Świat Podróży Kolejowych

Obserwuj nas


Mapa odwiedzin


Statystyki od 25.04.2017 r.

Free counters!

KOLEJĄ DO KOSZYC 2014


Strona główna --> Moje podróże
Koszyce to drugie pod względem wielkości słowackie miasto, znane z pięknego rynku i zaniedbanych romskich osiedli. Miasto atrakcyjne dla miłośników kolei. Od prawie 10 lat nie kursują już wprawdzie bezpośrednie pociągi z Krakowa do Koszyc, ale miasto posiada dogodne połączenia kolejowe z węgierskim Miskolcem, można stąd także dojechać bezpośrednim pociągiem do ukraińskiej stacji granicznej Czop. Jeżeli znajdziemy dobry nocleg i mamy trochę pieniędzy, można zaplanować ciekawą podróż. Właśnie takie było jedno z moich marzeń podróżniczych.

Marzenie postanowiłem zrealizować, kiedy dowiedziałem się o odbywającej się w Koszycach pod koniec kwietnia każdego roku tzw. "Rusnoparadzie", czyli "Paradzie lokomotyw". Nazwa trochę myląca, bo oprócz zabytkowych i współczesnych lokomotyw zwiedzający mogą obejrzeć tabor pasażerski kolei słowackich oraz przejechać się pociągami retro. To bardzo popularna impreza, ściągająca do Koszyc miłośników kolei z Czech, Słowacji i Węgier. Jest ona częścią "Dni Koszyc", w ten sam weekend w mieście odbywają się koncerty i inne ciekawe imprezy.

Wyjazd zaplanowałem doskonale, przynajmniej tak mi się wydawało. Zdawałem sobie sprawę, że nie będzie szans na niedrogi nocleg w samych Koszycach, miałem jednak upatrzony inny obiekt noclegowy, co okazało się zgubnym dla mojego planu. Nie przewidziałem tylko jednej rzeczy, przez co cały plan posypał się, a podróż marzeń zakończyła się powrotem do Polski. Z drugiej strony zdobyłem trochę ciekawych materiałów.

24.04.2014 (Czwartek) - Czadca



Czwartek wyznaczyłem jako pierwszy dzień podróży. W piątki pociągi jadące w stronę Koszyc są zatłoczone, ponieważ studenci z Bratysławy i czeskich miast wybierają się na weekend do domu, poza tym zakładałem, że turyści będą jechać na Dni Koszyc i wspomnianą paradę. Myślałem więc sobie - pojadę w czwartek, przenocuję w Czadcy, w piątek rano na wschód Słowacji, pozwiedzam miasta, a weekend parada lokomotyw i podróż na Węgry. Plan, moim zdaniem, bardzo dobry.

Miałem do wyboru przejazd przez Cieszyn i Czeski Cieszyn lub Zwardoń z pieszym przekroczeniem granicy, ale wybrałem pierwszą opcję, bowiem pociąg jechał po 13:00 i mogłem się spokojnie przygotować, zjeść obiad, a później najedzony ruszyć w drogę.

Z Oświęcimia do Czechowic-Dziedzic EN57, z Czechowic-Dziedzic do Cieszyna SA109-011. Ostatnio mam szczęście do tego niezbyt wygodnego pojazdu, trafia mi się podczas podróży do Katowic i Cieszyna. Również dziś. Do Chybia obłożenie około 80-90%, potem znacznie mniej. Za Zebrzydowicami spada do 40%. Nie dziwię się, rozkład jazdy na tej trasie to nieporozumienie, choć to i tak lepsze niż nic. Do Cieszyna dojeżdżamy punktualnie. Za ok. 50 minut mam pociąg do Czadcy. Bilet z Oświęcimia do Cieszyna ponad 15 zł .

