Świat Podróży Kolejowych

Obserwuj nas


WIELKANOC Z BILETEM PODRÓŻNIKA (2014)


Strona główna --> Moje podróże
Kilka razy w roku wypada tzw. długi weekend. Jednym z nich jest okres Świąt Wielkanocnych, kiedy przewoźnicy wydłużają ważność biletów weekendowych o jeden dzień, a tłumy ludzi podróżują do swoich rodzin lub wypocząć gdzieś z dala od świątecznej atmosfery. Po 9 miesiącach przerwy w podróżowaniu, postanowiłem pojeździć sobie na "Bilecie Podróżnika". Nie miałem ochoty na podróż zatłoczonymi pociągami, poza tym po tylu miesiącach przerwy nie byłem pewien, czy będę miał siły na dłuższą podróż, dlatego wybrałem prostą, krótką trasę.

Podczas planowania podróży zastanawiałem się nad tłokiem w pociągach, dostępnością jedzenia w sobotę wieczorem i w niedzielę świąteczną oraz nad noclegami. Co do pierwszych dwóch rzeczy - martwiłem się zupełnie niepotrzebnie, jedzenie można było kupić na większych dworcach lub w ich pobliżu bez większych problemów, tłoku nie było, natomiast nie udało mi się znaleźć niedrogiego noclegu - schroniska były nieczynne. Między innymi dlatego podróż była tak krótka.

19.04.2014 (sobota) - Wrocław, Poznań



Celem mojej podróży były dwa najchętniej odwiedzane przeze mnie polskie miasta - Wrocław i Poznań. Z Oświęcimia wyjechałem o 10:34. Mogłem wprawdzie jechać cztery godziny wcześniej, ale nie chciało mi się wstawać, poza tym zakładałem, że w porannym pociągu TLK Zefir Kraków - Kołobrzeg będzie tłok. Spokojnie doszedłem na dworzec, gdzie bez problemu nabyłem "Bilet Podróżnika". Z rezerwacją miejsca nie poszło łatwo - kasjerce kilka razy wyskoczył napis w stylu "niezgodność trasy i czasu rezerwacji", czy coś takiego. Później w innych kasach było tak samo. W końcu miałem "Podróżnika", miejscówkę, pozostało jedynie kupić bilet liniowy Oświęcim - Katowice za 6 zł u konduktora. Koleje Śląskie wysłały na trasę EN57 wypożyczony od Przewozów Regionalnych. Obłożenie niskie, sporo wolnego miejsca, podróż bez żadnych niespodzianek.

W Katowicach miałem 50 minut do odjazdu pociągu TLK Sztygar z Lublina do Wrocławia. Niby dużo, ale problemem okazało się zdobycie żywności (błędnie zakładałem, że po 16:00 we Wrocławiu wszystko będzie pozamykane). W piekarni kanapek nie było, mieli natomiast promocję - płaciłem za jedną drożdżówkę, otrzymywałem dwie. Poszedłem na ostatnie piętro Galerii Katowickiej; po zachwytach na forach internetowych zamierzałem spróbować "makaron chiński na wynos" w Sevi Oriental - akurat nie mieli. Zdecydowałem się na ciepłą bagietkę w lokalu "Co Nieco" tuż przy dworcu. Bagietka Chicken pikantna po ostatniej podwyżce wydaje się trochę droga, jednak smakuje mi i czasami w Katowicach lub Cieszynie pozwalam sobie na taką przyjemność. Na forach bistro "Co Nieco" zbiera przeważnie negatywne opinie. Według mnie nie jest tak źle. Trochę drogo, natomiast pod względem smaku wypadają nieźle.

Ze wszystkim zdążyłem idealnie. Pozostało około 15 minut do planowego odjazdu pociągu. Z peronu patrzę na pociąg IR Chemik do Kędzierzyna-Koźla. To właśnie tym pociągiem początkowo planowałem przejechać się w święta, ale zrezygnowałem z pomysłu, kiedy Przewozy Regionalne poinformowały o tymczasowej rezygnacji z uruchomienia pociągu na odcinku Kędzierzyn-Koźle - Kudowa-Zdrój przez Nysę i Otmuchów, w zamian wprowadzając autobusową komunikację zastępczą InterREGIOBus. Nadal więc trzeba czekać na przejazd pociągu pasażerskiego przez Paczków i Otmuchów. W IR Chemik dużo ludzi. Wydawało mi się, że część pasażerów stoi na korytarzu, lecz równie dobrze mogli stać tylko podczas postoju na stacji. Pociąg opóźniony o ok. 20 minut.

