Świat Podróży Kolejowych - Bałkany 2010 - relacje z podróży

Świat Podróży Kolejowych

Obserwuj nas


Mapa odwiedzin


Statystyki od 25.04.2017 r.

Free counters!

BAŁKANY 2010


Strona główna --> Moje podróże
Zamierzałem dotrzeć do Stambułu lub tureckiego miasta Konya, a później kilka dni odpocząć u krewnej w Atenach. Niestety, pech pokrzyżował moje plany. Kto bowiem mógł przewidzieć erupcję wulkanu, która w konsekwencji uniemożliwiła mojej krewnej powrót z Londynu do Aten oraz kupno miejscówek na pociąg do Stambułu? Miało być pięknie, wyszło fatalnie.

Dzień 1. 14.4.2010 Bratysława, Budapeszt



Podróż rozpocząłem z Brna porannym pociągiem do Belgradu. Ze względu na oszczędności dojechałem nim tylko do Bratysławy, gdzie kupiłem bilet powrotny do Budapesztu za 15 euro. W słowackiej stolicy spędziłem dwie godziny, w czasie których fotografowałem pociągi. Pogoda była okropna. Muszę przyznać, że słowackie pociągi Intercity prezentują się bardzo ładnie, większością z nich nie miałem jednak okazji jechać. Po dwóch godzinach wsiadłem do pociągu do Budapesztu. Na miejscu byłem o 14:24.

Na dworcu były kontrole biletów przy wejściu na perony, więc fotografowanie pociągów międzynarodowych nie wchodziło w grę. W internecie czytałem o konieczności wykupienia zezwolenia na robienie zdjęć majątku kolei węgierskich, nikt jednak o tym tutaj nie słyszał. Kontrola biletów była również przy przejściu do przechowalni bagażu. Nie wiedziałem, co robić, jednak kontroler w pewnym momencie odwrócił się, co skwapliwie wykorzystałem i oprócz pozostawienia bagażu w przechowalni zrobiłem kilka zdjęć. W kasie międzynarodowej kupiłem bilet powrotny do Belgradu za 25 euro, po czym wyruszyłem na miasto.

Budapeszt zwiedzałem pieszo i bez mapy. Nie przepadam za tym miastem, chociaż nie należy do najbrzydszych, ale niektóre zaniedbane dzielnice w centrum nie robią najlepszego wrażenia. Po niemal dwugodzinnym spacerze dotarłem na dworzec Nyugati, gdzie udało mi się sfotografować sporo pociągów podmiejskich i węgierskich Intercity. Dzień skończyłem spacerem po ścisłym centrum. Znów nie udało mi się zwiedzić drugiej strony miasta. Muszę przyznać, że spacer był przyjemny. Trochę się uspokoiłem.

Na dworzec Keleti wróciłem ok. 21. Nie było już kontroli. Próbowałem fotografować wnętrza nocnych kuszetek i wagonów sypialnych, jednak z reguły kończyło się na ucieczce przed rozwścieczonymi konduktorami. Tylko jeden Czech i jeden Węgier pozwolili mi fotografować. Reszta była agresywna, szczególnie Polacy i inny Węgier z wagonu sypialnego.

Na pociąg do Belgradu czekałem do 23. Muszę przyznać, że było dużo lepiej niż trzy lata temu. Chociaż do pociągów podchodzili taksówkarze i naganiacze, to nie było nachalnych cinkciarzy i żebraków. Nie było widać meneli, ani bezdomnych. Czułem się dużo bezpieczniej niż wtedy, chociaż ochrony ani policji również nie widziałem.

Noc z 14 na 15 kwietnia 2010



Pociąg nocny do Belgradu został podstawiony piętnaście minut przed odjazdem. Zamiast spodziewanych serbskich, idealnych do snu, wagonów, kursują teraz węgierskie wagony o standardzie identycznym jak w większości czeskich pociągów pospiesznych, czyli niewygodny skaj. We wszystkich przedziałach była jedna, góra dwie osoby. Do mnie dosiadła się młoda Serbka, stwierdziła bowiem, że wyglądam na porządnego oraz jakaś starsza pani z Serbii, która bała się złodziei.

Na różnych stronach z relacjami z podróży (polskich i zagranicznych) jest napisane, że Serbowie mówią, że to Węgrzy kradną. Autorzy wyśmiewają Serbów oskarżając ich o szowinizm i paranoję oraz czasem twierdząc, iż to właśnie Serbowie dokonują kradzieży. Również tak myślałem, jednak wydarzenia tej nocy pokazały, że w tych pogłoskach jest coś na rzeczy.