Do dworca w Czeskim Cieszynie dochodzę w ciągu 20 minut. Trasę pokonywałem już wielokrotnie, nic mnie więc nie zaskoczyło. Kupiłem bilet do Czadcy na pociąg ekspresowy - cena 123 korony. W piekarni w tunelu pod peronami zaopatrzyłem się w przecenione pieczywo. Zrobiłem jeszcze kilka zdjęć "Regionovy", po czym poszedłem na peron, z którego odjeżdża pociąg relacji Praga - Żylina. Pociąg był opóźniony o około 20 minut, z niecierpliwością czekałem na jego przybycie, ponieważ chciałem jak najszybciej opuścić terytorium Republiki Czeskiej. Ekspres do Żyliny okazał się bardzo wygodnym środkiem transportu. Skład zestawiony z wagonów kolei czeskich - bezprzedziałowy wagon I klasy, wagon z przedziałami drugiej klasy kupiony od kolei austriackich i trzy zmodernizowane wagony bezprzedziałowe, również bardzo wygodne. Obłożenie wysokie, ale jak może być inaczej, skoro w Republice Czeskiej na pociągi osobowe, pospieszne, eskpresowe i Eurocity obowiązuje jedna taryfa, rezerwacja miejsc fakultatywna, a podróżni wybierający się na Słowację mogą skorzystać z atrakcyjnej taryfy pomiędzy tymi dwoma państwami? Polskie koleje mają pod tym względem wiele do zrobienia.


SA109-011 w Cieszynie

Czeski wagon bezprzedziałowy

Sporo pasażerów wysiadło w Trzyńcu, do słowackiej Czadcy dojechaliśmy opóźnieni o 15 minut. Dworzec w Czadcy stosunkowo duży, ale czasy świetności ma już dawno za sobą. W środku pojedynczy pasażerowie, dwie czynne kasy, knajpa, toalety (w środku nie byłem), kioski i drewniane siedziska służące za poczekalnię. Jako towarzystwo kilkoro żuli. Przez jakiś czas biegam pomiędzy peronami, robiąc zdjęcia pociągów. W oczy rzuca się skład zapowiadany jako pociąg do Zwardonia. Lokomotywa na czole i z tyłu składu, chyba z 10 wagonów pasażerskich. Dziwny widok. Na stacji Czadca skład jest rozłączany - jedna część jedzie z powrotem do Zwardonia, druga do Żyliny. Nie udało mi się jedynie sfotografować pociągu do Makova. Jak później zauważyłem, odjeżdża on z peronu znajdującego się w zupełnie innym miejscu, z boku dworca.

Po 18:00 wybieram się na zwiedzanie miasta. Przechodzę przez zapuszczony dworzec autobusowy, po czym udaję się w kierunku centrum. Do głównego placu, gdzie znajduje się mój hotel, dochodzę po 5 minutach. Potem schodkami pod górę, spokojny spacer deptakiem i na zakupy. Zakupy robię w Tesco. Według Wikipedii Czadca liczy 25 tysięcy mieszkańców. To spokojne, małe miasteczko, ale w centrum rzuca się w oczy nieproporcjonalnie duża liczba sklepów. Trzy supermarkety niemal koło siebie, centrum handlowe wybudowane na miejscu fabryki, liczne mniejsze sklepiki z różnym asortymentem, sporo kawiarni, lokali gastronomicznych i usługowych. Dziwnie to wygląda. Miasteczko bez szczególnych atrakcji, spokojny spacer po centrum, połączony ze zrobieniem niewielkich zakupów, zajął mi ponad godzinę. Czuć małomiasteczkową atmosferę w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

O 19:00 kieruję swoje kroki w stronę hotelu "Lipa" przy głównym placu miasta, gdzie mam zarezerwowany pokój jednoosobowy. Cena 13 euro, najtaniej w okolicy. Oferta bezkonkurencyjna, od kiedy zamknęli dom noclegowy miejskiego przedsiębiorstwa komunikacji w Żylinie. Do hotelu wchodzę równocześnie z jakimś mężczyzną. Recepcjonistka bierze nas za parę... To na szczęście jedyne negatywne zdarzenie tego dnia. Wkrótce dostaję klucz do pokoju. Hotel z zewnątrz wygląda okropnie, natomiast w środku prezentuje się przyzwoicie. Za 13 euro nie należy oczekiwać rewelacji, ale pokój jest czysty, łóżko wygodne, do dyspozycji gości stary telewizor (odbiera 10 programów - czeskie, słowackie i niemieckie), kabina prysznicowa, ręcznik oraz typowe dla hoteli mydełko i szamponik. Z ręcznikami mogliby się bardziej postarać, reszta bez zastrzeżeń. Toalety na korytarzu - dwie kabiny i 3 pisuary na całe piętro. W kabinie można się zamknąć. Stosunek ceny do jakości 9/10 - ja byłem bardzo zadowolony.

