Świat Podróży Kolejowych

Obserwuj nas


Mapa odwiedzin


Statystyki od 25.04.2017 r.

Free counters!

INTERRAIL 2009


Strona główna --> Moje podróże

Przygotowanie do podróży



Po raz ostatni mogłem skorzystać ze zniżki na bilet Interrail, postanowiłem więc trochę poszaleć. Podróż planowałem od pięciu miesięcy, lecz co chwilę musiałem zmieniać plany. Największym problemem były noclegi. W schroniskach młodzieżowych leżących przy dworcach niemal wszystko było zarezerwowane na długi czas przed początkiem mojej wyprawy. Drugi problem to przygotowanie kondycyjne. W moim mieście ,w czasie wakacji, nie ma kompletnie nic do roboty. Do 26 lipca był czynny basen, lecz później zamknęli do końca sierpnia i umierałem z nudów przez długie dwa tygodnie.

13 sierpnia pojechałem do Ostrawy kupić bilet oraz różne kosmetyki przydatne w podróży. Kupiłem również kilka żeli energetycznych, które później okazały się świetnym rozwiązaniem. Bilet zakupiłem bez problemu; jednak z miejscówkami były kłopoty . Na nocny pociąg z Pragi chciałem kupić miejscówkę do przedziału z miejscami siedzącymi, jednak wszystkie zostały wykupione, chociaż do czasu podróży pozostawało 5 dni. Zamiast czterech euro musiałem zapłacić dwadzieścia i to za górne miejsce w kuszetce. Nie byłem zachwycony, lecz co dało się zrobić. Planowałem jechać do Kolonii, stamtąd do Liege i Maastricht, a potem do Mons i tam przenocować trzy dni. Kuszetkę zarezerwowałem do Arnhem, żeby chociaż trochę się wyspać.

1 dzień - 18sierpnia: Praga



Pociąg z Oświęcimia do Pragi odjeżdżał o 8:13. Rano pojechałem na dworzec. Nie obyło się bez stresu. Półtora miesiąca fatalnego odżywiania oraz nerwy zrobiły swoje i żołądek zaczął wariować. Na oświęcimskim dworcu od stycznia nie ma toalety, co potęgowało moje obawy. Na szczęście za jakiś czas uspokoiłem się i wsiadłem do pociągu. W przedziale jechałem sam.

W Boguminie zmieniłem wagon na bezprzedziałowy. Miałem wykupioną miejscówkę za 35 koron czeskich na bardzo wygodne miejsce. W pociągu nie było jednak tłumów, ale w sumie lepiej było dopłacić i mieć pewność, że będzie się siedzieć. W wakacje nigdy nic nie wiadomo.

Podróż do Pragi upłynęła bez niespodzianek. Pociąg przyjechał na dworzec z dziesięciominutowym opóźnieniem. Na załatwienie kilku spraw miałem cztery godziny. Ze wszystkim szybko się uwinąłem, pospacerowałem po mieście, aby o 18:00 wrócić na dworzec i czekać na pociąg z wagonami do Amsterdamu. Nie udało mi się kupić miejscówki na TGV z Lille do Paryża.

Na peronie tłumy, niemal wszyscy palą papierosy albo piją piwo. Pociąg został podstawiony już o 18:10. Wszystko byłoby w porządku, jednak w moim wagonie nikt nie otworzył przedziałów, przez co zrobił się tłok. Klimatyzacja nie działała. Ja czekałem na peronie. Kuszetki otworzyli dopiero 5 minut przed odjazdem. Ja zająłem górną. Jechała ze mną hiszpańska para oraz skośnooki (nie piszę tego ze względu na ksenofobię, tylko nie wiem, jakiej był narodowości). Zachowywali się spokojnie. Na górze było bardzo mało miejsca, w ogóle niewygodnie a schodzenie na dół po drabince wprawiało mnie w zakłopotanie, bowiem moje nogi znajdowały się tylko kilkanaście centymetrów od twarzy współpasażerów.