W przedziale wygodnie mogły spać dwie osoby, nas było troje. Kobiety zaczęły plotkować i wystarczyło pół godziny, żebym dokładnie znał historię życia każdej z nich. Młoda Serbka miała w Berlinie chłopaka z Gambii, do którego raz w miesiącu jeździ z Suboticy (na własny koszt). Myślałem, że tylko Polki są takie. Starsza pani dużo mówiła, lecz mało było w tym logiki. Ciągle wspominała o złodziejach w pociągu. Od razu po odjeździe ze stacji rzuciło mi się w oczy dwóch postawnych, łysych panów, którzy wyjątkowo często chodzili po wagonie podejrzanie rozglądając się po przedziałach. Pociąg szybko nabrał opóźnienie. Często zatrzymywał się w szczerym polu. Takie postoje trwały nawet piętnaście minut. Przedziały dały się zamknąć, więc zamknąłem i wszyscy troje usnęliśmy. Jestem bardzo zestresowany, cierpię na bezsenność, więc obudzi mnie byle co. Tak się stało i tym razem. Obudziłem się w momencie, kiedy dwóch wspomnianych wcześniej panów, wraz z trzecim, trochę mniej postawnym, próbowało otworzyć nasz przedział. Jak tylko zobaczyli, że otworzyłem oczy, poszli dalej. Wkrótce wysiedli w Kiskunhalas, pewnie po to, żeby wsiąść do pociągu z Belgradu do Budapesztu. Nie wiem czy kogoś okradli, ale nie mogłem już usnąć do serbskiej granicy.

W Suboticy wysiadła młodsza z towarzyszek podrózy i można się było wygodnie położyć. Starsza pani opowiedziała serbskiemu konduktorowi o złodziejach. On tylko szyderczo się uśmiechnął i mruknął do siebie "Węgrzy".

Dzień 2. - 15.4.2010 Belgrad



Po Belgradzie nie spodziewałem się rewelacji. 3 lata temu wywarł na mnie bardzo złe wrażenie. Wydawał mi się przygnębiającym miastem, a o wizycie we wstrętnej toalecie na dworcu wolałem zapomnieć. Przed miastem wyjrzałem za okno w celu sfotografowania cygańskich slumsów w okolicach stacji Novi Beograd. Ku mojemu zdziwieniu po slumsach ani śladu.

Na dworcu bez problemów kupiłem Balkan Flexipass i rezerwację na wagon sypialny do Sofii. Po pozostawieniu bagażu w przechowalni przez kilka godzin fotografowałem pociągi. Znowu musiałem uciekać przed konduktorami wagonów sypialnych z Czarnogóry. Po 11 pojechałem na półtorej godziny do Nowego Sadu. Chodziło głównie o podładowanie baterii w aparacie cyfrowym. Węgierskie klimatyzowane wagony idealnie nadawały się do tego celu. W pociągu, co mnie bardzo ucieszyło, obowiązywał całkowity zakaz palenia.

Na trasie do Nowego Sadu jest tylko jeden ciekawy moment - most drogowo-kolejowy w Nowym Sadzie. Wygląda to tak, że na środku jezdni biegną tory, po których co jakiś czas przejeżdża pociąg. Ruch samochodowy jest wtedy wstrzymywany. Świetne przeżycie.

W Nowym Sadzie dopisywała pogoda i nastrój. Było słonecznie i ciepło, ale nie za gorąco. Miałem mało czasu, ograniczyłem się więc do szybkiego spaceru po deptaku. Nie wiem dlaczego, ale lubię to miasto.


Nowy Sad - most drogowo-kolejowy

Nowy Sad - deptak

Na dworzec przyszedłem pół godziny wcześniej niż planowałem. Udało mi się sfotografować jednostkę elektryczną oraz autobus szynowy z miejscowości Sombor. Na dworcu było sporo policjantów, spodziewano się bowiem wizyty chuliganów w związku z jakimś meczem piłkarskim.

