Świat Podróży Kolejowych

Obserwuj nas


Mapa odwiedzin


Statystyki od 25.04.2017 r.

Free counters!
Strona zakończyła działalność. Informacje w artykułach mogą być nieaktualne.

WIELKANOC 2016


Strona główna --> Moje podróże
Nie lubię podróżować w długie weekendy ze względu na tłok w pociągach i brak wolnych miejsc w niedrogich obiektach noclegowych (wiele schronisk i internatów jest zamkniętych). Na nocowanie na dworcach nie mam jeszcze sił, ponadto trzeba oszczędzać. Biorąc pod uwagę wszystkie te okoliczności zdecydowałem się na krótką trasę wielkanocną. Popełniłem błąd, bowiem okazało się, że szczyt przewozowy miał miejsce dopiero we wtorek, więc spokojnie mogłem jeszcze jeden dzień spędzić w podróży. Z drugiej strony oznaczałoby to wyższe koszty podróży - nocleg + wyżywienie.

Celem tej podróży było przejechanie się nowymi pociągami PKP Intercity - Flirtem i DART-em.

Dzień 1 - 26.03.2016 (sobota)


Podróż, jak zwykle, rozpocząłem pociągiem Kolei Śląskich z Oświęcimia po 08:00. W małym pomieszczeniu tymczasowym oświęcimskiego dworca oprócz mnie tylko jedna osoba, w związku z czym zakup Biletu Weekendowego i miejscówki obył się bez problemów.

Do Katowic pojechał brudny pociąg EN57-1332 Kolei Śląskich. Obłożenie średnie, podróż spokojna.


Pociąg Oświęcim - Katowice

Pociąg Oświęcim - Katowice

Flirt w stronę Gdyni odjeżdżał według rozkładu o 10:33. Na zakupy miałem godzinę - kupiłem kanapkę w piekarni "Kanapkiełek", w tej samej piekarni zjadłem też zapiekankę. Do tego drożdżówka za 1,8 zł. Na miasto nie wychodziłem, ponieważ lało jak z cebra.

IC Górnik, którego skład przechodzi na pociąg IC Chemik, przyjechał do Katowic opóźniony o ponad 50 minut. W oczekiwaniu na posprzątanie pociągu obserwowałem odjazd pociągu EIP z sąsiedniego peronu - do pociągu oprócz zwykłych pasażerów wsiedli też osobnicy wyglądający na bezdomnych, a jeden osobnik z wydrukowanym biletem w ręku dobiegł do pociągu już po tym, jak EIP ruszył. Pociąg się nie zatrzymał; nie muszę chyba opisywać zdenerwowania spóźnionego pasażera.

W końcu ruszyliśmy z opóźnieniem około 20 minut. Zająłem miejsce, obłożenie około 20%. Pasażerowie różni, denerwowała mnie matka z małym dzieckiem i laptopem na stoliku - nie miałem ochoty przez całą podróż słuchać odgłosów strzelanin z bajek dla dzieci, ale cóż zrobić.

Pierwsze wrażenia negatywne. Fotel wydawał mi się zbyt twardy, miejsca na nogi mało, obawiałem się, jak przetrwam podróż. Drużyna konduktorska dziwna - jedna konduktorka bardzo miła, druga miała minę budzącą dreszcz przerażenia. Trzeci konduktor obsługiwał inne wagony.

Za oknem pogoda w kratkę - to świeci słońce, to leje, nie wiadomo, czego się spodziewać. Odcinek Częstochowa - Piotrków Trybunalski przespałem. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy po przebudzeniu, to grupy dresiarzy na peronach stacji w Piotrkowie Trybunalskim. Dalsza podróż bez niespodzianek - na stacjach Łódź Widzew i Łódź Chojny zwróciłem uwagę na policjantów w radiowozach w nieznacznej odległości od stacji.


Pociąg Flirt

Pociąg Flirt w środku

W Łodzi Kaliskiej duża wymiana pasażerów. Przed Zgierzem stanąłem w przedsionku, skąd pstryknąłem fotkę wnętrza Flirt-a. Zagadnął mnie młody osobnik wyglądający na muzyka, pytając, czy prowadzę blog podróżniczy. Odpowiedziałem twierdząco, a na jego prośbę podałem adres bloga. O dziwo, nie potępiał mnie. To pierwszy człowiek na mojej drodze, który przyjął prowadzenie bloga jako coś normalnego.

