Świat Podróży Kolejowych

Obserwuj nas


Mapa odwiedzin


Statystyki od 25.04.2017 r.

Free counters!

POMORZE 2014


Strona główna --> Moje podróże
Spis treści:
Dzień 1 - Bydgoszcz
Dzień 2 - Gdynia, Władysławowo, Hel
Dzień 3 - Gdynia, Gdańsk, Sopot, Tczew, Elbląg
Dzień 4 - Olsztyn, Malbork
Dzień 5 - Wrocław
Dzień 6 - Powrót do Oświęcimia

Dzięki występom reprezentacji Kostaryki na Mistrzostwach Świata w piłce nożnej w Brazylii, udało mi się zebrać pieniądze na podróż z tygodniowym biletem sieciowym Przewozów Regionalnych. Postanowiłem zwiedzić trochę miast, a celem podróży było dotarcie do Helu i zamoczenie nóg na tamtejszej plaży. Wiem, że brzmi dziwnie, ale rozkład jazdy oraz plan podróży nie pozwalały na zbyt nywiele. Jak pokazało życie, po raz kolejny musiałem trochę zmienić plany, powodem był upał panujący przez całą podróż. Przy wysokiej temperaturze zwiedzanie miast oraz podróż nie są tak przyjemne, jak można by tego oczekiwać. Nie mam zamiaru ścigać się z innymi podróżnikami w liczbie zwiedzonych miast, więc zwiedziłem trochę mniej niż planowałem. Ale ogólnie podróż wypadła bardzo dobrze.

Dzień 1 - Bydgoszcz (22.07.2014 - wtorek)



Pierwszego dnia zamierzałem dojechać do Bydgoszczy, gdzie miałem zarezerwowane miejsce w schronisku młodzieżowym. Musiałem wyjechać o 06:39 do Katowic, następnie przesiąść się do pociągu IR "Pirania", a później miałem jeszcze dwie przesiadki w Poznaniu i Inowrocławiu.

Na oświęcimskim dworcu zauważyłem grupę śpiących skośnookich turystów (nie używam tego określenia jako rasistowskiego, ale żeby określić wygląd, nie potrafiłem bowiem zidentyfikować narodowości). Dzień wcześniej zakup biletu sieciowego tygodniowego imiennego zajął mi ponad 15 minut, bowiem kasjerka nie znała kodu oferty (to tradycja w przypadku tego biletu, gdziekolwiek go kupuję), dziś nie musiałem się martwić o kupno dokumentów uprawniających do przejazdu. Udałem się na peron. Około 06:32 podjechałe EN57 relacji Czechowice-Dziedzice w wersji full plastic. Pociąg odjechał 7 minut później. Obłożenie średnie. Do Katowic przyjechał z ośmiominutowym opóźnieniem i i zamiast 18 minut, zostało mi tylko 10 minut na kupno pieczywa. Kupiłem dwie kanapki za 4,99 zł każda w dworcowej piekarni. Gdybym miał czas, poszedłbym do oddalonej o 5 minut marszu innej piekarni, gdzie te same kanapki kosztują 3,5 zł za sztukę. Niestety nie miałem czasu i musiałem przepłacić.

Pociąg IR "Pirania" przyjechał i odjechał punktualnie. Skład zestawiony z lokomotywy tzw. "Czekoladki" i trzech wagonów piętrowych Bdhpumnx bez problemu pomieścił podróżnych, nie sprawdziły się artykuły o tłoku panującym w tym pociągu. Może dlatego, że to wtorek. Miałem wygodne miejsce, obok mnie siedziała sympatyczna para młodych osób, która przeszła z innego wagonu z powodu zachowania jakiegoś rozbrykanego dziecka. Pociąg IR "Pirania" jedzie dziwną trasą. Najpierw z Katowic do Bytomia, potem z Bytomia do Gliwic przez Bytom Bobrek, aby za Pyskowicami skręcić na Lubliniec. Potem jedzie normalnie do Świnoujścia. Do Ostrzeszowa podróż bardzo nużąca - poza kilkoma wyremontowanymi odcinkami pociąg wlókł się z prędkością 30-40 km/h, dopiero za Ostrzeszowem przyspieszył i jechało się bardzo wygodnie. Na dworze upał, z początku w wagonie również, dopiero po uporaniu się z charakterystycznym dla tego typu wagonów problemem z otwieraniem okna i przyspieszeniu pociągu, przyjemne powiewy powietrza wpadającego przez okna przyniosły ulgę.

W Poznaniu trzydzieści minut na przesiadkę. Wystarczyło na zakup drożdżówek - w jednej z piekarni niepotrzebnie zakupiłem pizzerkę za 3 złote (ohydna), a później zauważyłem, że tuż obok jest słabo widoczna piekarnia przy dawnym zejściu ze starego dworca - w tej piekarni za 1,80 kupiłem pyszną drożdżówkę. Trzeba uważać w podróży, przez pośpiech można dokonać złych zakupów. Nic w tym złego - przede mną były jeszcze trzy godziny podróży, więc musiałem mieć coś do jedzenia. Obawiałem się tłoku w pociągu do Inowrocławia o 15:16, na szczęście moje obawy nie spełniły się. Udało mi się znaleźć nawet wolne miejsce, a za Gnieznem zrobiło się luźno. W Inowrocławiu przesiadłem się do zestawionego z dwóch EN57 pociągu do Bydgoszczy - w środku tylko kilka osób, natomiast na stacji Chmielniki dosiadło się sporo młodzieży w wieku 14-15 lat. Pomiędzy Chmielnikami a Bydgoszczą niebo zasnuły chmury, a przez jakiś czas lało jak z cebra. Kiedy przyjechałem do Bydgoszczy, było pochmurno, duszno, ale nie padało.

W Bydgoszczy niedawno zburzono budynek dworca głównego, obecnie funkcjonuje dworzec tymczasowy, a dojście do peronów sprawi ogromną trudność osobom niepełnosprawnym, matkom z wózkami dziecięcymi raz osobom z bagażami, nie ma bowiem wind, ani najprostszych udogodnień ułatwiających poruszanie się po stromych i wąskich schodach. Zamierzałem fotografować pociągi, a tymczasem przez większość czasu pomagałem we wnoszeniu rowerów i wózków dziecięcych. Podobnie następnego dnia.