Do Belgradu jechałem pociągiem pospiesznym zestawionym z wagonów bezprzedziałowych. Nie byłem tym zachwycony, ponieważ byłem przekonany, że podobnie jak trzy lata temu część dla palących i niepalących będzie oddzielona tylko szybką i nikt zakazu palenia w części dla niepalących nie będzie przestrzegał. Czekało mnie miłe zaskoczenie. Pociąg był bardzo wygodny i obowiązywał w nim całkowity zakaz palenia, którego przestrzegano.

W Belgradzie była również piękna pogoda. Akurat był dzień żałoby za ofiary katastrofy w Smoleńsku. Była to żałoba raczej symboliczna, polegająca na opuszczeniu flag do połowy masztów, specjalnej szacie graficznej gazet i zmianie programu telewizyjnego. Ten gest warto zapamiętać. W Serbii Lech Kaczyński jest bardzo ceniony ze względu na sprzeciw wobec uznania niepodległości Kosowa.

Życie jednak toczy się dalej. Belgrad o wiele lepiej prezentuje się w promieniach słońca. Dzień zakończyłem przyjemnym spacerem. Odwiedziłem szalet w centrum, w którym zamontowano zamki, kupiłem pyszne serbskie pieczywo. Na koniec postanowiłem odwiedzić znienawidzony szalet na dworcu kolejowym. Było po dwudziestej. Przygotowywałem się do zrobienia wstrząsających zdjęć, miałem też kamienie i gaz łzawiący na obronę przez panami, o których nie wolno negatywnie pisać. O dziwo, nie było ich, a sam szalet został wyremontowany. Toalety wprawdzie dalej są tureckie, jednak wnętrze wygląda i tak sto razy lepiej niż trzy lata temu, kiedy przypominało raczej sceny z horrorów najwyższej klasy.


Novi Beograd - blokowisko

Belgrad

Dzień 3. - 16.4.2010 Sofia



W bułgarskim wagonie sypialnym jechałem sam. Wbrew informacjom w internecie, wagony na liniach międzynarodowych nie mają pryszniców. Jakość też nie jest rewelacyjna. Liczy się jednak zakaz palenia. Konduktor ostrzegał nas przed złodziejami wpuszczającymi do środka gaz i otwierających przedziały specjalnym kluczem oraz magnesem. Po kilku modyfikcacjach mój przedział był nie do zdobycia. Oprócz kontroli granicznej nie było przerw w podróży, dzięki czemu wyspałem się. Do tej pory wszystko przebiegało zgodnie z planem. Niestety, wkrótce miało się to zmienić.

Do Sofii przyjechaliśmy punktualnie po siódmej rano. Poprzednio bagaż zostawiłem w przechowalni, tym razem znalazłem strzałkę do skrzynek bagażowych, których jednak nie mogłem znaleźć. Od razu pojawiła się przy mnie "chodząca informacja" w postaci podejrzanie wyglądającego typka. W kantorze wymieniłem 5 euro po niekorzystnym kursie i mogłem wrzucić 4 monety do skrzynki.

"Chodząca informacja" nie dała spokoju. Wiedziałem, że będzie chciał pieniądze, lecz nie wiedziałem, jak się go pozbyć. Już chciał mnie oprowadzać po Sofii, załatwić taksówkę, hotel, prostytutki. Znał serbski, więc chwilę pogadałem. Jako opłatę za informację chciał 1 euro. Chciałem go spławić, więc wynegocjowałem, że dam mu 1 lew. Dużo (ok.2 zł), lecz nic drobniejszego nie miałem i nie chciałem sobie psuć wycieczki niepotrzebną kłótnią.

Przeciętny podróżnik napisze w swojej relacji zachwycony, że wspaniały miejscowy się nim zainteresował i chciał mu pomóc. Będzie wychwalał gościnność. Niestety, ludzie chcą być oszukiwani, a przy tym nie chcą tego widzieć. Wolą żyć złudzeniami. Prawda jest taka, że dla tubylców w krajach masowej turystyki jesteśmy źródłem łatwego zarobku. Jesteśmy frajerami.