Razem z muzykiem wysiadłem w Zgierzu. Na zwiedzanie miałem bardzo mało czasu, planowałem powrót do Łodzi pociągiem z Gdyni jadącym w stronę Katowic, ale pociąg miał odjechać za 40 minut (opóźnienie pociągu z Katowic wynosiło 5 minut). Szybko zrobiłem kilka zdjęć dworca kolejowego. Zdziwiła mnie pustka na dworcu i zamknięta kasa. Po zrobieniu zdjęć w holu natychmiast zjawił się ochroniarz, lecz na jego widok i motywowany pośpiechem wyskoczyłem z dworca i chyba sam był zaskoczony, że nawet się nie odezwał.

Chciałem zobaczyć tzw. Miasto Tkaczy, czyli drewnianych domków, przypominających mi kraje bałtyckie, będące na liście moich marzeń podróżniczych. Chciałem choć przez moment poczuć atmosferę tych krajów.

Według map Google dojście do ulicy Narutowicza powinno mi zająć 16 minut, co licząc powrót dawało zaledwie 8 minut rezerwy na zrobienie zdjęć. Centrum Zgierza zwiedziłem marszobiegiem - dojście do ulicy Narutowicza zajęło mi niecałe 10 minut, musiałem trochę zwolnić w okolicach kościoła, gdzie odbywała się msza, bowiem było mi głupio.

Szybki spacer ulicą Narutowicza i Rembowskiego, "sesja zdjęciowa", po czym równie szybki powrót na dworzec. Miasto Tkaczy nie zawiodło mnie. Pomimo zaniedbanych podwórek i pustych przestrzeni Zgierz bardzo mi się spodobał. Chętnie zostałbym tu parę godzin, aby porządnie zwiedzić centrum, ale nie ma wyboru.

Powrót na dworzec ulicą Długą zajął mi kilka minut dłużej - kondycja słaba, a marszobieg dał w kość. Na słońcu spociłem się, w końcu zziajany dobiegłem na dworzec, rezygnując ze sfotografowania niszczejącej wieży ciśnień oraz sąsiedniego podwórka.

ARTYKUŁY NA BLOGU "KOLEJ NA PODRÓŻ":

Zgierz
Zgierz - dworzec kolejowy


Zgierz - ulica Narutowicza

Zgierz - ulica Rembowskiego

W samą porę, bo pociąg z Gdyni do Katowic wjeżdżał właśnie na peron. Co ciekawe, gdyby pociąg wjechał na peron, nie miałbym jak do niego dojść, bowiem pociągi stając na peronie zatrzymują się tak, iż przejście na peron jest w połowie pociągu. Gdybym przyszedł 20-30 sekund później, pociąg odjechałby beze mnie.

Wysiadłem na stacji Łódź Kaliska. Początkowo planowałem zakup biletu strefowego ŁKA za 3 złote i sfotografowanie łódzkich dworców, aby później pojechać do Łowicza pociągiem IC Wawel, jednak przypomniałem sobie o meczu piłkarskim Polska - Finlandia i kiedy na tablicy odjazdów zobaczyłem, iż pociąg Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej do Łowicza odjeżdża za około 55 minut, być może zdążę obejrzeć mecz. Zmroziło mnie na samą myśl o cenie biletu - około 15 złotych. Podszedłem do kasy, zapytałem się, a kasjerka odpowiada - 9 złotych. Pomyślałem "dopłacę te 9 złotych, przejadę się ŁKA i pooglądam mecz". Zapłaciłem za bilet ŁKA przypominający bilet komunikacji miejskiej, po czym zwiedziłem niezbyt przyjemną okolicę dworca Łódź Kaliska.