Z dworca udałem się do Szkolnego Schroniska Młodzieżowego, położonego bardzo blisko, lecz w niezbyt ładnej okolicy. Miałem zarezerwowane miejsce w trzyosobowym pokoju, na koniec dostałem miejsce w pokoju dwuosobowym, w którym byłem sam. Szkoda, że tylko przez jedną noc, bowiem pokój był piękny. Ceny w tym schronisku są stosunkowo wysokie, do 31 sierpnia 2014 roku trwa promocja, dzięki czemu są takie, jak być powinny i mogłem sobie pozwolić na wydanie 39 złotych za noc. Czyściutko, wygodnie, telewizor z dekoderem cyfrowym - czego chcieć więcej? Obsługa na recepcji również bez zarzutu.

Następne dwie i pół godziny przeznaczyłem na spacer po centrum Bydgoszczy. Zza chmur wyszło słońce, zrobiło się bardzo przyjemnie. W centrum po raz ostatni byłem w 2005 roku, a od tego czasu sporo się zmieniło. Po dojściu do Brdy poszedłem bulwarami nad tą rzeką w stronę Wyspy Młyńskiej, po przejściu wyspy pospacerowałem po Starym Rynku, doszedłem do Kościoła pw. św. Piotra i Pawła, skąd przez park im. Kazimierza Wielkiego doszedłem do Pałacu Młodzieży. Potem spacer z powrotem. Zaskoczyła mnie atmosfera na Wyspie Młyńskiej i w okolicach Starego Rynku - mnóstwo ludzi, przyjemnie, wszystko odnowione. Chwilę posiedziałem delektując się atmosferą, ale dochodziła 21:00, trzeba było zjeść i wracać do hotelu. Z jedzeniem pojawił się problem, tańsze jadłodalnie z tradycyjnym jedzeniem były czynne do 19:00 lub 20:00, przed 21:00 mogłem zjeść coś w droższych restauracjach, tańszych bistrach azjatyckich, gdzie nikogo nie było lub skonsumować jakiegoś fast-fooda. Ostatecznie zdecydowałem się na kebaba w barze "Bosfor". Wziąłem na wynos, bo w lokalu było duszno, a miejsca w ogródku zajęte. Klientela to głównie dresiarze i koksy. Kebab przeciętny, ani zły, ani jakiś wybitny. Jedzenie niezbyt zdrowe, lecz raz na tydzień lub rzadziej można zjeść. Kebaba konsumowałem na ławeczce na bulwarze nad Brdą. Choć potrawa nie należy do najsmaczniejszych, przechodzący pies bardzo chciał spróbować, jednak właściciel szybko przywołał go do porządku.

Po 21:00 wróciłem do schroniska. Jak pisałem, pokój był bardzo wygodny. W nocy nad ranem obudziły mnie mewy - brak słów, aby opisać, jak drą się te ptaki. Na szczęście pomogło zamknięcie okna, rano obudziłem się rześki i wypoczęty.


Bydgoszcz

Pokój w bydgoskim schronisku

Dzień 2 - Bydgoszcz, Gdynia, Władysławowo, Hel (23.07.2014 - środa)



Na drugi dzień mojej wycieczki zaplanowałem zwiedzanie Chojnic, Kościerzyny i Kartuz, a na koniec przejazd do Gdyni, gdzie zamierzałem spędzić noc. Niestety, już o 07:00 panował taki upał, że o zwiedzaniu można było zapomnieć. Postanowiłem więc pojechać prosto do Gdyni, a stamtąd do Władysławowa i na Hel.

Ze schroniska wyszedłem przed 08:00, bowiem nie wiedziałem, o której jedzie IR Lazur do Gdyni. Jak się okazało, jechał dopiero po 10:00. Do tego czasu siedziałem głównie na dworcu tymczasowym, a czasami pomagałem znieść lub wnieść wózek po schodach prowadzących na perony. Na zwiedzanie było za gorąco. Dworzec tymczasowy to zwykły kontener. W środku całkiem przyjemnie, kasy, siedziska, dwa automaty z przekąskami i napojami, darmowa toaleta (w męskiej jedna kabina + dwa pisuary, w damskiej nie byłem). Jako informatorki pracują dwie młode, ładne studentki. Przyjemna atmosfera zostaje zakłócona, kiedy jedna z pasażerek chce podejść do kasy PKP Intercity omijając "system jednej kolejki". Inny pasażer dostaje szału. Oczywiście nie jest powiedziane, że zrobiła to celowo, bowiem jeżeli ktoś rzadko podróżuje, może się pomylić, dlatego niepotrzebne są te wszystkie nerwy.

Po 10:00 na dworcu robi się tłoczno. Wkrótce odjadą pociągi TLK do Warszawy i Lublina, Katowic oraz IR Lazur do Gdyni. Jadę tym ostatnim. Jako pociąg InterREGIO Lazur kursuje zwykły, niezmodernizowany EN57. Frekwencja wysoka, do Gdańska stoję w przedsionku. Podróż mija dość szybko, bowiem niedawno wyremontowano tory. Od stacji Smętowo Lazur jedzie jako pociąg kategorii REGIO. W Sopocie wsiada rodzina ze spokojnym, około dwuletnim dzieckiem na wózku oraz przerażonym, płaczącym około pięcioletnim chłopcem poruszającym się samodzielnie. Dwulatek siedzi spokojnie, natomiast ten starszy jest przerażony i wciąż krzyczy do ojca "powiedz panowi, żeby jechał wolno". Jak wyjaśnia zdumionym pasażerom ojciec dziecka, chłopiec po raz pierwszy w życiu jedzie pociągiem. Jak tylko pociąg rusza, przestaje krzyczeć i siedzi cicho. Do Gdyni dojeżdżamy o 12:51.