W Dreźnie dosiadł się do nas jakiś Holender nieznający angielskiego i próbował konwersować po niemiecku. Otworzył piwo i chciał robić imprezę, jednak para wysiadała po szóstej rano w Kolonii. Chcieli spać, więc wyperswadowali mu ten pomysł. Potem cieszył się jak dziecko jak wypalił papierosa w toalecie. Śmiał się z byle czego, wrzeszczał, zachowywał się żałośnie. Około północy zmorzył mnie sen. Budziłem się jednak co chwilę, przez co tej nocy nie zaliczę do udanych. Klimatyzacja już działała; była to jednak dla mnie bardzo niewygodna podróż, przez którą na jakiś czas zniechęciłem się do podróżowania pociągami w kuszetce.

2 dzień - 19 sierpnia: Arnhem, Maastricht, Mons

Obudziłem się przed ósmą. Pociąg jechał punktualnie. Umyłem się, próbowałem jeszcze usnąć, lecz nie udawało się. W Arnhem wysiadłem o 9:25. Pierwszym moim zadaniem było znalezienie przechowalni bagażu. Nie było to łatwe. Na dworcu nie było ruchomych schodów a wyjście z peronu po schodach z moją ciężką i nieporęczną torbą nie było najlepszym rozwiązaniem. Sytuację rozwiązały windy znacznie ułatwiające życie pasażera. Skrzynki na bagaż znalazłem dopiero po zapytaniu w informacji. Były w bardzo dziwnym miejscu. Udałem się na spacer po mieście.

Arnhem nie jest jakimś cudownym miastem. Centrum jest dosyć ładne, zabudowane typowymi holenderskimi kamieniczkami w zwartej zabudowie poprzecinanej siecią wąskich, brukowanych ulic. Ograniczyłem się do zwiedzania centrum, bowiem upał stawał się nie do wytrzymania.

Po powrocie na dworzec próbowałem znaleźć godzinę odjazdu pociągu do s'Hertogenbosch. W planie miałem zwiedzenie wspomnianego miasta oraz Maastricht. Niestety, pociągi nie jeździły. Była wywieszona informacja, że z Nijmegen do s'Hertogenbosch jeżdżą autobusy komunikacji zastępczej. Autobusami nie jeżdżę, zdecydowałem się więc jechać przez Utrecht. Sfotografowałem kilka pociągów i wsiadłem do tego właściwego.

W pociągu do Utrechtu było bardzo wygodnie, klimatyzacja działała bez zarzutu. W Utrechcie czekałem pół godziny na pociąg do Maastricht. Był równie wygodny. Jechał bardzo szybko. Skupiłem się na podziwianiu krajobrazów.

W Maastricht upał jeszcze większy. Miasto jest piękne, lecz przy tej temperaturze musiałem ograniczyć zwiedzanie. Niemniej wrażenie bardzo pozytywne. Z Arnhem do Liege jechał już belgijski pociąg z bardzo wygodnymi siedzeniami. Właściwie poza jedną podróżą cały czas jeździłem po Belgii właśnie takim pociągiem (więcej w galerii zdjęć). Po upływie pół godziny wysiadłem w Liege. Dworzec Guillemins jest remontowany. Wygląda ładnie, lecz na razie właściwie nic tam nie ma, poza kilkoma lokalami i kasą w prowizorycznym baraku. Do tego okropny upał. Zlany potem zdecydowałem się jechać prosto do Mons. Pociąg powinien był odjechać jeszcze przed moim odjazdem, lecz dzięki opóźnieniu udało mi się go złapać. Nie obyło się bez kłopotów. Na peron, na który miał wjechać pociąg do Lille (jedzie przez Mons), pięć minut wcześniej wjechał pociąg do Brukseli i kilkoro pasażerów pomyliło pociągi. Inni wysiedli w ostatniej chwili. W drodze do Mons znowu roboty torowe. Pociąg stał chyba ze dwadzieścia minut w szczerym polu, przez co przyjechał z pięćdziesięciominutowym opóźnieniem.