Sofia

Sofia

Sofia nie należy do najpiękniejszych i najczystszych miejsc, jest w nie jednak coś takiego, że bardzo mi się podoba. W dniu mojej wycieczki ciągle lało, w kantorach przy dworcu były bardzo niekorzystne kursy (bank, w którym wymieniałem pieniądze 3 lata temu zlikwidowali), a z bankomatu w tym miejscu bałem się pobierać pieniądze, wybrałem się więc do centrum. Bankomatu, w którym mogłem pobrać pieniądze bez prowizji, szukałem ponad godzinę, ale w końcu znalazłem i pobrałem 80 lewów. Wróciłem na dworzec kupić rezerwację do Stambułu, lecz nie było miejsc. Wszystko wykupione. Bez problemu udało mi się dostać rezerwację na sypialny do Bukaresztu (10 Euro). Cena to 19 lewów, policzyli mi 3 lewy za wydanie biletu. Wkurza, kiedy wszędzie próbują oszukać. Na dworcu autobusowym skorzystałem z darmowego internetu i przeczytałem o wybuchu wulkanu oraz o zamknięciu przestrzeni powietrznej w większości krajów Europy. Wiedziałem, że moja krewna nie doleci do Aten, a wszytkie plany runęły, bowiem ludzie przesiedli się z samolotów do pociągów.

Pospacerowałem jeszcze po mieście. Ze względu na ulewny, nieustający deszcz po dwóch godzinach wróciłem na dworzec i do wieczora fotografowałem pociągi. Miałem szczęście, bowiem w tym dniu odbywała się prezentacja nowego pociągu do Burgas złożonego ze zmodernizowanych poniemieckich wagonów. Na peronie pierwszym pojawiło się mnóstwo dziennikarzy i oficjeli, ja nawet udzielałem wywiad jednej z telewizji. Pociąg rzeczywiście wyglądał imponująco. Z zewnątrz i w środku.

Potem znowu się zdenerwowałem. Po sfotografowaniu pociągu do Warny zaczepił mnie koleś podający się za pracownika kolei bułgarskich i mówi "follow me", niby że potrzebuję zezwolenia na fotografowanie. Patrzę, gdzie mnie prowadzi a on do kas biletowych. Wciska się bez kolejki i mówi: "you must buy ticket". Mówię, że mam bilet, a on: "you must stamp ticket". Wkurzony wyszedłem a on za mną i chce pieniędzy za informację. Wyśmiałem go, więc poszedł obrażony.

Pod wieczór kupiłem, jak się okazało bardzo smaczne, pieczywo na drogę. Musiałem jeszcze wziąć torbę ze skrzynek bagażowych. Jak tylko podszedłem do skrzynek stanął przy mnie kolejny naciągacz i mówi ";you must insert key", po czym pokazał ręką obracanie klucza. Znowu chciał pieniądze za informację. Teraz się wkur...iłem i na gościa nakrzyczałem.

Dzień 4 - 17.4.2010 Bukareszt, Braszów



Nie planowałem jechać do Bukaresztu, więc leje rumuńskie zostawiłem w domu. To był duży błąd. Kursy w kantorach na dworcu były złodziejskie. Wypłaciłem pieniądze z bankomatu i postanowiłem jechać sypialnym do Belgradu, nie wiedziałem bowiem, czy dzisiaj jedzie pociąg do Kiszyniowa (kursuje co drugi dzień), ani nie miałem pojęcia jak uiścić dopłatę od granicy mołdawskiej do Kiszyniowa. Panie w kasach tym razem były bardzo znudzone i niemiłe. Rezerwacja na sypialny do Belgradu kosztowała aż 25 euro. Znów informacje z internetu okazały się nieaktualne, na dworcu w Bukareszcie nie mogłem znaleźć prysznica. W szalecie brzydkie toalety tureckie.

Po sfotografowaniu rumuńskich pociągów wsiadłem do bardzo wygodnego pociągu rapid do Braszowa. Udało mi się naładować baterię w aparacie cyfrowym. Część trasy została zniszczona przez niedawną powódź, pociąg jechał więc bardzo powoli, a na miejsce dotarł z półtoragodzinnym opóźnieniem. Miałem półtorej godziny na zwiedzanie. Nie było sensu iść do centrum. Zrobiłem zakupy w małym sklepiku. W pobliżu wybudowali wprawdzie centrum handlowe z Penny Marketem, lecz tam musiałbym zostawić przy wejściu plecak, wolałem więc nie ryzykować. Znowu udało mi się sfotografować sporo pociągów. Muszę przyznać, że rumuńskie pociągi są, poza tymi najstarszymi, na zaskakująco wysokim poziomie.

Warto tutaj wspomnieć o różnicach kursów w kantorach. Sprzedając 100 euro w kantorze na dworcu w Bukareszcie dostałbym za nie 300-310 lejów. Sprzedając w kantorze niedaleko dworca w Braszowie już 417 lejów. Przy wypłacie z bankomatu 430 lejów (według wyciągu z konta). Spora różnica.