Dwadzieścia minut przed odjazdem dał o sobie znać głód. W barze w holu dworca (bardziej pasuje słowo "bufet") kupiłem dwa tosty za 5 złotych. Gdybym kupował jeden, zapłaciłbym 3,5 złotego. W oczekiwaniu na tosty obserwowałem osoby kręcące się przy dworcu - około 20 pasażerów, kilkoro podejrzanych osobników, hałaśliwa grupa muzułmanek zachowująca się jak przekupki na targu, inny osobnik o arabskich rysach twarzy z dziewczyną w stylu europejskich blachar, dwoje policjantów i dwie Ukrainki - jedna starsza, zniszczona życiem, z twarzą pooraną zmarszczkami, druga młoda - bardzo ładna, powiedziałbym piękna. Widać, że niezamożne. Ukrainki jadły zapiekankę i frytki - frytki moczyły w keczupie z zapiekanki, dopiero potem delektując się nimi. Nie zachowywały się hałaśliwie ani nie robiły nic, do czego mógłbym się przyczepić, jedynie ten sposób spożywania jedzenia wydał mi się osobliwy.

W końcu odebrałem dwa upragnione, małe tosty i w drodze na peron kupiłem w innym miejscu kanapkę za 3,5 zł. Tosty skonsumowałem jeszcze na peronie. Były małe, ale ciepłe i bardzo smaczne. Niezbyt pożywne danie, na jakiś czas wystarczyło, aby nasycić głód.

Przejazd do Łowicza pociągiem Flirt 3 ŁKA bardzo wygodna. Ludzi niedużo, w Zgierzu dosiada się jakaś pani, która musi kupić bilet u konduktora, choć w pociągu jest biletomat, a po kupnie biletu zajmuje miejsce i przez całą podróż do Głowna głośno rozmawia przez telefon komórkowy, więc sporo dowiedziałem się o jej życiu osobistym ostatnich dni. Pociąg wygodny, niepokoją ołowiane chmury pokrywające niebo, natomiast duże wrażenie robią wyremontowane dworce w Strykowie i Głownie. W Domaniewicach mijanka z pociągiem ŁKA w przeciwną stronę.


Dworzec Łódź Kaliska

Pociąg Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej

Łowicz z okien pociągu nie wygląda zachęcająco, szczególnie stacja Łowicz Przedmieście z opuszczonymi budynkami w sąsiedztwie. Pierwsze wrażenie po wyjściu z pociągu bardzo negatywne. Szaro, ponuro, rozejrzałem się za jakimś punktem gastronomicznym w razie ataku głodu. Niestety, zobaczyłem tylko całodobowy bar, którego wygląd wskazywał na typową "mordownię". Poszedłem na zakupy do pobliskiej "Biedronki". Widok ludzi ze smutnymi minami wracającymi spod wejścia do sklepu uświadomił mi, iż zakupów dziś nie zrobię, więc wybrałem się do centrum miasta, po drodze zahaczając o hol dworca.

Po przejściu kładki nad torami moim oczom ukazał się bardzo brzydki dworzec autobusowy. "Po cholerę jechałem na takie zadupie" - taka myśl zatruwała mój umysł. Na szczęście krótko, bowiem po przejściu przez dworzec autobusowy otoczenie zmienia się radykalnie.

ARTYKUŁY NA BLOGU "KOLEJ NA PODRÓŻ":

Łowicz
Łowicz Główny - dworzec kolejowy

Brukowaną ulicą doszedłem do ładnego centrum. Przy Starym Rynku sklepy pozamykane, poszedłem więc na Nowy Rynek. Wszedłem do "Żabki". Kupiłem wodę "Żywiec-Zdrój" o smaku cytrynowym (1,99 zł), z jedzenia mój wzrok padł na rogaliki 7 Days. Dla odmiany zdecydowałem się zakupić drożdżówkę "Borseto". Patrzę na ceny, nie widzę żadnej naklejki z ceną drożdżówki 7 Days, natomiast wszystkie produkty oznaczone 7 Days są za 1,49 zł. Biorę opakowanie, idę do kasy, a tam szok - za drożdżówkę płacę 2,79 zł. Byłem, delikatnie mówiąc, wkurzony, ale cóż zrobić - zapłaciłem. Wiem, przepłaciłem, w podróży tak bywa.

Z lokali gastronomicznych czynny jest tylko "Hasan Kebab". Przed lokalem i w lokalu kłębi się tłum dresiarzy, czekających na posiłek. Z ciekawości kupuję kebab z baraniną za 6 złotych. Kebab nie jest zbyt smaczny, natomiast na długo zaspokaja głód.