Do odjazdu pociągu Gdynia - Hel zostało 70 minut. Idę na szybki spacer po Gdyni. Dochodzę do okrętu ORP Błyskawica pełniącego funkcję muzeum i muszę wracać z powrotem na dworzec. Pociąg Gdynia - Hel odjeżdżający o 14:00 zestawiony jest z szynobusu i doczepionego wagonu typu bonanza, przystosowanego do przewozu rowerów. Zarówno szynobus, jak i wagon są zapełnione w stu procentach, część osób stoi. Po drodze dosiadają się inni pasażerowie, w tym małżeństwo z rowerami (na oko 35 lat) - oboje przez całą podróż rozmawiają przez komórki, pozostali pasażerowie są zmuszeni do wysłuchiwania ich rozmów na prywatne tematy. Poza tym Podróż szybka, płynna i przyjemna. Tuż za Puckiem widać morze. Na stacjach mijamy dwa pociągi zestawione z lokomotywy spalinowej i wagonów piętrowych typu Bhp (popularna Bip-a). Do Władysławowa dojeżdżamy o 14:54, tłum na peronie przepycha się do pociągu, skutecznie uniemożliwiając wyjście pasażerom. Jak tylko podniosłem się z siedzenia, wspomniane małżeństwo z rowerami rzuciło się na moje miejsce gwałtownie niczym piranie na ofiarę (tzn. oni bez rowerów, rowery mieli przypięte na specjalnych miejscach w wagonie). Takiej walki o miejsca dawno nie widziałem. Z drugiej części peronu odjeżdża pociąg do Gdyni.

110 minut mogłem przeznaczyć na zwiedzanie Władysławowa. Ograniczyło się ono do pójścia na plażę, zamoczenia nóg w morzu i zakupów w "Biedronce". Z jednej strony Władysławowo określane jest przez media jako polska stolica szmiry i tandety, z drugiej w sezonie jest tam całkiem przyjemnie. Sporo budek z lodami, smażalni ryb, bardzo ładna plaża. Dla mnie najpiękniejszym przeżyciem było moczenie nóg w morzu - niesamowite uczucie, kiedy woda obmywa nogi. Do tego patrzy się na fale, kapiących się wczasowiczów, człowiek aż ma ochotę rzucić się do wody. Zazdrościłem wypoczywającym. Wrażenie psuje drożyzna, na przykład 2 złote za skorzystanie z cuchnącego toi-toia przy wyjściu z plaży. Ogromny kontrast z tym, co czuje się wypoczywając na plaży. Inna sprawa, że nigdy wcześniej nie moczyłem nóg w morzu, ani nie stałem na plaży (choć morze i ocean kilka razy widziałem), więc mogłem to odebrać inaczej. Na koniec zakupy w "Biedronce" - 5 minut na zakupy, 25 minut w kolejce do kasy.

O 16:47 odjeżdżał pociąg do Helu. Ku mojemu zaskoczeniu przyjeżdża skład z wagonami piętrowymi - przejechanie się nimi po linii helskiej było jednym z moich marzeń. W środku luźno, dosiadł się do mnie miłośnik kolei jadący do Helu do pracy przy sprzątaniu wagonów. Pociąg jedzie szybko, krajobrazy za oknem przepiękne, w niektórych miejscach z okien widać morze - dla samych tych widoków warto było jechać.

W Helu miałem niecałą godzinę na zwiedzanie. Co mnie zaniepokoiło - po wjechaniu pociągu na peron, pasażerowie zajmują miejsca w wagonach, choć do odjazdu prawie godzina. Nie zdążyłem nawet sfotografować dolnego pokładu wagonu Bhp, bo już w środku było sporo podróżnych - w każdej z sekcji czterosekcyjnej Bip-y. Ale nic, poszedłem na plażę, przez 10 minut pomoczyłem nogi w morzu, po czym czas na szybkie zakupy w niedrogim "Polo Markecie" (razem z "Biedronką" okazał się najtańszym sklepem podczas podróży) i powrót na pociąg. Na peronie jestem około 25 minut przed odjazdem. Wagony już pełne, ludzie stoją w przedsionkach. Idę to dworcowej toalety. Szkoda mi 2 zł, lecz jest jasne, że w pociągu nie uda się skorzystać z toalety. 15 minut przed odjazdem wsiadam do pociągu. Coraz więcej ludzi, nakręciłem krótki filmik. Kiedy odjeżdżamy, ludzie są poupychani niczym sardynki. Niesamowity tłok, strach pomyśleć, co by było, gdyby na trasę puścili szynobus z doczepionym wagonem. Najlepszy jest widok na stacji Władysławowo Port. Sporo podróżnych wysiada i tłumnie idą w krzaki za mniejszą potrzebą. 10 mężczyzn siusiających w rzędzie śmiesznie wygląda z okien pociągu. We Władysławowie wysiada zdecydowana większość podróżnych i robi się luźno. Zająłem miejsce na górnym pokładzie. Podróż przyjemna, w Pucku pociąg złapał opóźnienie z powodu mijanki ze spóźnionym TLK Doker. Do Gdyni dojechaliśmy około 21.


Pociąg z Gdyni do Helu

Helska plaża

Poszedłem na nocny spacer po centrum Gdyni. Jak na tak duże miasto, w centrum raczej pustawo. Toalety publiczne pozamykane, w restauracjach mało ludzi, tylko nieliczne osoby spacerują po Nabrzeżu Pomorskim, ewentualnie w budkach gastronomicznych przy Skwerze Kościuszki i Alei Jana Pawła II można spotkać grupki turystów. Spodziewałem się zupełnie innego widoku. Po 22:30 powrót na dworzec. Po drodze wypadałoby coś zjeść - jakiś lekki, a zarazem pożywny posiłek. Moją uwagę zwraca ładnie urządzony i oświetlony lokal "Zapiekanka Gdyńska". Oprócz zapiekanek mają też w ofercie ciepłe kanapki. Zapiekanka na noc nie jest zbyt dobra, więc wybieram kanapkę na ciepło z kurczakiem. Cena wysoka - 12 złotych, chcę ją jednak porównać z podobnymi kanapkami sprzedawanymi np. na stacjach benzynowych. Po pięciu minutach dostaję kanapkę. Przypomina bardziej kebaba w bułce. Jest ciepła, w środku dużo warzyw, sałatek, natomiast plasterki kurczaka są mikroskopijne. Kanapka smaczna, lecz znów przepłaciłem i to sporo. Sam lokal bardzo ładny, tylko toaleta dziwna - dla klientów bezpłatna, dla innych osób skorzystanie kosztuje aż 5 złotych. Trochę przesada.