Dworzec w Mons nie był zbyt ładny. Do schroniska trafiłem bez problemów; z dworca było oddalone około pięciuset metrów, które pokonałem na piechotę w dziesięć minut (z ciężką torbą). Bez torby szedłem około sześciu minut. Po zameldowaniu się zostawiłem swoje rzeczy w pokoju a następnie poszedłem zwiedzać miasto. Na dworcu kupiłem pyszną bagietkę w sklepie sieci Panos. Kosztowała 3 euro, ale była naprawdę pyszna. Przez cały swój pobyt w Belgii jadłem niemal tylko te bagietki. Do bagietki doszedł strasznie drogi napój z automatu, po czym udałem się zwiedzać miasto.

Myslałem, że centrum jest zaraz przy dworcu. Idę ulicą na wprost od dworca a tam sami Murzyni i Arabowie. Stoją grupkami w bramach albo na ulicy, krzywo się patrzą z samochodów; białych w ogóle nie widać. Wszyscy się na mnie gapią, mnie oblatuje strach, ale jakoś przechodzę i skręcam w stronę schroniska.

Właściwe centrum miasta, zaskakująco ładne zresztą, jest tuż obok schroniska. Wybrałem się na spacer po malowniczych uliczkach.

Wieczór spędziłem w schronisku. W mojej czteroosobowej sali wszystkie miejsca były zajęte. W nocy było bardzo gorąco i co chwila się budziłem.

3 dzień - 20 sierpnia. Luksemburg, Namur, Tournai



Rano zjadłem bardzo smaczne śniadanie wliczone w cenę noclegu. O wpół do dziesiątej pojechałem pociągiem do Luksemburga z przesiadką w Namur. Podróż w jedną stronę trwała trzy i pół godziny, pociąg klimatyzowany. Kolejny upalny dzień.

W Luksemburgu byłem niecałą godzinę. Miasto jest bardzo ruchliwe, pełne imigrantów do tego bardzo drogie. Spacer, ze względu na upał oraz złe samopoczucie, ograniczyłem tylko do kilku ulic wokół dworca. Pojechałem pociągiem do Namur.

W Namur również było gorąco, lecz na niebie pojawiło się trochę chmur. Miasto słynie z fortecy, na którą nie chciało mi się iść. Pochodziłem jedynie po pięknym, pełnym zabytków, centrum. Na dworcu uciekł mi pociąg. Wsiadłem do następnego. Na horyzoncie pojawiły się chmury, zaczęło się błyskać i lunęło. Zastanawiałem się nad sensem podróży do Tournai. Doszedłem do wniosku, że to tylko letnia przelotna burza i jeszcze wyjdzie słońce. Nie pomyliłem się.

W Tournai miałem przyjemność obejrzenia czegoś w stylu zwodzonego mostu (raczej podnoszony), zwodzony widziałem wcześniaj w Maastricht. Zgodnie z moimi przewidzywaniami wyszło słońce, a powietrze po burzy zrobiło się rześkie i przyjemne. Z początku miasto wydawało mi się brzydsze niż na zdjęciach, jednak później znalazłem rynek otoczony pięknymi kamieniczkami. Również boczne uliczki były niczego sobie. Do tego piękna pogoda. Na koniec zrobiłem zakupy w Carrefour Express, gdzie ceny były przeciętnie o 60 procent niższe niż w dworcowych automatach. W Mons nie widziałem żadnego taniego sklepu, znalazłem go dopiero następnego dnia.

Na dworcu znów uciekł mi pociąg. Na następny musiałem czekać ponad czterdzieści minut. Chciałem się napić dopiero co kupionej wody mineralnej, jednak nie zauważyłem, że jest gazowana, przez co przy odkręcaniu woda polała mi odzież. Kilka osób widziało to i śmiali się ukradkiem. Do schroniska wróciłem po 21. Jeszcze krótki spacerek po centrum tętniącym nocnym życiem i do łóżka. Bardzo udany dzień.