25.04.2014 (Piątek) - Poprad, Preszów, Koszyce



W czwartek poszedłem spać już o 21:00, ponieważ rano muszę iść na pociąg. Wstałem o 5:00, mimo wczesnej pory czułem się wypoczęty. Po umyciu zębów i dwudziestominutowej gimnastyce wyszedłem na pociąg. Na dworcu kolejowym byłem około 5:40. Bez problemów kupiłem bilet do Popradu (8,10 eur), udałem się na peron, na który wkrótce punktualnie przyjechał pociąg pospieszny Excelsior z Chebu do Koszyc. Pociąg zestawiony ze starych czeskich wagonów z przedziałami z nową tapicerką oraz wagonów z miejscami do leżenia i wagonów sypialnych (czeskie i słowackie). Obłożenie średnie, udało mi się znaleźć przedział dla siebie.

Pociąg Excelsior znany jest z kradzieży. Kiedyś miałem okazję nim jechać z Ostrawy do Pragi, ale po drodze nie zdarzyło się nic niepokojącego, poza wystraszeniem konduktorki przez zabezpieczenie przedziału (torbę podróżną miałem tak połączoną z drzwiami, że każde ich otwarcie powodowało mocne szarpnięcie torbą i budziło mnie). Prosty i skuteczny system. Dziś było inaczej. Wkrótce zauważyłem dwóch osiłków zaglądających do przedziałów. Był z nimi trzeci - szczupły, niepozorny koleś. Wystarczyło jedno spojrzenie, aby odgadnąć profesję tych panów. Charakterystyczne zachowanie nie pozostawiało wątpliwości. W moim wagonie szczupły wszedł do dwóch przedziałów, po czym po minucie wyszedł. Dwóch osiłków stało przy drzwiach jako obstawa. Drużyna konduktorska w tym czasie zniknęła. Miałem szczęście, że interesowali ich tylko śpiący pasażerowie, gdyby chcieli mnie obrobić, ci napakowani pobiliby mnie bez problemu. Cała trójka wysiadła na stacji Kysucke Nove Mesto. Policja wsiadła do pociągu dopiero w Żylinie. Jest dla mnie jasne, że trzej zaradni panowie nie pracowali w tym pociągu po raz pierwszy, a o ich pracy wszyscy wiedzą, lecz nikt z tym nic nie robi.

Hotel "Lipa" w Czadcy

Przedział drugiej klasy w pociągu Cheb - Koszyce

W Żylinie dosiadają się do mnie cztery kobiety, wszystkie jadą do Rużomberka. Z kolei w Rużomberku wsiada sympatyczna, młoda dziewczyna. Kiedy wysiadam w Popradzie, jedzie dalej. Później spotkam ją w nocnym pociągu, jak będzie wracała ze stacji Kysak. Podróż do Popradu szybka i przyjemna. Trasa bardzo ładna, lecz niebo zachmurzone, a góry spowite mgłą, w związku z czym nie ma sensu robić zdjęć.

Wysiadłem w Popradzie o 8:35. Dworzec Poprad Tatry stał się sławny za sprawą kręconego na tym dworcu teledysku do piosenki Arash feat Aneela - Chori Chori (rok 2006). Od czasu teledysku niewiele się zmieniło (nie rozumiem, jak słowacka policja mogła pozwolić na nakręcenie ośmieszającego ją klipu), jedynie poziom dworca z toaletami, kasami i siedzeniami prezentuje się bardzo ładnie. Górna część i poziom od wejścia z parku nadal są zaniedbane. Idąc w stronę wyjścia, zwracam uwagę na dużą kolejkę do dworcowego lombardu.