TLK Sztygar przyjeżdża planowo. Mam rezerwację miejsca w wagonie 22, widzę jednak, iż system rezerwacyjny poupychał do tego wagonu większość podróżnych - w przedziałach od 4 do 6 osób, natomiast w pozostałych wagonach 2-4 osoby w przedziale. Najlepiej sytuacja wygląda w ostatnim wagonie, który jedzie jako wzmocnienie. To zdeklasowana jedynka jadąca jako wagon drugiej klasy. Tutaj część przedziałów jest pusta. Wsiadam do jednego z nich. Przez całą podróż mam przedział dla siebie.

Podróż byłaby idealna, gdyby nie długie postoje na stacjach lub w szczerym polu. Do Kędzierzyna-Koźla pociąg łapie 15 minut opóźnienia, na stacji do odjazdu przygotowuje się IR Chemik. Odłączone dwa wagony, w pozostałych dużo ludzi, dodatkowo do tamtego pociągu wsiada głośna grupa kibiców. Dobrze, że wybrałem TLK.

Następna część trasy bez żadnych komplikacji. Do Wrocławia dojeżdżamy tylko z pięciominutowym opóźnieniem.


Wrocławski rynek

Wrocławski rynek

We Wrocławiu mam dwie i pół godziny na zwiedzanie i zakupy. Kieruję się do "Biedronki" na dworcu PKS, czynnej tego dnia do godziny szesnastej. Kupuję dwie wody mineralne 0,5 l oraz herbatniki. Łącznie wydaję 2,17 zł . Na dworcu kupuję również kanapkę za 5 zł . Bardzo lubię kanapki sprzedawane na wrocławskim dworcu autobusowym - jak dla mnie są po prostu pyszne. Niewiele większe kanapki z dworca kolejowego kosztujące 9 zł nie umywają się do nich.

Przed wyjściem na miasto odbieram w kasie miejscówkę na TLK Hetman, z której i tak później nie skorzystam. Zostają mi dwie godziny na zwiedzanie. Przez ten czas nie da się zwiedzić zbyt dużo. Spaceruję po centrum, rynku, a wycieczkę kończę na Wyspie Słodowej. Centrum Wrocławia podoba mi się nie tylko ze względu na piękny rynek, ale przede wszystkim ze względu na atmosferę, co podkreślałem wielokrotnie we wcześniejszych relacjach. Choć to Wielka Sobota i minęła 16:00, lokale w centrum są czynne i pełne ludzi, dzieci z wielką pasją oddają się polewaniu gołębi z malutkich pistoletów na wodę, a rynek tętni życiem. Wkrótce ołowiane chmury spowiły niebo, a zimny wiatr zwiastujący deszcz lub burzę przyspieszył mój powrót na dworzec kolejowy.

Na dworcu kolejowym nadal trochę pustawo, choć jest lepiej niż jeszcze rok temu. Dworzec piękny, nie ma się do czego przyczepić, jedynie wysokie czynsze odstraszają najemców. Jak zauważyłem, miejsce baru z kanapkami i knyszami zajął Starbucks , natomiast knysze można kupić przy wejściu na dworzec lub w budce od strony przejścia do dworca autobusowego. Jest też więcej toalet. Wkrótce zostanie otwarty lokal KFC. Z jednej strony dziwnie to wygląda - same drogie "sieciówki", brak np. sklepu z pamiątkami, czegoś z polską kuchnią, z drugiej strony we wspomnianym barze z "domowymi" kanapkami wcale nie było tanio a sporo osób na forach internetowych miało zastrzeżenia co do świeżości. Jeśli chodzi o mnie, to czas fascynacji fast-foodami mam już dawno za sobą i w ogóle ni ciągnie mnie do tych lokali, zjem tam coś raz na miesiąc lub rzadziej. Dziwi mnie, że wciąż widuję u nich tłumy.