Mons

Namur

4 dzień - 21 sierpnia. Amiens, Lille



Początkowo planowałem podróż na cały dzień do Paryża. Niestety, nie udało się dostać miejscówki, zadowoliłem się więc zwiedzaniem Amiens oraz spacerkiem po okolicach dworca w Lille, gdzie byłem w ubiegłym roku. Lille w ogóle mi się nie podobało. Podczas podróży z Tournai do Lille po pociągu chodzili tam i z powrotem trzej faceci wyglądający na meneli. Myślałem, że to złodzieje, więc jak przechodzili koło mnie rozglądając się wokół, to ostentacyjnie łapałem swój plecak. W końcu dyskretnie pokazali mi policyjne legitymacje i poszli dalej.

Bardzo wygodny pociąg do Amiens, przez długą część podróży, jechał po tej samej trasie, po której jeżdżą TGV. Podróż minęła bardzo szybko.

Amiens, w przeciwieństwie do Lille, wywarło na mnie bardzo korzystne wrażenie. Dworzec wprawdzie jest brzydki a toaleta okropna (za to bezpłatna), lecz centrum miasta bardzo zadbane. Zabudowa jest różnorodna a przy tym bardzo malownicza. Gdyby nie upał i ostre słońce miałbym piękne zdjęcia. W każdym razie złe wrażenie z ubiegłego roku zostało zatarte.

Po drodze planowałem zwiedzić Arras, jednak w związku z robotami torowymi jechał tylko jeden pociąg do Lille, następne zostały zastąpione autobusami.

Po powrocie krótko spaceruję po Lille i wracam do Mons. Współlokatorzy w sali wymeldowali się, na ich miejsce wkrótce przyjadą dwaj inni i jedno łóżko pozostanie wolne. Korzystając z pustej sali zdążyłem się w końcu ogolić. Do tej pory nie było okazji.

Następnie poszedłem sobie pospacerować po uliczkach Mons. W końcu znalazłem Carrefour Express. Już przy wejściu zostałem poproszony o zostawienie plecaka przy kasie (po francusku, ale zrozumiałem). Zdenerwowałem się, bo inni wchodzili z plecakami. Ze względu na stosunkowo niskie ceny nie zastanawiałem się nad powodem "zatrzymania" plecaka. Zakupy zaniosłem do schroniska, po czym poszedłem kontynuować zwiedzanie. Spacerowałem do 22:00. Mons pozytywnie mnie zaskoczyło.


Amiens

Widok z pociągu koło Amiens

Ostatniej nocy nie wyspałem się. Jeden z gości w mojej sali co chwila krzyczał coś przez sen po francusku, przez co nie mogłem spać . W sumie schronisko muszę ocenić na plus - pyszne śniadanie, darmowy internet i konkurencyjne ceny oraz świetna lokalizacja. Wadą było nie najlepsze umieszczenie łazienki oraz prysznica. Świetne dla rodzin i małżeństw, dla indywidualnych podróżników lepsze jest w Mechelen. Ale nie ma co narzekać. Ważne, że miałem nocleg.

5 dzień - 22 sierpnia. Franfurt nad Menem



Po śniadaniu udałem się na ostatni spacer po mieście a potem szybko na dworzec. Na dworcu kupiłem bagietkę w Panos, po czym wsiadłem do pociągu do Brukseli. Tym razem pociąg był zatłoczony, dodatkowo słońce świeciło mi w twarz, ale na miejsce dojechałem do przeszkód.

W Brukseli zostawiłem musiałem czekać dwie godziny na przesiadkę. Zostawiłem bagaż w skrzynce i poszedłem fotografować pociągi. Nie udało mi się jednak sfotografować pociągu Eurostar. Trzeba było przejść przez odprawę, normalnie nie puścili. Przed podróżą kupiłem kolejne dwie pyszne bagietki w Panos Rail.