Z dworca poszedłem do centrum na krótki spacer. Przeszedłem przez wyremontowany park z zadaszoną ścieżką, minąłem aleję, potem przejście przez ruchliwą ulicę i dotarłem do deptaku. Centrum Popradu pod względem atrakcyjności nie wypada najlepiej. To nie zabytki ściągają turystów, ale baseny termalne i okoliczne szlaki turystyczne. Poza tym to świetna baza wypadowa do wypraw w góry. Deptak przeszedłem w 15 minut, skoczyłem na chwilę do szaletu (żadnych strzałek kierujących turystów w jego stronę, wstęp 0,5 eur) i powrót na dworzec. Pod względem architektonicznym żadna rewelacja, atmosfera natomiast całkiem przyjemna.

Na dworcu kolejowym sfotografowałem kilka pociągów, na chwilę poszedłem na okropny dworzec autobusowy, po czym oczekiwałem przyjazdu opóźnionego o 5 minut pociągu pospiesznego z Bratysławy do Koszyc. Pociąg zestawiony jest z wagonu pierwszej klasy i nowych wagonów bezprzedziałowych drugiej klasy. Większość miejsc w układzie sprawiającym, że 2 osoby siedzą naprzeciw dwóch innych osób. Osobiście nie lubię tego typu układu miejsc, ale to indywidualna sprawa każdego. Naprzeciwko mnie do miejscowości Kysak siedzi sympatyczna młoda dziewczyna. Przy jej pomocy znajduję czynne gniazdko zasłonięte zasłoną . Na popradzkim dworcu nie było czynnych gniazdek, zresztą na innych słowackich dworcach również nie zauważyłem miejsc, gdzie można by było naładować baterię do urządzeń elektronicznych. Za to w nowych wagonach i pociągach da się to zrobić bez problemu.

Siedzenia w tym wagonie wyglądają bardzo ładnie, jak na mój gust nie są jednak zbyt wygodne i cieszę się, kiedy podróż się kończy. W Koszycach mam 45 minut do odjazdu pociągu do Preszowa. Postanawiam zapytać się w domu noclegowym słowackich kolei, jak sytuacja z wolnymi miejscami. Jak się spodziewałem, wszystko od dawna zarezerwowane. Dowiaduję się również, iż kilka miesięcy temu został zamknięty dom noclegowy (ubytovna) w miejscowości Czerna nad Tisą (Čierna nad Tisou), gdzie planowałem spędzić trzy noce. Ta niespodziewana wiadomość krzyżuje moje plany. Nie wiem, co robić. Mam czas do wieczora, aby zastanowić się nad rozwiązaniem problemu z noclegiem.


Deptak w Popradzie

Słowacki wagon II klasy

Do Preszowa jechał pociąg znany z Czech jako "City Elefant" wyprodukowany dla kolei słowackich. Od czaskiego różni się jedynie brakiem pierwszej klasy i inną tapicerką. Podróż bardzo wygodna, cena biletu 1,62 euro.

Dworzec kolejowy w Preszowie to wyremontowane perony i tunel pod torami, kontrastujące z brzydkim budynkiem dworca z równie brzydkim otoczeniem przed dworcem. Czytelnicy zwykle zarzucają mi negatywne opisy i nieuzasadnioną krytykę, lecz tutaj naprawdę nie da się nic pozytywnego napisać. Dworzec do natychmiastowego remontu. Na dworcu dużo pasażerów, podobnie jak na głównej ulicy prowadzącej do centrum miasta. Do preszowskiego rynku idzie się około 15 minut. Centrum wydało mi się większe niż wynikało to z mapy. Zabudowa po drodze przeciętna, rynek bardzo ładny, tak jakby trochę mniejsza wersja pięknego rynku w Koszycach. Spokojnie spacerowałem przez pół godziny po rynku, po upływie tego czasu poszedłem z powrotem w stronę dworca. Na dworcu krótka sesja fotograficzna z wagonami motorowymi i doczepnymi, później powrót do Koszyc starym pociągiem serii 460. Cieszy mnie to, ponieważ prawdopodobnie to ostatni rok kursowania tych pociągów na Słowacji. Jedzie się zaskakująco wygodnie. Jeśli chodzi o Preszów, warto przyjechać do tego miasta choćby na kilka godzin, a przy okazji zwiedzić niedaleki Bardziejów.