Łowicz - ulica Podrzeczna

Łowicz - Nowy Rynek

Nocowałem w łowickim "Domu Wycieczkowym". Meldunek poszedł szybko i sprawnie, pokój mały, ale bardzo wygodny. Nie interesował mnie jednak pokój, tylko telewizor. Włączyłem mecz. Trwa 25 minuta meczu, a już 2:0 dla Polaków. Nie żałuję 9 złotych wydanych na pociąg ŁKA, tylko cieszę się z wyniku. Za siedem minut jest już 3:0. Mecz kończy się wynikiem 5:0.

Po meczu wychodzę na krótki spacer. Już podczas pierwszego spaceru zwróciłem uwagę na bardzo dużą liczbę osób przemieszczających się pomiędzy kościołami w centrum, po 19:00 jest ich jeszcze więcej. Wiem, jutro Wielkanoc, dlatego spodziewam się rezurekcji.

O 21:00 kładę się spać. Na moje nieszczęście psuje się budzik, nastawiam alarm w telefonie komórkowym.

Dzień 2 - 27.03.2016 (niedziela)


Kładąc się spać poprzedniego dnia miałem nadzieję na udany wypoczynek. Łóżko duże, wygodne, w pokoju cieplutko, widok z okna również piękny.

W nocy budzą mnie nieokreślone wybuchy. Pierwsze, co widzę, to odblask syreny policyjnej, słyszę nieokreślony hałas. Pierwsza myśl - zamach. Wyglądam przez okno, a tam mnóstwo ludzi, trwają rezurekcje, przy kościele płonie stos drewna. Wszystko zabezpieczają radiowozy policyjne z włączonymi syrenami (tylko sygnał świetlny). Słyszę kolejne wybuchy - na szczęście to tylko petardy. Patrzę na telefon komórkowy - dopiero po północy.

Huk petard budził mnie co godzinę, o 04:00 zrezygnowałem z dalszego snu. W nocy nastąpiła zmiana czasu, zapomniałem przestawić zegar w telefonie komórkowym, więc w rzeczywistości była piąta rano. Ustawiłem prawidłową godzinę, wziąłem prysznic, po siódmej wyszedłem na spacer po centrum Łowicza. Petardy wybuchały co chwilę. Byłem zdziwiony, ponieważ w moim mieście nigdy nie spotkałem się ze zwyczajem odpalania petard w Wielkanoc, jednak jak wyczytałem w różnych opracowaniach, taki zwyczaj istniał i istnieje w wielu polskich miejscach.

O 08:30 poszedłem na pociąg TLK Staszic. Przez mgłę przebijały się pierwsze promienie słońca, zimny wiatr przeszywał cienką wiatrówkę, a pogoda była niepewna.

Pociąg TLK Staszic zestawiony był ze starych wagonów z przedziałami. Ku mojemu zaskoczeniu wsiadało sporo ludzi, ze mną w przedziale jechał jeden młody mężczyzna, w Sochaczewie dosiadł się kolejny. W każdym razie nie było pusto. Na stacji Warszawa Zachodnia przesiadłem się do DART-a. Zrobiłem trochę zdjęć i pojechałem do stacji Warszawa Centralna. Przez kilka minut jazdy siedzenia wydawały mi się wygodniejsze niż we Flircie. To jednak zbyt krótki przejazd na szczegółową recenzję.

W biletomacie przed wejściem na Centralny zakupiłem bilet dobowy za 14 złotych. Rozejrzałem się po okolicy - czynnych było tylko kilka punktów gastronomicznych, ceny stosunkowo wysokie. Zauważyłem tylko jedną czynną toaletę, nawet te oznaczone "24 h" były zamknięte. Po dworcu kręciło się sporo policjantów i funkcjonariuszy Straży Ochrony Kolei.

Poszedłem na najbliższą stację metra skasować bilet i rozpocząć wycieczkę po Warszawie. Pogoda przyjemna, świeciło słońce, ja jednak postanowiłem wykorzystać dzień na przejażdżki metrem oraz pociągami Kolei Mazowieckich, SKM Warszawa i Warszawskiej Kolei Dojazdowej.