Kwadrans po dwunastej miałem pociąg ICE do Frankfurtu nad Menem. Przezornie kupiłem sobie miejscówkę za 3 euro, co było dobrym posunięciem, ponieważ do Kolonii jechało mnóstwo ludzi. Kiedyś jechałem pociągiem ICE w Austrii przez 40 minut. Moje wrażenie było jak najbardziej negatywne. Niewygodny, mało miejsca na nogi itp. Tym razem była to najlepsza podróż pociągiem w moim życiu. Pociąg jechał bardzo szybko, w pewnym momencie na tablicy pokazała się prędkość 300 kilometrów na godzinę, chociaż w pewnych momentach pewnie jechał szybciej. Te 300 na godzinę było odczuwalne jak jechał 231 na godzinę, to nie czułem tej prędkości. W każdym razie niesamowite przeżycie. Szczęśliwy wysiadłem na dworcu we Frankfurcie nad Menem.

We Frankfurcie miałem 4 godziny na zwiedzanie. Miasto ma swój klimat. Nieliczne zabytki mieszają się z drapaczami chmur, a w centrum jest mnóstwo sklepów. Po galeriach handlowych można chodzić całymi dniami. Trudno coś więcej napisać; ale wrażenie jak najbardziej pozytywne.

O 19:40 jechał pociąg ICE do Monachium. Kupiłem sobie "Wyborczą" (chociaż nie cierpię tej gazety) oraz czeską MF Dnes do poczytania, poszedłem do sklepu na dworcu, gdzie przepłaciłem za wodę mineralną, do tego oszukali mnie na 50 eurocentów, ale takie są uroki podróży. Niestety, po raz pierwszy w czasie tej podróży odezwały się kłopoty żołądkowe towarzyszące mi przy każdej podróży. Miałem szczęście, że byłem akurat na dworcu, dzięki czemu znalazłem szalet. Nie wiem co się stało, pewnie żołądek nie wytrzymał kawałka pizzy. Od kilku dni nie jadłem fast foodów, do tego zmiana wody. Do tej pory było w porządku, ale zacząłem panikować.

W pociągu zająłem miejsce blisko toalet. Jedna toaleta była zepsuta, do drugiej przez cały czas kolejka. Wziąłem dwie tabletki Nifuroksazydu i Stoperan, co rozwiązało sprawę. W tej podróży, dzięki żelom energetycznym, nie odczuwałem osłabienia spowodowanego działaniem Stoperanu. Pociąg jechał stosunkowo powoli, przynajmniej jak na ICE. Do Monachium dotarł z 30 minutowym opóźnieniem i ledwo co zdążyłem przesiąść się na pociąg Monachium-Zagrzeb.

6 dzień - 23 sierpnia. Lublana, Nowa Gorycja, Gorycja, Jesenice, Zagrzeb



W nocnym siedziałem sam w przedziale. W Salzburgu dosiadł się Afroeuropejczyk, który ze mną chwilę pogadał, ale okazało się, że pomylił pociągi i musiał wysiąść na pierwszej stacji. Nie tylko on. Później jechałem sam, ale zasnąłem dopiero po 3:00 i obudziłem się w Kranju.

O 6:05 byłem w Lublanie, skąd o 6:50 odjeżdżał pociąg do Nowej Goricy. Pociąg to zwykły, spalinowy szynobus. Dosyć wygodny, ale mało miejsca. Miał jednak jedną zaletę - otwierane okna. Później okazało się to ogromną zaletą. Oprócz mnie w pociągu było kilkoro Słoweńców oraz sporo turystów (w porównaniu do wielkości pociągu) jadących w stronę jeziora Bled. Pociąg zatrzymywał się na każdej stacji, więc pospałem sobie aż do Jesenic.