W Koszycach próbuję znaleźć informację turystyczną lub kawiarenkę internetową. Nie udaje mi się znaleźć ani jednego, ani drugiego. Spędzam trochę czasu na dworcu kolejowym, zastanawiając się, co dalej. Nocleg na dworcu odpada. Budynek jest zamykany od 00:15 do 03:30, a spędzenie nocy na placu przed dworcem lub w okolicy to najgorszy pomysł z możliwych - kto był w Koszycach, ten wie dlaczego. Dworzec autobusowy również zamykany jest na noc. Pytam w kilku hotelach, wszystko zajęte. W jednym znalazłoby się coś wolnego, ale w cenie ponad 40 euro za noc. Niestety, nie na moją kieszeń.

Wracając do dworca kolejowego - od grudnia 2011 roku trwa modernizacja dworca, która powinna się zakończyć w grudniu 2014 roku. Dworzec przez cały czas jest otwarty dla podróżnych, choć z ograniczeniami. Kilka pomieszczeń wyremontowano, prezentują się one bardzo ładnie, choć już teraz widać, że dworzec nie będzie prezentował się tak efektownie, jak niektóre wyremontowane polskie dworce. Mój wzrok przykuwa lokal gastronomiczny nieokreślonej sieci - bardzo duży wybór kanapek, drożdżówek, pizza w kawałkach i kebab. Nie jest tanio, ale świeżo i smacznie, o czym przekonuję się po kupnie bagietki z kawałkami kurczaka za 2 euro. Cena taka sama jak na największych polskich dworcach.

Udaję się na trzygodzinny spacer po centrum Koszyc, czyli głównie po rynku i deptaku z dworca kolejowego do rynku. Ta część miasta wygląda pięknie, na rynku dużo ludzi, liczne stylowe kawiarenki, cukiernie i najróżniejsze sklepy. Cokolwiek można mówić o tym mieście, to nie można zaprzeczyć, że warto tu przyjechać pospacerować po centrum. Spacer kończę w galerii handlowej Aupark. Rozglądam się za ciekawą restauracją. Owszem, jest kilka ciekawych lokali, ale ceny - za jedzenie na wagę płaci się ponad 1 euro za 100 gram, co w porównaniu do 2,3 zł za 100 gram w moim mieście jest astronomiczną kwotą. Inne restauracje reklamują się "jedz, ile chcesz za 5,5 euro". Najbardziej podobała mi się restauracja z kuchnią azjatycką. Niektóre potrawy takie, że ślinka cieknie na sam widok. Zrobiłem zakupy w supermarkecie "Billa", po czym wróciłem na dworzec kolejowy. Zastanawiałem się, co dalej. Rozważałem przejazd ostatnim pociągiem do Czernej nad Tisą (byłbym na miejscu po północy), nocleg na dworcu (do wpół do czwartej) i powrót do Koszyc pierwszym pociągiem. Wszystko dobrze, ale bilet w jedną stronę to 5 euro, bowiem Czerna nad Tisą leży 90 kilometrów od Koszyc. Razem w dwie strony 10 euro tylko po to, żeby się przespać na dworcu? Nie warto. Nocleg na dworcu w Koszycach odpada; ze względu na brzydką pogodę nie zamierzam także ryzykować spania na dworze na jakichś mniejszych stacjach. Bardzo chciałem zobaczyć "Rusnoparadę" następnego dnia, ale zwyciężył rozsądek. Zdecydowałem się na powrót do Polski.