Dwadzieścia minut przed odjazdem pociągu kupuję knyszę we wspomnianym barze Bocadillo, znajdującym się przy wejściu na dworzec. Knysza z kotletem kosztuje 10 złotych - dodatkowa cebulka to 1 zł więcej. Podczas zamawiania pamiętajcie, aby podkreślić, że nie chcecie cebuli ani sera, cena was wtedy nie rozczaruje. Nie jest to danie szczególnie pożywne - warzywa w picie polane majonezem, kilka kawałków mięsa i tyle. Na forach internetowych dominują opinie, iż nie ma to wiele wspólnego z legendarnymi knyszami, z których dawniej słynął wrocławski dworzec. Mnie smakowało, choć nie można tego nazwać rajem dla kubków smakowych.

O 17:40 odjeżdża TLK Hetman. Na peronie pojawiam się 10 minut przed odjazdem. Skład wzmocniony, w przedziałach 2-3 osoby, idę do końca składu, gdzie z radością zauważam kolejny zdeklasowany wagon pierwszej klasy. Znów mam przedział dla siebie. Podróż do Poznania przyjemna, kilka dłuższych postojów związanych z mijankami na remontowanej linii kolejowej, uwagę zwraca ładnie wyremontowany dworzec kolejowy w Kościanie.


TLK Sztygar - dodatkowa zdeklasowana "jedynka"

TLK Hetman - dodatkowa zdeklasowana "jedynka"

Do Poznania planowo mamy dojechać o 20:55. Dojeżdżamy około 10 minut przed czasem. Na peronie stoi pociąg TLK Mieszko zestawiony z nowych wagonów wyprodukowanych przez FPS Cegielski. Wagony prezentują się świetnie pod względem jakości wykonania, trudno im cokolwiek zarzucić. Dla mnie jedyny minus to brak wagonów bezprzedziałowych w składzie. Robię kilka zdjęć, po czym udaję się na miasto. Stary budynek dworca stoi od wielu miesięcy zamknięty, do centrum miasta przechodzi się teraz przez nowy dworzec, galerię, a potem przez przejście podziemne i park. Jest już po 21:00, puściutko, jedynie przed galerią kręcą się żebracy w różnym wieku proszący o drobne lub papierosa. Żebracy to plaga w okolicy poznańskiego i wrocławskiego dworca. Jest ich coraz więcej, na szczęście nie są zbyt natarczywi. Denerwuje jednak ciągłe "Ziomuś, poczekaj chwilę", "Ziomuś, nie masz szluga?" itp. W sumie okolica nieciekawa, o tej porze nie ma już właściwie nikogo, trudno się nie bać przechodząc przez przejście podziemne, a potem przez park.


Nowy wagon w pociągu TLK Mieszko

Nowy wagon w pociągu TLK Mieszko

W centrum Poznania jest już lepiej. Niepotrzebnie obawiałem się zamkniętych sklepów i braku możliwości kupna jedzenia. Czynne są "Żabki", część restauracji także pracuje normalnie, a na rynku sporo ludzi przesiadujących w ogródkach piwnych. Poznański Stary Rynek za dnia wygląda rewelacyjnie, natomiast po zmroku jest kiepsko oświetlony. To samo można powiedzieć o innych poznańskich atrakcjach turystycznych. Kolejną godzinę spędzam na spacerze po centrum od Starego Rynku do Ronda Kaponiera. Nie zaglądam na ulicę Półwiejską, bo o tej porze jest tam nieciekawie. Dużo spokojniej w okolicach "Okrąglaka" i ulicy Św. Marcin. Wiadukt nad torami przy Rondzie Kaponiera rozkopany, wracam więc na dworzec kolejowy ulicą koło Dworca Letniego.