Około 23:00 wróciłem na dworzec. Wypatruję potencjalnych miejsc do spania. Na jednym z siedzisk śpi na oko 50-letni łysiejący mężczyzna w krótkich spodenkach i białej, rozpinanej koszuli w cienkie paski. Po chwili ochroniarze budzą go najpierw zwykłym uszczypnięciem w twarz, potem uszczypnięciem w nos. Na koniec dostaje "plaskacza", a jak to nie pomaga, wyprowadzają go z dworca mimo oporu. Ludzie są oburzeni, ale jak się później przekonałem, powinni go jeszcze ostrzej potraktować. Po odjeździe pociągów nocnych TLK na południe, hala główna opustoszała.

Przed północą biorę prysznic w dworcowym szalecie - cena 12 zł. Niestety, nie dają ręcznika, ani szamponu. Na dworcu oprócz mnie nocuje jeszcze 6 osób, dwaj dziwni mężczyźni w średnim wieku, para w wieku ok. 20 lat, a także dwaj z wyglądu dresiarze. Dresiarze rozkładają się na siedzisku, robię to samo. Za chwile przychodzi opisywany wcześniej osobnik, którego ochroniarze wyrzucili z dworca - oferuje do sprzedaży smartfon, bowiem potrzebuje na alkohol. Nietrudno się domyślić, że ktoś inny ten smartfon stracił. Tuż po pierwszej w nocy ochroniarz budzi wszystkich śpiochów - nie pozwala leżeć, więc trzeba będzie spać w niewygodnej pozycji. Około 01:45 wszystkich budzi bójka przy dworcowym Mc Donaldzie. Trzydziestoletni mężczyzna bije niewidocznego dla nas człowieka. Ochroniarz z Mc Donalds'a zamyka drzwi do lokalu, przybiega jeden z ochroniarzy dworcowych. Trzydziestolatek krzyczy, że pobity próbował ukraść mu rower, tamten zaprzecza, ochroniarz tylko się uśmiecha. Za chwile wszyscy patrzymy przez szyby, kto chwiejnym krokiem wychodzi z dworca - pobity to nikt inny, jak dwukrotnie już opisywany mężczyzna wyrzucony wcześniej przez ochroniarzy z dworca. Pozostała część nocy na gdyńskim dworcu głównym mija spokojnie. Nic się nie dzieje, co jakiś czas przejdzie jakiś zabłąkany pasażer. Trochę się wyspałem. Na tyle, aby następnego dnia zwiedzić inne miasta.

Dzień 3 - Gdynia, Gdańsk, Sopot, Tczew, Elbląg (24.07.2014 - czwartek)



Trzeci dzień mojej podróży rozpocząłem porannym spacerem po Gdyni. Tradycyjna trasa po pustych ulicach, z towarzyszącym wrzaskiem niezliczonych mew unoszących się w powietrzu. O 07:19 wsiadłem do pociągu Gdynia - Bydgoszcz. Poranne połączenie obsługuje klimatyzowany EN57 w standardzie AL . Osobiście nie lubię serii AL, niby są ładne, ale jakoś nie przekonują mnie. Poza tym w tak pojemnym pojeździe jest tylko jedna toaleta z obiegiem zamkniętym - jeżeli się zepsuje, nie ma żadnej. Ponadto zauważyłem, że ludzie nie potrafią się w niej zamknąć. Już podczas dwóch przejazdów różnymi pojazdami byłem świadkiem sytuacji, że ktoś otworzył drzwi do zajętej toalety.

Do Gdańska dojechaliśmy punktualnie o 07:53. Zaczęło przygrzewać, więc na zwiedzanie centrum Gdańska postanowiłem przeznaczyć jedynie dwie godziny. Niby mało, ale w zupełności wystarczyło na obejście najważniejszych miejsc. Jak to często bywa, zwiedzałem idąc tam, gdzie mnie nogi poniosą, czyli bez spojrzenia na plan miasta. Trochę błądząc dotarłem w końcu na Targ Rybny, skąd już łatwo było się dostać Długim Pobrzeżem na most nad Motławą, skąd rozpościera się dobrze znany wszystkim pocztówkowy widok ze słynnym Żurawiem. Powrót na dworzec przez Długi Targ do Bramy Wyżynnej, a stamtąd z powrotem na dworzec. Centrum Gdańska jest piękne, fotogeniczne, jedynie upał dokuczał. Z drugiej strony nie było jeszcze tłumów turystów.

Z Gdańska o 09:48 pojechałem pociągiem REGIO "Tur" do Sopotu. Po raz kolejny miałem okazję przejechać się piętrową "Bip-ą", ze względu na wysokie obłożenie nie mogłem jednak robić zdjęć wnętrz. W Sopocie wysiadłem o 10:04. Chciałem sfotografować dworzec, ale w tym mieście dworca nie ma, są tylko perony i wyjście na miasto. Przy stacji od dawna trwa budowa dużych obiektów, ale nie wiem, co tam będzie. Ze stacji spacer tradycyjną trasą - ulicą Bohaterów Monte Cassino, czyli popularnym "Monciakiem" do sopockiego molo, przy czym zrezygnowałem z wejścia na molo, bowiem od 08:00 do 23:00 wstęp jest płatny - wejście kosztuje 7 złotych. Może innym razem, w innych godzinach. Ograniczyłem się do wejścia pod molo. Deptak mnie rozczarował. Niby jest ładnie, ale spodziewałem się czegoś lepszego. Natomiast na plaży było zupełnie inaczej. Bardzo fajna atmosfera, trochę brudna woda, lecz moczenie nóg i fale to balsam na moją duszę. Słońce grzało niemiłosiernie, dlatego zwracałem uwagę na ceny produktów typu lody, napoje itp. Niestety, w Sopocie jest bardzo drogo, więc moje zakupy zakończyły się na kupnie drożdżówki w piekarni w bocznej uliczce po normalnej cenie.