Koszyce

Preszów

Zaplanowanie powrotu okazało się dużo trudniejsze, niż mogłoby się wydawać. Kasy międzynarodowe były nieczynne, próbowałem uzyskać informację o połączeniach do Oświęcimia przez Zwardoń, jednak te z wydruku miały cechę wspólną: ponad 20 godzin podróży, noc na dworcu w Zwardoniu, pociąg do Oświęcimia przez Bogumin. Podczas pisania tej relacji sprawdziłem plan podróży - było połączenie poranne, ale pociągi Kolei Śląskich nie pokazywały się w systemie kolei słowackich, stąd te dziwne wyniki na wydruku z informacji. Wiedziałem jedynie, że z Cieszyna rano jedzie pociąg do Bielska-Białej. Postanowiłem pojechać nocnym pociągiem do Czeskiego Cieszyna, tam na dworcu spędzić noc i rano wrócić do Oświęcimia.

26.04.2014 (Sobota) - powrót



O 22:08 z Koszyc odjeżdżał pociąg pospieszny Sirava do Pragi. Godzinę wcześniej nabyłem bilet do Czeskiego Cieszyna za 17,7 euro, kupiłem coś do jedzenia i picia oraz gazetę, żebym nie nudził się w nocy w Czeskim Cieszynie. Zamierzałem jeszcze wziąć prysznic na koszyckim dworcu, ale cena okazała się zbyt wysoka 3,5 euro + 10 euro kaucji zwrotnej. W ogóle ceny na Słowacji są wyższe, niż się spodziewałem.

Pociąg Sirava był zestawiony z podobnych wagonów jak Excelsior. Godzinę przed nim odjeżdża do Pragi pociąg Euronight Slovakia, ale w tamtym pociągu są tylko komfortowe kuszetki i wagony sypialne, co czyni go niedostępnym dla mniej zamożnych podróżnych. Przed odjazdem bałem się, że znów spotkam złodziei w pociągu. Podróż Siravą można nazwać przyjemną, pasażerowie najróżniejsi, ale do granicy z Czechami było bardzo spokojnie. Na części trasy po pociągu chodziła policja, między innymi z Żyliny do Czadcy. Przejazd szybki, przez większą część trasy byłem sam w przedziale, do Margecan siedział ze mną starszy pan, później od stacji Spiska Nova Ves do Popradu dwaj Romowie, od Vrutek do Żyliny konduktorka jadąca na inny pociąg. Żadnych problemów, podróż szybka i wygodna, jedynie krople rzęsistego deszczu bębniły o okna wagonu.

Problemy zaczęły się po przekroczeniu granicy czeskiej, a właściwie na krótkim odcinku Trzyniec - Czeski Cieszyn. Wsiedli pijani kibice miejscowego klubu hokejowego oraz jakieś grupki nietrzeźwych osobników. Krzyki, kopanie w drzwi przedziałów, śpiewanie - wyglądali żałośnie zataczając się na korytarzu. Na szczęście dla mnie podróż kończyła się o 2:33 na stacji Czeski Cieszyn. Oprócz mnie wysiadła nietrzeźwa kobieta z puszką piwa w ręce oraz jakiś mężczyzna, który starał się ją poderwać. Poszedłem do holu dworca Czeski Cieszyn.

O 2:35 na dworcu w Czeskim Cieszynie poza ochroniarzem i kasjerką nie było żywej duszy. Nie miałem biletu na dalszą trasę, ale usiadłem na siedzeniu w holu głównym. Myślałem tylko, żeby jakoś przetrwać tę deszczową, niezbyt ciepłą noc. Ogólnie nie było źle - na dworzec co jakiś czas wpadali osobnicy zachowujący się niczym obłąkani. Jeden z nich przysiadł się do mnie i zaczął dyskutować. Dyskusja z takimi to nic przyjemnego, nigdy nie wiadomo, co im strzeli do głowy. Tym bardziej, kiedy przed chwilą, osobnik usłyszawszy, że nie ma pociągów do Orłowej, zaczyna kopać w ściany, drzwi i drzeć ulotki kolei czeskich, wykrzykując przy tym przekleństwa. Ochroniarz dziwnym trafem znika i przychodzi dopiero, kiedy wspomniany człowiek opuścił dworzec. O dziwo, źle się z nim nie rozmawiało, po około dwudziestu minutach poszedł na imprezę.