20.04.2014 (niedziela) - Podróż nocnym TLK, Warszawa i powrót



Na dworcu jestem około 22:45. Dworzec otwarty przez całą dobę, więc decyduję się poczekać na nocny pociąg TLK Szczecinianin do Warszawy. Mam nadzieję, że spokojnie się wyśpię. Sklepy na dworcu już wprawdzie nieczynne, lecz można kupić coś do jedzenia i picia w licznych automatach. Na dworcu nie ma poczekalni, jest coś w rodzaju długiej ławy (siedziska), ciągnące się przez cały budynek. O 23:00 tylko kilku podróżnych decyduje się czekać na nocny pociąg, wkrótce dołączają do nich bezdomni. Kilka osób kładzie się, ja również. Początkowo robię to w miejscu ukrytym za automatami, ale w tej części dworca zbiera się coraz więcej bezdomnych, robi się ciasno, więc przenoszę się bliżej wyjścia do galerii, choć teraz nie jestem ukryty przed wzrokami przechodniów. Na dworcu raczej się nie wyśpicie - przez cały czas przez teren dworca przechodzą różne osoby, głównie grupki młodzieży. Niektórzy zachowują się dość głośno. W dodatku z każdą godzinę przybywa bezdomnych - po 1 trudno wygodnie leżeć. Nie ma na nich siły. Ochrona ich budzi, zabrania leżeć, a po odejściu ochroniarzy oni znów się kładą. I tak w kółko. Ochroniarze witają się z nimi po imieniu, natomiast zwykłym podróżnym nie przeszkadzają. Mnie budzili tylko raz. Pytali się gdzie mam buty, bo myśleli, że mi ukradli. A miałem schowane w siatce w plecaku. Większość osób kładła się w butach, inni kładli obuwie za ławę (siedzisko). Ogólnie nie jest źle, jednak nie polecam tego dworca do spania. Po drugiej w nocy idę na pociąg do Warszawy.

W pociągu sporo osób. Wydaje się, że trochę mniej podróżnych jest w wagonie bezpośrednim Gorzów Wielkopolski - Warszawa (w ogóle nie wiedziałem, że taki wagon kursuje). Udaje mi się znaleźć pusty przedział. Odjazd pociągu opóźnia się z powodu spóźnionej grupy młodzieży. Nie wyglądają na dresiarzy, ale ich słownictwo przeraża. Niemal same wulgaryzmy. Jako ostatni dobiega osobnik o ksywie "Tweety" i pociąg rusza. W tym czasie na sąsiednim peronie popisy daje inna grupa podchmielonej młodzieży - ścigają się z ruszającym pociągiem, krzycząc na cały głos "Polska to pany". Ci, co wsiedli do pociągu, z początku zachowują się bardzo głośno. Zapowiada się koszmarna noc, na szczęście wkrótce śpiewy i krzyki milkną, a ja zasypiam. Budzę się jedynie na mijanych stacjach. Rozczarowało mnie Kutno - wyremontowany dworzec czynny całą dobę. Z okien pociągu widać jednak, iż poczekalnię okupują sami podejrzani osobnicy. A planowałem przesiadać się tam w nocy...

Przed Warszawą czas umyć zęby i przygotować się do zwiedzania miasta. Nikt mnie nie okradł, nie widziałem podejrzanych osobników, nie było tak źle jak myślałem, kiedy wyjeżdżałem z Poznania. Podsłuchałem rozmowę drużyny konduktorskiej, z której wynika, że jednego z pasażerów okradziono.

O 06:33 wjeżdżamy na stację Warszawa Gdańska. W związku z remontem Mostu Średnicowego pociągi jadące z i do Warszawy zatrzymują się na różnych stacjach, co komplikuje życie podróżnym. Pierwsze wrażenie ze stacji Warszawa Gdańska bardzo dobre - wyremontowane perony, niedaleko nowoczesne budynki. Czar pryska, kiedy przechodzi się z przejścia podziemnego do budynku dworca. Jeżeli nie musicie, nie idźcie na dworzec, lepiej udać się od razu na stację metra.


Okolice dworca Warszawa Gdańska

Pałac Kultury i Nauki

W środku dworzec wygląda fatalnie - szaro, ponuro, w niedużej hali na ławkach wszystkie miejsca zajęte. Do dyspozycji podróżnych są kasy, informatorzy mobilni PKP Intercity oraz automat z napojami i przekąskami. Szybka wizyta w jeszcze gorszej toalecie, po czym równie szybko postanawiam opuścić to miejsce. Dojeżdżam metrem do stacji Centrum. Do czerwca 2014 roku, kiedy zakończy się remont Mostu Średnicowego, pasażerowie z ważnymi biletami PKP Intercity mogą na ich podstawie podróżować metrem z dworca Warszawa Gdańska do stacji Centrum. Niby tylko trzy stacje, ale jaka frajda. Warszawskim metrem jeszcze nie jechałem, więc pojeździłem sobie podczas mojej krótkiej wizyty w Warszawie.