Gdańsk

Plaża w Sopocie

O 11:45 odjazd do Tczewa. W Tczewie zatrzymuje się dużo pociągów dalekobieżnych, jednak bardzo mało osób wybiera się na spacer po mieście. Przed dworcem nie ma planu miasta, a z tego, który znajduje się przy jednym ze skrzyżowań, niewiele można wyczytać. Niestety, nie zapamiętałem mapy Google i poszedłem w niewłaściwą stronę, więc trochę pobłądziłem, zanim dotarłem do centrum. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie upał. Miałem dosyć, miałem już wracać na dworzec, jednak w końcu udało mi się dojść do centrum. Centrum jest nieduże, ale ma swój urok. Mnie się podobało. Wprawdzie niewyremontowany Rynek psuje trochę wrażenie, lecz ogólnie Tczew prezentuje się nieźle. Charakterystyczne budynki to urząd miejski i poczta. Szybki spacer dookoła centrum zajmuje około 20 minut. Nie miałem czasu na zejście na Bulwary nad Wisłą. Kolejne 20 minut musiałem poświęcić na powrót na dworzec. Po drodze wstąpiłem do położonej tuż przy dworcu "Galerii Kociewskiej", gdzie skorzystałem z toalety, bowiem w całym centrum Tczewa nie znalazłem szaletu. Na koniec obiad w kultowej restauracji bez nazwy na tczewskim dworcu kolejowym. Restauracja nie jest już taka tania jak kiedyś, ceny w porównaniu do mojego miasta są wręcz wysokie, ale trzeba przyznać, że gotują bardzo dobrze. Danie dnia to roladki z mięsem, przy czym na talerzu jest jedna roladka, ziemniaki i surówka. Całość kosztuje 10 zł. Porcja duża, smaczna, syta, nie ma na co narzekać. O wiele lepsze niż fast foody.

Pociąg do Elbląga, planowy odjazd o 14:42, przyjechał opóźniony o 15 minut, więc bałem się, czy zdążę na przesiadkę. W środku tłok, poszedłem na koniec pociągu. Stanąłem przy toalecie, zajrzałem do ostatniego przedziału i przedziału służbowego lub dla podróżnych z większym bagażem - tam robotnicy wracający z pracy urządzili sobie imprezę - papieroski, piwko itp. Podobno to normalne w pociągach w tym rejonie i zdarzało się zawsze, kiedy jechałem tą trasą. Poza tym jeździ tam sporo dresiarzy. Za Malborkiem zwykle robi się luźniej i spokojniej. W Malborku wyskoczyłem z pociągu i biegnę tunelem na przesiadkę, bowiem myślałem, że pociąg przy bocznym peronie to pociąg do Elbląga. To był jednak tylko odstawiony pociąg, a do Elbląga jechał ten sam pojazd, co z Gdyni do Malborka, chociaż w rozkładzie jazdy są to dwa pociągi. Przebiłem się przez tłum pasażerów udających się tunelem w stronę wyjścia i zdążyłem wskoczyć do pociągu tuż przed odjazdem. Przed 16:00 dotarłem do Elbląga.

W Elblągu miałem zarezerwowany nocleg w Bursie nr 2. Początkowo planowałem spędzić tam trzy noce, lecz Gdańsk Sopot i Tczew zwiedziłem już teraz, więc skróciłem pobyt do dwóch. W mieście są trzy bursy szkolne oferujące noclegi w wakacje w cenie od 25 do 35 złotych za noc. Wybrałem Bursę nr 2, bowiem można zamówić pokój jednoosobowy. Wprawdzie kosztuje to 35 złotych, ale jesteście sami w pokoju, a ja bardzo lubię spokój. Jak podaje strona internetowa bursy, obiekt znajduje się niedaleko dworca kolejowego i centrum miasta. Kiedy pierwszy raz szedłem z dworca, wydawało mi się, że trwa to całą wieczność, natomiast za drugim i trzecim razem wydawało się blisko. Spacer na dworzec trwa około dziesięciu minut. Do centrum wydaje mi się trochę dalej, zresztą centrum Elbląga to temat na osobne rozważania. W każdym razie na początek poszedłem do bursy wypakować trochę bagażu z plecaka. Po załatwieniu formalności dostałem klucz do pokoju. Pokój całkiem ładny - czteroosobowy dla jednej osoby, na drzwiach widniały nazwiska trzech uczennic, dzielących ten pokój w czasie roku szkolnego. Pod względem czystości i komfortu nie było na co narzekać, łóżko wygodne, szafki też ładne, jedynie można się przyczepić do łazienki - nie miały lśniących kafelków, a kabiny prysznicowe były nietypowe, ale też nie było źle. Ja dziwnie się czułem idąc do damskiej łazienki, lecz przecież to damski internat. Zalety to cisza, spokój, położenie i sklep "Biedronka" tuż pod bursą. Najbardziej jednak podobała mi się pani na recepcji i inna pani, podobno studentka mieszkająca w bursie (obie bardzo sympatyczne) . Na przyszłość będę musiał zainwestować w lepszy plecak, bo do mojego nie mieści się golarka i kosmetyki, przez co po kilku dniach wyglądam jak żul, a czasami chciałbym zrobić dobre wrażenie. Po dwudniowym pobycie oceniłbym tę bursę na 7,5/10.; Nie spodziewajcie się luksusów, natomiast cena 35 zł za nocleg w jednoosobym pokoju w tym rejonie to bardzo dobra oferta. Gdybym mógł, zostałbym dłużej, bo dobrze mi się tam spało.

Elbląg trochę zwiedziłem już rok temu podczas innej podróży. Wtedy zdążyłem tylko przejść z dworca kolejowego do centrum i z powrotem. Obecnie miałem więcej czasu, więc poszedłem na dłuższy spacer. Do centrum doszedłem idąc przez osiedle czteropiętrowych bloków a później przez dzielnicę, która wyglądała na dzielnicę zakazaną. Potem jeszcze jedno blokowisko i znalazłem się przy głównej ulicy, a potem, po minięciu malowniczego odcinka torów tramwajowych, wiedziałem, dokąd się udać. Dzisiejsze centrum Elbląga niezbyt przypomina to sprzed drugiej wojny światowej, lecz może się podobać. Nawet nowe budynki wybudowano w charakterystycznym stylu. Moim zdaniem ładne miasto, aczkolwiek zajmujące dużą powierzchnię w stosunku do liczby mieszkańców i łatwo się w nim zgubić, czego doświadczyłem. Na szczęście na pytanie o drogę mieszkańcy Elbląga okazali się wyjątkowo pomocni, miałem wrażenie, że zaraz zbierze się tłum i każdy będzie mi chciał pokazać, którędy iść. Nie udało mi się natomiast dojść do stacji Elbląg Zdrój. Pamiętałem, którędy mam iść na podstawie mapy, ale szedłem, szedłem i nic, a słońce dawało się we znaki. Doszedłem za Kaufland i jak sprawdzałem później na mapie, musiałbym iść jeszcze 1200 metrów. Nie chciało mi się. Zrobiłem zakupy, pochodziłem po centrum, po czym zmęczony wróciłem do bursy, gdzie szybko zasnąłem.