Jeździłem tak sobie do 13:30. Podróż bez żadnych przygód - na każdej stacji metra spotykałem patrole policyjne. Metro oceniam bardzo wysoko - czysto, wygodnie, na każdej stacji bezpłatne toalety, co raz mnie "uratowało". Gorzej z dworcami kolejowymi - stacja Warszawa Gdańska nie wygląda najlepiej, a liczba żuli i podejrzanych typów przy dworcu Warszawa Wileńska jest trudna do policzenia. W centrum Warszawy widać coraz więcej muzułmanów i Murzynów.


Pociąg DART w środku

Pociąg Warszawskiej Kolei Dojazdowej

Ponad godzinę do odjazdu pociągu TLK Kościuszko do Krakowa przeznaczyłem na obiad i kupno wody mineralnej. Z wodą mineralną był problem. Obszedłem wszystkie czynne sklepy przy dworcu - butelka 0,5 l Kropli Beskidu kosztowała od 3 do 4,5 zł. Nie zamierzałem przepłacać, znalazłem automat z wodą 0,5 l Crystal za 2 złote i tam kupiłem wodę. Pozostała kwestia kanapki na drogę. Dwa lata temu kupiłem smaczną kanapkę w sklepie 1 Minute. Po 13:00 sklep był otwarty, kanapka kosztowała 7,5 zł i była mniejsza niż dawniej, mimo to kupiłem, bo i tak była to najlepsza oferta. Do tego zauważyłem promocję - dwa napoje Tymbark 0,5 l za 4 złote, czyli jeden za 2 zł. Cena niska, szczególnie jak na Wielkanoc, nie wahałem się z zakupem.

Pozostał obiad. Do wyboru był "szwedzki stół" w restauracji wietnamskiej na antresoli dworca za 22,9 zł lub coś w położonym po drugiej stronie McDonaldzie. Chętnie spróbowałbym dań kuchni azjatyckich, lecz już i tak za dużo wydałem, dlatego zdecydowałem się na 2 for U za 5,5 zł - Snack Wrap + frytki.

O 14:45 na peron powinien wjechać pociąg TLK Kościuszko. Miejscówkę kupiłem wcześniej, wybrałem wagon bezprzedziałowy, jedyny w składzie pociągu. Pociąg przyjechał na peron z dziesięciominutowym opóźnieniem, chociaż rozpoczynał bieg na stacji Warszawa Wschodnia. Na peronie dużo ludzi, obawiałem się tłoku w pociągu.

W końcu pociąg wtoczył się na peron. Na moim miejscu "siedziała" torebka i kurtka paniusi, która zgodnie z rezerwacją miejsca powinna siedzieć obok. Nie uśmiechała mi się podróż obok takiej trzydziestoparoletniej laluni, stanąłem więc koło toalety, gdzie zamierzałem stać do czasu, aż po odjeździe ze stacji Warszawa Zachodnia pasażerowie zajmą swoje miejsca w nadziei na wolne miejsce. Pociąg jeszcze jakiś czas stał na stacji Warszawa Centralna. Do drzwi wagonu podszedł wytatuowany laluś w wieku może dwudziestu lat z czapeczką z daszkiem, w okularach przeciwsłonecznych, ubrany według mody lansowanej przez piosenkarzy typu Justin Bieber.

Koleś zaczął rozmawiać z kimś na peronie. Stoję i słucham: "kurwa", "ja pierdolę", "chuje jebane", "jebać to" - co drugie słowo to wulgaryzm, dosłownie. Myślałem, że jest członkiem jakiejś szajki złodziei i rozmawia z innymi złodziejami okradającymi pasażerów w pociągu. Nagle zobaczyłem, kto stoi za drzwiami - dwaj konduktorzy PKP Intercity. Rozmowa młodego konduktora z lalusiem przypominała rozmowę dresiarzy lub meneli spod budki z piwem, aż mi uszy więdły. Starszy konduktor co jakiś czas wtrącał się do rozmowy, jednak język jego wypowiedzi był bardziej stonowany, kończyło się na słowach "cholera jasna", "ja pierniczę". Nawet upomniał lalusia i młodszego konduktora, aby tyle nie przeklinali. Oni sobie nic z tego nie robili.