Bukareszt - okolice dworca

Bukareszt - okolice dworca

Po 17 wróciłem do Bukaresztu. Było ciepło i słonecznie, miałem więc zamiar podjechać metrem pod budynek parlamentu. Niestety, metro jeździło co 10 minut, później musiałem złapać przesiadkę, co skłoniło mnie do pójścia na piechotę. To był bardzo zły pomysł. Po dziesięciu minutach marszu znalazłem się w dzielnicy, która bardzo przypominała te polskie opanowane przez dresiarzy i pijaków. Raczej schowałem aparat i wycofałem się z powrotem na dworzec. Nie chciało mi się nic robić. Wałęsałem się bez celu. Kupiłem wodę mineralną oraz jedzenie na drogę. Pociąg do Kiszyniowa jednak tego dnia jechał, co tylko pogłębiło moją frustrację spowodowaną błędną oceną sytuacji.

Przedział wagonu sypialnego znów miałem tylko dla siebie. Prysznic na końcu korytarza oraz bardzo wygodne łóżko poprawiły mi humor. Na krótko. Z prysznica leciała tylko zimna woda. Po trzech dniach potrzebowałem wziąć prysznic, więc najpierw w przedziale przemywałem ciało zimną wodą, a potem w toalecie z prysznicem butelkę z wodą postawiłem na bardzo gorący kaloryfer, dzięki czemu dość szybko chociaż trochę się nagrzała. Dzięki tym działaniom udało mi się wziąć zimny prysznic bez żadnych konsekwencji zdrowotnych.

Dzień 5 - 18.4.2010 Belgrad



Rano zjadłem batonik oraz żel energetyczny. Niestety, nie przeczytałem instrukcji i zjadłem żel normalnie, zamiast rozcieńczyć go w wodzie, przez co wkrótce dostałem biegunkę. Biegunka, jak to zwykle bywa, przyszła w najgorszym momencie, kiedy wagon pociągu był przełączany w Temeszwarze. Brzuch bolał niemiłosiernie, musiałem czekać ponad dwadzieścia minut zanim pociąg ruszy, rumuńskie wagony sypialne nie mają bowiem toalet z zamkniętym obiegiem. Na szczęście końska dawka Stoperanu wspomaganego Ercefurylem pozwoliła wytrzymać okropny ból jelit. Wiedziałem, że czeka nas jeszcze godzinny postój po obu stronach granicy, więc nie ryzykowałem. Później, do końca podróży, kłopotów z żołądkiem nie odnotowałem.

Po stronie serbskiej podróż strasznie się dłużyła, chociaż trasa była ciekawa, szczególnie odcinki wzdłuż szosy, a przede wszystkim wjazd do Belgradu po rzadko uczęszczanym szlaku kolejowym, przez co pociąg wzbudzał bardzo duże zainteresowanie przechodniów i kierowców.

Na dworcu w Belgradzie wykupiłem rezerwację na wagon sypialny do Skopje za 12 euro (płaciłem oczywiście w dinarach). Pogoda po raz kolejny dopisała, w sersbkiej stolicy odbywały się jakieś biegi, przez co niektóre ulice w centrum były zamknięte dla ruchu kołowego, dzięki czemu duża część centrum po zakończeniu zawodów zamieniła się w deptak. Znów sobie spacerowałem korzystając z uroków miasta.

Miałem nadzieję, że pojadę macedońskim wagonem. Niestety, podstawili zdezelowany serbski wagon. Miejsca z rezerwacji nie liczyły się, to konduktor decydował, kto gdzie będzie spał. Normalnych pasażerów było bardzo mało, lecz pojawiło się sporo osób, które wybrały pociąg zamiast samolotu. Część z nich nie wiedziała nawet, jak kupić bilet na pociąg międzynarodowy, niektóre były przekonane, że przejazd pociągiem należy im się za darmo. Gdybyście widzieli jak z pozoru spokojni i eleganccy ludzie potrafią kłócić się z obsługą. W serbskich wagonach sypialnych tylko teoretycznie obowiązuje zakaz palenia, więc wkrótce wszystko było spowite kłębami dymu tytoniowego. Podróż przebiegła bez zakłóceń.