Do 4:10 siedzę na dworcu. Co jakiś czas pojawiają się różni podejrzanie wyglądający ludzie, posiedzą, wychodzą. Po 4:00 można spotkać pojedynczych podróżnych na pierwsze pociągi. Potem wybieram się na dworzec kolejowy po polskiej stronie sprawdzić, o której odjeżdża pociąg w stronę Czechowic-Dziedzic. Na dworze mżawka, po ulicach Czeskiego Cieszyna snują się grupki imprezowiczów wracających z knajp i dyskotek. W polskim Cieszynie tylko pracownicy przedsiębiorstwa usług komunalnych opróżniają kosze. Na zrujnowanym cieszyńskim dworcu pojawiłem się o 4:30. Sprawdziłem rozkład - pociąg pojedzie o 6:09. Nie chciało mi się czekać pod wiatą przystankową, wróciłem więc na dworzec w Czeskim Cieszynie, gdzie siedziałem do 5:40. Potem szybki spacer na polski dworzec - w strugach coraz gęściejszego deszczu, zrobiło się też zimniej.

Po polskiej stronie czekał gotowy do odjazdu SA109-011. Konduktor sprzedawał bilety jeszcze przed odjazdem. Zapytałem, czy z Czechowic-Dziedzic mam skomunikowanie do Oświęcimia, ale w weekendy pociąg ten nie kursuje. Mając perspektywę trzygodzinnego oczekiwania na przesiadkę w Czechowicach-Dziedzicach, zdecydowałem się kupić bilet do Bielska-Białej. Miałem zamiar poczekać tam półtorej godziny na pociąg, który będzie skomunikowany z następnym pociągiem do Oświęcimia. Ludzi niezbyt dużo, podróż płynna, choć na odcinku z Cieszyna do Zebrzydowic niezbyt szybka. Krótkie odcinki przesypiam.

Do Bielska-Białej dojechaliśmy z dziesięciominutowym opóźnieniem, przynajmniej tak mi się wydawało. Padał bardzo zimny deszcz, zacinał lodowaty wiatr, ludzie czekający na pociąg do Katowic stali stłoczeni pod zadaszeniem na peronie. Wszedłem do budynku dworca - szybki rzut oka na tablicę odjazdów i rozczarowanie - nie ma skomunikowania z następnym pociągiem z Czechowic-Dziedzic do Oświęcimia. Była 7:45, pociąg w stronę Czechowic-Dziedzic jechał o 7:59, więc nie miałem wyboru. Następny jechał o 10:42, a w Czechowicach-Dziedzicach musiałbym wtedy i tak czekać półtorej godziny na pociąg do Oświęcimia. Gdyby była ładna pogoda, nie miałbym nic przeciwko, ale było wstrętnie. Kupuję więc szybko bilet w kasie, po czym biegnę na peron.

Pociąg ze Zwardonia (ten sam, którym wracałbym, gdybym zdecydował się rano jechać z Żyliny przez Zwardoń) przyjechał z kilkuminutowym opóźnieniem. Połączenie obsługiwała zmodernizowana jednostka EN57 z jedną toaletą. Obłożenie bardzo wysokie. Podróż do Czechowic-Dziedzic mija szybko, w końcu to tylko 18 minut.

W Czechowicach-Dziedzicach muszę czekać półtorej godziny na pociąg do Oświęcimia. Jest cieplej niż w Bielsku-Białej, deszcz nie tak gęsty, więc idę na krótki spacer po mieście. Centrum tego niezbyt ładnego miasta obszedłem w pół godziny, pozostała godzina do odjazdu pociągu. Tu zaskoczenie - na czechowickim dworcu kolejowym nie ma gdzie usiąść. W środku żadnej ławki, ani poczekalni. Wielokrotnie przesiadałem się w tym mieście, lecz nigdy nie zwróciłem na to uwagi, zresztą kilka lat wcześniej ławki były. Ławki są jedynie na zadaszonym peronie, gdzie poszedłem poczytać gazetę. Po pięciu minutach zaczął wiać lodowaty wiatr, przyszła chmura deszczowa z Bielska-Białej, a deszcz zmoczył mi gazetę. Trzeba było wracać do środka.