Rynek w Tczewie

Pokój w elbląskiej bursie

Dzień 4 - Olsztyn, Malbork (25.07.2014 - piątek)



Dość nudny dzień i bardzo męczący - ze względu na upał. Do Olsztyna pojechałem pociągiem odjeżdżającym z Elbląga o 08:05. Prędkość szlakowa przyzwoita, problemem było zajęcie miejsca w cieniu. Połączenie obsługiwał zwykły EN57, bez żadnej modernizacji. Z Elbląga do Olsztyna pociąg jedzie godzinę i 45 minut, a odległość wynosi 98 kilometrów. W rzeczywistości odnosi się wrażenie, że prędkość jest wyższa, niż wynika to z rozkładu. Po drodze ładne krajobrazy - lasy, pola, drogi, pastwiska - wszystko ma swój urok. Do Olsztyna dojechaliśmy przez dziesiątą.

Sfotografowałem najważniejsze miejsca na olsztyńskim dworcu głównym, kupiłem drożdżówkę i kanapkę, po czym wyruszyłem na miasto. Z dworca głównego do centrum jest dość daleko i kilkakrotnie myślałem o zrezygnowaniu ze zwiedzania właśnie z powodu upału. Nie miałem nakrycia głowy, a słońce, mimo wczesnej pory, grzało niemiłosiernie. W pewnym momencie nawet zrobiło mi się słabo i bałem się, że to udar słoneczny, na szczęście pomogła wizyta w klimatyzowanym centrum handlowym oraz wypicie dwóch butelek wody mineralnej schłodzonych w lodówce, mimo wysokiej ceny supermarkecie "Alma". Postanowiłem chociaż zobaczyć rynek, bowiem o dłuższym zwiedzaniu nie było mowy. Wcześniej planowałem dojście na dworzec zachodni, jednak przy takiej temperaturze nie wchodziło to w grę.

Pospacerowałem jedynie po ścisłym centrum Olsztyna - zwiedziłem rynek i przyległe uliczki. Resztę postanowiłem odpuścić. Od mojej wizyty 9 lat temu niewiele się zmieniło. Centrum ładne, choć ogólne wrażenie psuli menele zaczepiający ludzi na deptaku. Sporo turystów, wśród miejscowych sensację wzbudzała grupa młodych turystów z Tajwanu. Po krótkim spacerze udałem się do apteki, aby na wszelki wypadek kupić lek nawadniający, który może pomóc w przypadku osłabienia spowodowanego wysiłkiem fizycznym podczas upału. Zapłaciłem 13,50 zł - cena mnie zszokowała. Jak sprawdziłem w internecie - lek można kupić od 9,99 zł ale są też sklepy lub apteki, gdzie kosztuje 23,50 zł . Różnice w cenach spore. Chwilę posiedziałem w galerii handlowej, później powrót na dworzec.

Na dworcu głównym zrobiłem kilka zdjęć. Po chwili spostrzegłem ochroniarza idącego w moim kierunku. Chciałem przejść obok niego, ale zaczepił mnie "A pan co tutaj tak biega i każdemu robi zdjęcia?". Wyjaśniłem, o co chodzi, on stwierdził, że to nie do końca legalne. Nie mialem ochoty na kłótnie i obiecałem, że nie będę już robił zdjęć. Więcej się nie czepiał. Na zakończenie pobytu w Olsztynie kupiłem zapiekankę w budce przy dworcu, na której widnieje napis "słynne olsztyńskie zapiekanki". Przez cały czas jest tam kolejka. Zapiekanka kosztowała 4,4 zł . Tak naprawdę nie różniła się od innych, smakowała przeciętnie, nie wiem, co w tych zapiekankach jest niezwykłego.

Z Olsztyna jechałem do Malborka z przesiadką w Elblągu. Początkowo w Malborku planowałem spędzić 3,5 godziny, przy tym upale zdecydowałem się skrócić wizytę. W pociągu do Elbląga siedziałem pechowo tak, że na moją stronę świeciło słońce, a po drugiej stronie był cień. Jakoś wytrzymałem. Od Elbląga do Malborka siedziałem w cieniu. W Malborku zaskoczył mnie dworzec kolejowy. Budynek pięknie wyremontowany, lecz w środku ciemny i pusty. Dwie kasy biletowe, jakieś biuro i tyle. Poczekalnia nieoświetlona, zresztą w holu też oszczędzają na oświetleniu, kilka skrzynek bagażowych, w sąsiednim budynku toaleta. Do tego sklep 1minute, gdzie wchodzi się z boku. Naprawdę dziwny kontrast. Z jednej strony piękny dworzec, z drugiej pustka. Do tego dziwny fetor unoszący się w powietrzu nie tylko przy dworcu. Przez ten odór z początku myślałem, że wdepnąłem w kał, porobiłem się, albo puszczam takie śmierdzące bąki, w końcu zauważyłem, że smród staje się intensywny w pobliżu studzienek kanalizacyjnych.

Sam Malbork kojarzy się słusznie z potężnym zamkiem krzyżackim, który widziałem jedynie z zewnątrz. Ogromna budowla, warto zobaczyć plakat ze zdjęciem zniszczonego zamku z 1945 roku stojący przy wejściu i porównać ze stanem obecnym. Poza szlakiem turystycznym z dworca do zamku, zabudowa to głównie posępne blokowiska. W okolicach zamku, jak również za rzeką Nogat znajdziecie sporo terenów zielonych i ścieżek spacerowo-rowerowych. Niestety, upał i czas nie pozwoliły mi na dłuższe zwiedzanie. Nie znalazłem także niedrogiej i dobrej jadłodalni. Pojechałem więc na obiad do Tczewa.

W Tczewie spędziłem 50 minut. Przez ten czas zdążyłem skorzystać z toalety w "Galerii Kociewskiej", zjeść smaczny obiad w dworcowej restauracje (filet z tilapi za 10 zł) oraz kupić dróżdzówki w dworcowej piekarni. Jeszcze wcześniej, tuż po moim przyjeździe, na jeden z peronów przyjechał "Tur" do Chojnic zestawiony z wagonu piętrowego Bhp i wagonu typu "Bonanza". Znów nie udało mi się sfotografować wnętrza wagonu piętrowego, bowiem obłożenie było bardzo wysokie, a nie lubię fotografować wnętrz, kiedy w środku siedzą pasażerowie. Termometr na dworcu w Tczewie pokazywał 32 stopnie Celsjusza.