Dzień 6 - 19. 04.2010 Skopje



Skopje chciałem zwiedzić od dawna. Z nieznanych mi powodów Macedonia wydawała mi się bardzo tajemnicza i atrakcyjna. Tym większy spotkał mnie zawód.

Górę dworca kolejowego widziałem kiedyś w drodze do Grecji. Nic specjalnego, ale da się wytrzymać. Gorzej z budynkiem dworca w środku. Pomijając nachalnych taksówkarzy, to słabe oświetlenie sprawia okropne wrażenie. Nie wiem dlaczego, ale ten dworzec wydał mi się najgorszym, jaki kiedykolwiek widziałem. O dworcowej policji wolę nie wspominać. Na plus wypada ocenić macedońskie pociągi. Są wprawdzie stare, lecz przedziały całkiem niezłe i obowiązuje zakaz palenia (nie sądzę, żeby był przestrzegany).

Praktycznie za ścianą znajduje się dworzec autobusowy jakby z innego świata. Wygląda naprawdę porządnie. Problemy sprawiło mi odnalezienie przechowalni bagażu. Tym razem pomógł mi napakowany, łysy osiłek, który proponował mi usługi taksówkarskie. Po doświadczeniach z Sofii myślałem, że będzie chciał pieniądze, ale pomógł mi wszystko załatwić za darmo. Zostawiłem bagaż, wymieniłem pieniądze i ruszyłem zwiedzać miasto.

Przez cały dzień lało jak z cebra. Miasto, poza starą dzielnicą turecką, wydało mi się brzydką, betonową dżunglą. Wiem, że duża część zabudowy została zniszczona przez trzęsienie ziemi, jednak to,co wybudowano wygląda jakby było robione bez żadnej myśli, bez składu i ładu. Jedynym ładnym budynkiem jest dawny dworzec kolejowy, w którym mieści się teraz muzeum. Obok jest również bardzo przyzwoite centrum handlowe.


Skopje - dzielnica turecka

Skopje - most na Wardarze

Przez cztery godziny niemal bez przerwy spacerowałem. Zawędrowałem nawet na targ. Nie wiem dlaczego, ale to miasto bardzo mi się nie podobało. Działało na mnie strasznie przygnębiająco. Godzinę spędziłem w darmowej kawiarence internetowej, kupiłem smaczną kanapkę i wróciłem na dworzec fotografować pociągi. Tutaj spędziłem kolejne dwie godziny. Udało mi się zrobić trochę zdjęć, jednak ze względu na pogodę są nie najlepsze. W przerwie między fotografowaniem pociągów odwiedziłem dworcowe toalety, chyba nawet gorsze od tych, co były w Belgradzie przed remontem. Wszedłem jedynie po to, żeby zrobić zdjęcia. Po prostu wstyd. Na dworcu autobusowym toalety są sto razy lepsze, czyste i zamykane. Cena za wejście, po przeliczeniu, około 1 zł .

Na koniec spacer po zabytkowej dzielnicy, wizyta w centrum handlowym i kupno pieczywa na drogę. Pieczywo było smaczne, centrum handlowe dobrze zaopatrzone, a zabytkowa dzielnica całkiem ładna. Jest jednak coś w tym mieście, że złe wrażenie pozostało. Jeśli chodzi o ludzi, to szczególnie młodzież wydawała się jakaś taka podobna do polskich dresiarzy. Wiadomo, że nie wszyscy, ale coś nakazywało mi przez niemal cały czas daleko idącą ostrożność. Przy zakupach, podobnie jak w Serbii, nikt nie próbował mnie oszukać. Z policją nie miałem problemów, zresztą poza dworcem w ogóle jej nie widziałem. Nie wiem dlaczego, ale jakiś niesmak we mnie pozostał i Macedonię na dłuższy czas wykreślę ze swoich planów podróży. Możecie mówić, że jestem jakimś tam fobem czy innym pajacem, że potrafię tylko narzekać, lecz swojego zdania nie zmienię.

Do Belgradu wracałem tym samym wagonem, którym jechałem wczoraj. Rezerwację musiałem wykupić u konduktora.

Dzień 7 - 20. 04.2010 Belgrad



Plan był następujący: przyjeżdżam do Belgradu, jadę do Podgoricy i stamtąd nocnym pociągiem do Suboticy, skąd pojadę prosto do Brna. Niestety, ten dzień okazał się dniem kompletnie nieudanym.