Ostatnie 50 minut do odjazdu pociągu jakoś przeczekałem. Nudziłem się, stojąc jak kołek, ale co miałem zrobić? Do Katowic przez Oświęcim jechał EN57. Obłożenie niskie, tylko kilkanaście osób. Podróż w ślimaczym tempie, odcinek Czechowice-Dziedzice - Jawiszowice-Jaźnik jest w katastrofalnym stanie. Kiedy dojeżdżałem na studia, pociąg z Oświęcimia do Czechowic-Dziedzic jechał dużo szybciej, jedynym odcinkiem, gdzie zwalniał, było odcinek Brzeszcze - Brzeszcze-Jawiszowice. Za tą ostatnią stacją przyspieszał, jechał płynnie i szybko. Dziś wspomniany odcinek wydaje się być w dużo lepszym stanie niż dawny szybki odcinek, choć nie był remontowany. Jedynie z Brzeszcz do Oświęcimia pociąg jedzie tak, jak powinien. Jak zauważyłem na rozkładzie jazdy, od 27 kwietnia pociągi jeszcze bardziej zwolnią. Np. pociąg o 09:41 pokona 21 kilometrów do Oświęcimia w 52 minuty, zamiast 45 minut, jak do tej pory. Dawniej pociągi pokonywały ten odcinek w około 35 minut. Makabra.

O 10:30 dojechałem do Oświęcimia, co oznaczało koniec tej niezbyt udanej podróży.

PODSUMOWANIE



Podróż nie należała do udanych, jednak to moja wina, że źle ją zaplanowałem. Nie miałem pojęcia o niedawnym zamknięciu domu noclegowego kolei słowackich w Czernej nad Tisą. Trudno, czasami trzeba przełknąć gorzką pigułkę i pogodzić się z porażką. Jestem już za stary, aby za wszelką cenę, nawet kosztem zdrowia, dążyć do celu. Zdrowie jest jedno, "Rusnoparada" będzie za rok, za dwa, za trzy.

Jeśli chodzi o koszty, nie była to tania podróż. Wyszło prawie 300 złotych za wszystko. Koszty można było ograniczyć, co pociągnęłoby za sobą podróż w tłoku, brak noclegów, wyżywienie z Polski itp. Tylko każdy musi sobie odpowiedzieć, czy miałoby to sens. Przykład: do Bogumina z "Biletem Podróżnika", stamtąd Siravą do Koszyc, później powrót Excelsiorem do Bogumina, kilka godzin na dworcu i znów przejazd pociągiem TLK. Dobrze oczywiście mówi się po fakcie, kiedy znacie teren, wiecie, czego się spodziewać na miejscu itp. W tej wersji podróż kosztuje ok. 254 złote + wyżywienie. Mnie, łącznie z noclegiem, wyniosła 251 zł + wyżywienie. Oczywiście mam lepiej, bowiem dojeżdżam z Oświęcimia, niedaleko granicy. Zmieściłem się w 300 złotych, po drodze oprócz Koszyc zwiedziłem Czadcę, Poprad i Preszów, trzy razy przeszedłem centrum Cieszyna i Czeskiego Cieszyna, przespałem się też w hotelu. Z jednej strony rozrzutność, z drugiej zebrałem sporo materiałów. O kosztach piszę, aby uświadomić wam, że podróże nie są tak tanie, jak wmawiają to media, niektórzy blogerzy i portale podróżnicze.

Co do Słowacji - pociągi przyzwoite, duży minus to brak biletów jednodniowych i weekendowych, podobnych do "Podróżnika", czy "Biletu Turystycznego". Podróż na biletach jednorazowych to jednak znacznie wyższe koszty. Na pewno nie jest lepiej niż w Polsce, ceny podobne, problemy również. Koszyce i Preszów na pewno warto zwiedzić, zaplanujcie tylko podróż lepiej niż ja.