Powrót do Elbląga bez przeszkód. Do Malborka tłok, robotnicy na końcu pociągu jak zwykle urządzili sobie imprezę, ale za Malborkiem zrobiło się luźno i spokojnie. W Elblągu z dworca poszedłem do "Biedronki", a potem do bursy, gdzie wcześnie położyłem się spać. W sobotę rano miałem wyruszyć w drogę powrotną.


Olsztyn

Zamek w Malborku

Dzień 5 - Wrocław (26.07.2014 - sobota)



W piątek zasnąłem około 20:00, ale w sobotę musiałem wstać już o 05:00 rano, bowiem podróż powrotną miałem skomplikowaną. Z Elbląga do Oświęcimia nie mogłem dojechać w jeden dzień pociągami Przewozów Regionalnych, postanowiłem więc przenocować na dworcu we Wrocławiu i kontynuować podróż w niedzielę. Plany co do soboty miałem różne, na koniec skończyło się tak, że z powodu opóźnienia pociągu zwiedziłem tylko Wrocław.

Z bursy wyszedłem po 06:00. Na dworzec dotarłem szybko. W sklepie 1minute nie było świeżego pieczywa, ani kanapek, więc w dalszą drogę wyruszyłem z jednym Snickersem, gdyby złapał mnie głód. W Malborku, gdzie przez pół godziny czekałem na przesiadkę, sklep 1minute był zamknięty, natomiast w pobliskim sklepiku spożywczym kupiłem drożdżówkę. Dworzec w Malborku puściutki, w okolicy dworca snuły się grupki dresiarzy. Na szczęście wkrótce podstawiono EN57 do Iławy, w którym czekałem na odjazd. Podróż do Iławy ze średnią prędkością, na szlaku trwa remont, co wiąże się z ograniczeniami na niektórych odcinkach. Obłożenie niskie, dopiero za Suszem wsiada więcej podróżnych. To pierwszy dzień podróży bez upału, jest pochmurno, temperatura przyjemna.

Kolejna przesiadka w Iławie. Kiedy pociąg z Malborka wjeżdża na peron, po drugiej stronie peronu stoi pociąg Kolei Mazowieckich "Słoneczny" z Warszawy do Gdyni. Frekwencja ponad 100%, dużo ludzi jedzie na stojąco, a w przedsionkach widać było sporo rowerów. Iławski dworzec bardzo ładny, lecz tutaj również oszczędzają na oświetleniu, co uniemożliwia fotografowanie na przykład herbów na suficie. Nieco lepiej jest w poczekalni - na zawieszonym na ścianie telewizorze LCD można oglądać TVP Info. Poszedłem również do toalety - dworcowy szalet piękny, czysty, lśniący, płatny 2 zł. Nie ma prysznica. Czynny jest także sklep 1minute. Kupiłem kanapkę za 6,90 zł na dalszą drogę.

Pociąg IR Mamry wjechał do Iławy punktualnie. Zestawiony był z pięciu wagonów oraz dwóch wagonów piętrowych jadących jako podsył, niedostępnych dla podróżnych. W środku pełno. Dwa wagony to popularne, klimatyzowane Marlboro, dawniej jeżdżące głównie w pociągach REGIOEkspres. Obecnie można je spotkać głównie w IR Mamry, IR Matejko, IR Mewa oraz IR Warta. Obłożenie ponad 100%, część osób stoi, ja idę do przedziału rowerowego, gdzie leżą jacyś dwaj skejci pilnujący swoich rowerów. Oprócz nich w przedziale rozsiada się sympatyczna rodzinka, kobieta w średnim wieku z synem i córką (ok. 15 lat) oraz z młodszą córką (ok. 7 lat). Jadą do stacji Wrocław Mikołajów. Na następnej stacji zajmą miejsce w części bezprzedziałowej z miejscami do siedzenia.

Do czasu przyjazdu do Torunia oraz w samym Toruniu pociąg IR Mamry łapie około 30 minut opóźnienia. Do Gniezna za oknem chmury, czasami pada deszcz, później dla odmiany na dworze robi się bardzo gorąco. Co ciekawe, w części z siedzeniami nie działa klimatyzacja, natomiast w w przedziale rowerowym jest przyjemnie. Następuje spora rotacja pasażerów, można by sporo napisać o ich zachowaniu. Leżąc na podłodze mogę obserwować przekrój społeczeństwa - młodzi skejci wciąż palący e-papierosa, bardzo wulgarni, ale nieagresywni (jechali do Poznania), ładna dziewczyna jadąca z Wąbrzeźna do Torunia, do której cała sympatia przechodzi, kiedy przez całą podróż rozmawia jak najęta przez telefon komórkowy o prywatnych sprawach, czy pan w wieku 55-60 lat z części z miejscami do siedzenia, który nawet na najkrótszym postoju wychodzi na peron na papierosa, choćby tylko kilka razy pociągnąć. To tylko kilka przykładów, na podstawie obserwacji z takiej podróży dałoby się napisać książkę.

W Poznaniu przed pociągiem IR puszczają pociąg osobowy, za którym IR Mamry wlecze się niemiłosiernie, jak na pociąg kategorii InterREGIO. W przedziale rowerowym znów sporo różnych osób, za Lesznem zostaję sam i kładę się na podłodze, przy czym w części z siedzeniami oraz w innych wagonach ludzie stoją. Konduktorka z ironią w głosie pogratulowała mi zrobienia z przedziału rowerowego wagonu sypialnego. Co dobre, szybko się kończy. W Rawiczu wsiada sympatyczny pan podróżujący rowerem z równie sympatycznym psem wabiącym się Borys. Pies staje się ulubieńcem konduktorki. Poza panem z psem wsiada również młoda kobieta z wózkiem. Na następnych stacjach dosiadają się rowerzyści, więc wkrótce w przedziale rowerowym, jak również w całym pociągu, jest coraz bardziej tłoczno. Na szczęście do Wrocławia niedaleko. Na dworze upał, klimatyzacja działa tylko w przedziale rowerowym, a jedna z toalet nie działa.