W drodze z Bukaresztu do Belgradu zgubiłem zegarek i nie mogłem kontrolować opóźnień pociągów. Pociąg z Salonik do Belgradu przyjechał opóźniony ponad 90 minut. Szybko poszedłem kupić miejscówkę. Kasa była oblegana. Miałem szczęście, bo zaraz za mną ustawiła się kolejka chyba ze trzydziestu osób, które musiały zrezygnować z lotu samolotem.

Szybko kupiłem zapas pieczywa, alkohol jako upominek i wsiadłem do pociągu. W sześcioosobowym przedziale było nas pięcioro, w innych wagonach po jednej lub dwóch osobach na przedział. Jak na złość tylko mój wagon był zapełniony. Również w tym pociągu obowiązywał zakaz palenia.

Cieszyłem się, że zobaczę przepiękną trasę Belgrad-Bar, że będę przynajmniej kilka godzin w Czarnogórze, a jutro spokojnie wrócę do Brna. Nic z tych rzeczy. Pociąg jechał bardzo powoli, co chwilę się zatrzymywał. Już w Pożedze miał prawie 3 godziny opóźnienia, a przebył zaledwie 25% trasy. Po tylu nocach w pociągach nie miałem ochoty na spanie na dworcu w Barze, postanowiłem więc wrócić do Belgradu. Pociągi akurat mijały się na tej stacji, ten powrotny również był sporo opóźniony, a do Belgradu wlókł się niemiłosiernie.

W Belgradzie byłem około godziny osiemnastej. Pospacerowałem i czekałem na pociąg do Budapesztu. Tym razem jechałem w przedziale sam. Miałem kłopoty z policją, bowiem chcieli ode mnie meldunek z hotelu. Nie wierzyli mi, że od tygodnia śpię w pociągach (pieczątki w paszporcie miałem tak powbijane, że trudno było znaleźć daty wjazdów i wyjazdów). Na szczęście miałem rezerwacje kuszetek. Aczkolwiek muszę powiedzieć, że zachowywali się naprawdę kulturalnie, bez krzyków i chamstwa.

Po stronie węgierskiej tym razem złodziei nie było. Niestety, oziębiło się, a w wagonach nie działało ogrzewanie. Było tak zimno, że nie dało się spać. Miałem na sobie dwie bluzy i wiatrówkę, a trząsłem się z zimna. Inni tak samo.

Dzień 8 - 21. 04.2010 Podróż powrotna



Do Budapesztu przyjechaliśmy z około dziesięciominutowym opóźnieniem. Przez okno zobaczyłem niemieckie wagony pociągu do Berlina. Wyskoczyłem z wagonu i idę szybkim marszem do tablicy odjazdów. Patrzę - 2 minuty do odjazdu a pociąg chyba z 400 metrów ode mnie. Resztkami sił popędziłem w jego stronę nie mogąc złapać tchu. Byłem już wyczerpany. Oprócz mnie biegło jeszcze chyba z 10 osób. Do tego należy doliczyć kolejne (chyba z 20), które miały ciężkie bagaże i nie były w stanie biec. Ja byłem pierwszy "na mecie", czyli na pokładzie pociągu już po gwizdku konduktora, tuż za mną dobiegły jeszcze cztery osoby i pociąg ruszył nie czekając na resztę. Mieli pecha i musieli czekać 4 godziny na następny pociąg. Z jednej strony cieszyłem się, że zdążyłem, z drugiej nie mogłem pojąć głupoty takiego rozplanowania skomunikowań pociągów międzynarodowych.

Podróż w zasadzie przespałem. Nie chciało mi się zwiedzać Bratysławy, na pewno nie pachniałem, chociaż również pewnie nie śmierdziałem zbytnio, bowiem współpasażerowie nie odsuwali się ode mnie z obrzydzeniem. Marzyłem o prysznicu i o śnie. Po czterech godzinach podróży marzenie się spełniło...

Podsumowanie:



Dobrze zaplanowana, lecz wyjątkowo nieudana podróż. Pieniądze wyrzucone w błoto. W mojej sytuacji finansowej był to przysłowiowy gwóźdź do trumny. Jedynym pozytywnym aspektem był fakt, że ustały kłopoty z sercem. Muszę również zaznaczyć, że byłem zaskoczony dużym postępem zauważonym w Serbii. Mam tu na myśli oczywiście ten pozytywny postęp, nie ten promowany przez media. Największy zawód to Macedonia. Może miałem zbyt wygórowane oczekiwania.