jeszcze do toalety w poszukiwaniu damskich ciuszków na potwierdzenie prawidłowego działania narządu wzroku, lecz wytłumaczyłem mu, iż tych ciuszków w toalecie nie znajdzie. Wypowiedział kilka przekleństw, pożegnał się i wysiadł.

Przed Warszawą zrobiło się tłoczniej, ale nie było przygód wartych opisania. Wysiadłem na stacji Warszawa Śródmieście, sfotografowałem stację, kupiłem drożdżówkę, pojeździłem jeszcze chwilę po warszawskich dworcach. Bilet dobowy Kolei Mazowieckich był ważny do 13:00, o 10:00 zdecydowałem, iż resztę pobytu w Warszawie spędzę na zwiedzaniu Śródmieścia.

Na szybki spacer miałem trzy godziny i sam się dziwię, że przez ten czas zdążyłem zwiedzić większą część Śródmieścia. Nie udało mi się zobaczyć jedynie Mariensztatu. W Warszawie pierwszy raz byłem w 2011 roku, część dnia poświęciłem wtedy na fotografowanie pociągów, część na zwiedzanie miasta. Była dużo lepsza pogoda, aczkolwiek podczas tegorocznego pobytu zachmurzone niebo utrudniało zrobienie ładnych zdjęć, ale z drugiej strony temperatura była bardzo przyjemna. Trasa standardowa - Ogród Saski, Plac Piłsudskiego, Rynek, Stare Miasto, Barbakan, ulice Freta i Mostowa, później powrót przez Rynek Starego Miasta, Plac Zamkowy, Nowy Świat na Dworzec Centralny. Zdążyłem jeszcze wejść na chwilę do Złotych Tarasów w celu skorzystania z toalety.

Zwiedzanie zakończyłem o 13:10, do odjazdu pociągi EIC Porta Moravica pozostawało 35 minut. Obiad jak zwykle 2 for U w McDonaldzie za 5,5 złotego, do tego drożdżówka na drogę za 1,80 zł, tym razem dodatkowo zrobiłem zakupy w "Biedronce" na antresoli Dworca Centralnego - woda "Polaris" za 54 grosze i rogalik 7 Days za 1,49 zł.


Warszawa - ulica Mostowa

Warszawa PKiN z okien restauracji McDonald's

Pociąg EIC Moravica odjechał z dziesięciominutowym opóźnieniem. W środku obłożenie niemal stuprocentowe, byłem jednym z kilku szczęśliwców, którzy parę siedzeń w wagonie bezprzedziałowym mieli tylko dla siebie. Wagony czeskie niezbyt wygodne, jak na pociąg EIC standard bardzo niski. Rozczarował mnie nie tylko pociąg. Stewardowi rozdającemu bezpłatny poczęstunek skończyła się gorąca woda i pasażerowie ostatniego wagonu mogli jedynie dostać butelkę 0,5 l gazowanej "Kropli Beskidu" (niegazowana też się skończyła). Kilkoro pasażerów uparło się przy niegazowanej i steward musiał iść przez cały pociąg do swojego przedziału po kilka butelek. Jak dla mnie kompromitacja.

Podróż na szczęście nie trwała długo, a pociąg jechał bardzo szybko, więc po 150 minutach dojechaliśmy do Katowic. Przez całą drogę było pochmurno, w Katowicach lało jak z cebra. Na szczęście pociąg do Oświęcimia stał już na peronie. Bilet kupiłem dzień wcześniej w automacie i nie musiałem martwić się, czy zdążę kupić w kasie.

Godzinę później byłem w Oświęcimiu. Z początku lało, wiał zimny, przenikliwy wiatr, autobus spod dworca uciekł mi, kiedy szukałem drobnych na bilet. Poszedłem pieszo. Po 10 minutach deszcz ustał, zrobiło się cieplej, po kolejnych dwudziestu minutach spaceru wróciłem do domu.


Wagon pociągu EIC Porta Moravica

Deszcz w Katowicach