Do stacji Wrocław Główny dojeżdżamy kilka minut przed siedemnastą. Od Leszna pociąg odrobił około 10 minut opóźnienia. Następuje duża wymiana pasażerów. We Wrocławiu znów upał. Idę do "Biedronki" na dworcu PKS kupić wodę Polaris i soczki w kartonie - 4 kartoniki 0,2 ml za 1,98 zł . W drodze z dworca PKS na dworze PKP zaczepia mnie trzech żebraków, w tym Murzyn żebrzący po Polsku o 50 groszy na bilet. Przed dworcem kolejowym siedzi dwóch nieprzyjemnie wyglądających dresiarzy z tabliczką "Zbieramy na bilet do Niemiec". Ciekawe, czy ktoś im dał. No i jeszcze przed dworcem widzę opisywanego już palacza z IR Mamry. Jakżeby inaczej, stoi i zaciąga się papierosem. Ach, ta zadowolona mina, kiedy wypuszcza dymek z ust. Po krótkim spacerze idę zwiedzać centrum, ale z różnych względów więcej czasu spędziłem w Galerii Dominikańskiej. Najlepsze były zakupy w Carrefourze. Kupiłem dwie buteleczki wody mineralnej i chciałem zapłacić w kasie samoobsługowej. W sklepie są cztery takie kasy, ale akurat cztery były zajęte i wszyscy mieli jakiś problem techniczny, więc musiałem czekać kilka minut, aż się zwolni któraś z kas. Ja też miałem problem, bo pilnie potrzebowałem skorzystać z toalety. Szybko zeskanowałem kody dwóch wód, zapłaciłem i zdenerwowałem się, bo wydawało mi się, że automat źle wydał mi resztę. Przyszedł asystent, na szczęście to był bylko mój błąd, bo poza bilonem automat wydał bankno dziesięciozłotowy przez otwór umieszczony w innym miejscu. Tak to jest, kiedy przyjeżdża się z prowincji. Do toalety zdążyłem.

Najpiękniejszy moment dnia nastąpił o 20:00. Wtedy w dwóch restauracjach można było zamawiać jedzenie na wagę za pół ceny, zamiast 3,29 zł za 100 gram, płaci się wtedy 1,65 zł za 100 gram. Cena bardzo niska, dlatego z początku po jedzenie ustawiają się kolejki. Odczekałem 10 minut, kolejki nie było, zrobiłem sobie ucztę w restauracji "Smaki Azji", a potem w restauracji "Express Marche". W tej drugiej nie było wprawdzie tak smacznie jak w Poznaniu, ale przynajmniej najadłem się.

Do północy spacerowałem po centrum Wrocławia. Właśnie odbywał się festiwal filmowy Nowe Horyzonty - w sobotę wyświetlali film "Psy" o 22:00. Wprowadzenie do filmu, pomimo tłumacza, było niezrozumiałe dla turystów w kontekście historycznym - ktoś bardzo źle dobrał treść wprowadzenia do filmu. Na mnie najlepsze wrażenie zrobił zwiastun festiwalu, trwa tylko 33 sekundy, ale jest to jeden z najlepszych zwiastunów, jakie widziałem w życiu. Do tego piękna muzyka. Wspomniany zwiastun na You Tube. Nie wiem dlaczego, ale taka muzyka bardzo mi się podoba, za co też mi się czasami dostaje, bowiem nikt w moim otoczeniu nie słucha tego typu utworów.

Atmosfera na rynku niesamowita, jak wielokrotnie podkreślałem nocne życie w centrum Wrocławia ma specyficzny urok. Po północy wróciłem na dworzec. W poczekalni nocnej miejsca siedzące zajęte, kilka osób śpi na podłodze. Również się położyłem, co wprawiło w zdumienie rosyjskojęzyczną rodzinę siedzącą w pierwszym rzędzie. Ochroniarzy nie kojarzyłem z wcześniejszych nocek na tym dworcu, ci często przychodzili do poczekalni otworzyć drzwi na taras, bo było bardzo duszno. Do 04:00 spałem na podłodze, czasami tylko musiałem rozprostować nogi, bo mi cierpły. O 04:00 ochroniarz poprosił o przejście do poczekalni głównej, gdzie jeszcze przez godzinę drzemałem.


Widok z podłogi przedziału rowerowego

Wrocław

Dzień 6 - powrót do Oświęcimia (27.07.2014 - niedziela)



O 05:00 obudziłem się, aby sfotografować kilka pociągów. Z ciekawszych udało mi się sfotografować pociąg relacji Wrocław - Trutnov oraz Impuls Kolei Dolnośląskich jadący do Lubania. Zabrakło jednak czasu na prysznic. Kupiłem jeszcze kanapkę za 8 zł w sklepiku "Kuchnia Polska" przy wyjściu z dworca i po minięciu kibiców Śląska Wrocław, którzy przyjechali pociągiem specjalnym ze Szczecina, wsiadłem do pociągu IR Bolko zestawionego z dwóch EN57.

Podróż powrotna spokojna, do Gliwic szybka, potem pociąg jedzie powoli przez Bytom, choć wydawało mi się, że jedzie i tak szybciej niż IR Pirania w drugą stronę. Początkowo planowałem zwiedzić Bytom, lecz podczas upału nie ma to większego sensu, bowiem bytomskie ulice i kamienice nie wychodzą dobrze na zdjęciach przy ostrym słońcu.

Do Katowic przyjechaliśmy punktualnie. Na peronie 4 czekał na odjazd pociąg do Czechowic-Dziedzic przez Oświęcim. Miałem 10 minut na przesiadkę, zdążyłem w tym czasie kupić jeszcze drożdżówkę z makiem i bułkę cynamonową. Pociąg odjechał z dziesięciominutowym opóźnieniem z powodu problemów technicznych. Nie wiem, co się działo, maszynista biegał po pociągu jak szalony kilka razy, próbując coś przełączyć, aż w końcu się udało. Ostatni etap podróży pokonałem tym samym pociągiem, którym rozpoczynałem podróż - EN57 w wersji full plastic. Po godzinie dojechałem do Oświęcimia. Czekał mnie jeszcze półgodzinny marsz do domu w trzydziestostopniowym upale.