Pogoda piękna, cieplutko, idę na dworzec Warszawa Centralna sprawdzić, jak z otwarciem sklepów. W hali dworca, poza ochroniarzami, żywego ducha. W pasażu handlowych czynnych jest kilka lokali gastronomicznych, ale na razie podróżnych jak na lekarstwo. Później się to zmieni. Na razie kupuję kanapkę za 6,9 zł w sklepie 1minute (bardzo smaczna, jak się później okazało)

Niecałe trzy godziny przeznaczam na spacer po centrum Warszawy. Klasyczna trasa - Nowy Świat, Plac Zamkowy, powrót przez Plac Piłsudskiego, Ogród Saski i Marszałkowską. Stolica wyludniona, poza pojedynczymi przechodniami i nielicznymi turystami nie ma nikogo. Więcej osób pojawia się jedynie w okolicach kościoła św. Krzyża po zakończeniu nabożeństwa. Przy ulicy Nowy Świat czynny jest jeden lokal gastronomiczny. O ile na Nowym Świecie i Krakowskim Przedmieściu można jeszcze kogoś zobaczyć, to na Placu Piłsudskiego stoi tylko dwóch żołnierzy przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Od Placu Piłsudskiego do Marszałkowskiej żywej duszy. Nic dziwnego, że zwracam uwagę pieszego patrolu policji. Dziwnie się patrzą, ale nie legitymują mnie. Po 09:30 na ulicach jest już trochę więcej ludzi, miasto nie wydaje się wymarłe, daleko jednak do ruchu w dniach roboczych.

Po spacerze wracam na dworzec Warszawa Centralna. Waham się, którym pociągiem wracać. Niemal o tej samej porze jedzie TLK Janusz Korczak do Krakowa i TLK Kormoran do Bielska-Białej przez Katowice, gdzie mam przesiadkę. Wybrałbym "Kormorana", wcześniej postanowiłem upewnić się w informacji, jakie mam połączenia z Krakowa i Katowic. W Katowicach musiałbym czekać na przesiadkę 4 godziny, natomiast w Krakowie czekam tylko 50 minut, więc nie ma co się zastanawiać. Przed wyjazdem zjadam jeszcze zapiekankę margeritę za 7,5 zł - taka jak na stacjach benzynowych. Mnie smakuje. TLK Janusz Korczak zwykle jest zatłoczony, dziś jednak, po raz kolejny podczas tej podróży, udaje mi się znaleźć pusty przedział, choć nie było to łatwe. Większość pasażerów to turyści z różnych krajów, wagony najróżniejszego standardu. Podróż przesypiam, budzę się dopiero przed Krakowem. Przyjazd punktualny.

W Krakowie na dworcu podziemnym bez problemów kupuję bilet do Oświęcimia. Kilkanaście minut spaceruję po dworcu prezentującym najwyższy europejski poziom. Niemal wszystkie sklepiki i lokale zamknięte, czynna jest tylko kawiarnia Coffee Corner i budka z kebabami między dworcem kolejowym a autobusowym. O 14:50 odjeżdża pociąg do Oświęcimia. Połączenie obsługuje EN71, nie pamiętam numeru. W środku mało pasażerów, podróż pomiędzy Krakowem a Oświęcimiem zwykle dłużyła się niemiłosiernie, dziś jechało się jakoś przyjemnie. O 16:39 kończę swoją podróż na oświęcimskim dworcu.

Podsumowanie



Krótka, niezbyt ambitna podróż, przyjemna odskocznia od świątecznego obżarstwa i nudy. Oczywiście można było zwiedzić więcej, lepiej wszystko zaplanować itp. Kwestia chęci, podejścia i sił. Dla mnie to pierwsza podróż od 9 miesięcy, więc wybrałem łatwą trasę.