W końcu skończyli rozmawiać i pociąg ruszył. Po odjeździe z Warszawy Zachodniej zająłem wolne miejsce. Miałem dwa miejsca dla siebie, po przeciwnej stronie siedział laluś, czytając czasopisma specjalistyczne dla psychologów.

Za chwilę młoda, nieprzyjemna konduktorka przyszła skontrolować bilety. W mój bilet wpatrywała się bardzo długo, patrząc na przemian na bilet i na moją twarz. Być może kojarzyła moje nazwisko z profilu PKP Intercity na Facebooku. Następnie podeszła do lalusia, zawiązała się rozmowa i co się okazuje - wulgarny, wytatuowany laluś to konduktor PKP Intercity "w cywilu", często pracujący na tej trasie.

Starszego konduktora (tzn. w wieku powyżej 30 lat) już nie widziałem, natomiast widok młodych konduktorów uświadomił mi bezsens mojej nauki i pracy, po raz kolejny ogarnęło mnie poczucie niesprawiedliwości. Wyjątkowo nieprzyjemni ludzie, niby wykonywali swoje obowiązki, ale biła od nich arogancja, ostentacyjna pewność siebie, gwiazdorstwo - zachowywali się niczym "młodzi bogowie". Tacy ludzie odniosą sukces w życiu, przez życie przejdą bez większych przeszkód. Dorobią się, zwiedzą świat, założą rodzinę, będą zdrowi, będą mieli mnóstwo znajomych, a laluś pewnie zostanie szanowanym psychologiem. Dlaczego życie jest tak niesprawiedliwe?

Co ciekawe, toalety w pociągu TLK Kościuszko są zamknięte na terenie Warszawy. Konduktorzy zapomnieli otworzyć niektóre z nich i część toalet, w tym jedyna toaleta w wagonie bezprzedziałowym, była nieczynna przez całą podróż.

Na widok lalusia i młodych konduktorów zbierało mi się na wymioty, przez całą podróż wpatrywałem się więc w okno, starając się nie myśleć o tym wszystkim. Pociąg nadrobił w trasie prawie dwudziestominutowe opóźnienie, na stacje po drodze (Włoszczowa Płn. i Opoczno Płd.) przyjechał przed czasem i stał jakiś czas na peronie. Podróż na szczęście minęła bardzo szybko, do Krakowa przyjechaliśmy punktualnie.

W Krakowie przesiadłem się na EN57 do Oświęcimia. Przechodząc przez dworzec z peronu na peron zdumiał mnie widok pozamykanych sklepów i lokali na dworcu Kraków Główny. Zawsze panuje tu duży ruch, tunel tętni życiem, a w Wielkanoc podróżnych jest całkiem dużo, a nie widzę żadnego czynnego lokalu.

Powrót do Oświęcimia to nic przyjemnego. Z Krakowa do Trzebini pociąg się wlecze, jadąc ponad godzinę. Później jest dużo lepiej, choć prędkość nie powala. Nienawidzę podróży na odcinku Trzebinia - Kraków. Chociaż trwa godzinę, to bardzo męczy.

Przed Trzebinią zaczął zapadać zmrok. Do Oświęcimia przyjechałem o 19:45. Do domu na 3 km na piechotę.

Podsumowanie


Po raz drugi podróżowałem w Wielkanoc, mimo to planując podróż popełniłem dwa błędy:

- nie wziąłem zatyczek do uszu.
- wracałem w niedzielę, spodziewając się tłoku w poniedziałek. Jak się okazało, największy tłok był we wtorek i w środę, czyli w dni, kiedy nie obowiązywał Bilet Weekendowy. Mogłem więc wrócić dzień później.

Ważny jest też pewien szczegół: Bilet Weekendowy na Wielkanoc wprawdzie obowiązuje dzień dłużej, ale duża część tańszych obiektów noclegowych i dyskontów jest zamknięta, więc to, co oszczędzi się na bilecie, traci się na droższy nocleg lub droższe jedzenie. Oczywiście jeżeli ktoś ma zdrowie, to śpi w pociągu, ale w moim przypadku starość nie radość i nie byłem pewien, czy miałbym siły na nocki w pociągach.