Trasa z Jesenic do Nowej Gorycji jest przepiękna. Linia kolejowa biegnie przez długi czas wzdłuż górskiej rzeki, jest mnóstwo tuneli i można podziwiać przepiękne krajobrazy. Porobiłem trochę zdjęć, lecz nie oddają one piękna tej linii, bowiem było bardzo ostre słońce i wysoka temperatura. Pociąg jedzie powoli, podróż może po jakimś czasie nużyć, ale rekompensują to wspomniane krajobrazy. Widać między innymi piękne jezioro Bled.

O 10:32 przyjechaliśmy do Nowej Gorycji. O 11:15 odjeżdżał pociąg do Jesenic, następny jechał dopiero o 14:15, więc wybrałem się od razu do włoskiej części miasta. Przejście graniczne było niedaleko. Doskwierał, jak co dzień przy tej podróży, niemiłosierny upał. Centrum włoskiej Gorycji było rozkopane. Dotarcie tam zajęło mi 15 minut, kolejne 10 to spacerek i szybki powrót. Na stacje doszedłem pięć minut przed odjazdem pociągu; musiałem coś kupić w automacie. Tu stała się rzecz niesłychana. Miałem zawieszony na szyi aparat, okulary przeciwsłoneczne, w jednej ręce jedzenie, w drugiej picie. Podczas odbierania puszki z automatu upadła mi butelka z gazowanym napojem pomarańczowym (0,5 litra). Ku mojemu zdziwieniu butelka "pękła"; a woda zaczęła się lać na wszystkie strony. Popryskała mi buty i nogi, złapałem się za głowę a wszyscy, którzy to obserwowali, mieli niezły ubaw. Wsadziłem butelkę do kosza, do odjazdu pociągu zostały dwie minuty. Patrzę na dzieło zniszczenia i kolejarzy. Mówią, żebym biegł do pociągu. Odjechałem, w pociągu wszyscy się na mnie gapią. Ale wstyd.


Jesenice z okien pociągu

Gorycja

W drodze powrotnej spałem. Nie chciało mi się fotografować, bo kończyła się bateria w aparacie, poza tym mocno świeciło słońce. Po drodze dosiadła się wycieczka niemieckich dzieci - miłośników nordic walkingu i całą drogę do Jesenic krzyczeli, śpiewali oraz naśmiewali się z ludzi na stacjach.

W Jesenicach 20 minut musiałem czekać na opóźniony pociąg Eurocity. Wsiadłem do serbskiego wagonu bezprzedziałowego, ale drzwi były zepsute. Przeszedłem przez słoweński wagon, gdzie większość miejsc była zajęta, do drugiego wagonu serbskiego, ale tam przejście blokowali rowerzyści. Do Kranja jechałem na stojąco, potem wysiedli rowerzyści i mogłem usiąść w wygodnym serbskim wagonie. Serbski wagon bezprzedziałowy to część dla palących i niepalących oddzielona szybką bez drzwi. W Austrii i Słowenii obowiązuje zakaz palenia w pociągach, ale w tym roku nie wszyscy go przestrzegali. Zresztą podobnie jest w innych krajach. W Belgii np. toalety są bez okien po jednej na wagon, a jak palacz w takiej nakopcił, to przez dłuższy czas po prostu nie nadawała się do użytku. Dobrze, że jeszcze nie trafiłem na palacza okupującego toaletę, kiedy mam biegunkę - chyba bym zabił.

W Lublanie strasznie gorąco. Chciałem załatwić nocleg na dwa dni. Poszedłem do jednego hostelu, który reklamował się, że jest blisko dworca. Niestety, to blisko okazało się piętnastominutowym spacerem, a autobusy nie jeździły przez rozkopane centrum, więc zrezygnowałem i chciałem jechać do drugiego, gdzie nocowałem już kilka razy. Niestety, nigdzie nie mogłem kupić biletu, nie miałem 1 euro w drobnych, żeby wrzucić w autobusie (miałem tylko 2 euro), a nie chciało mi się iść 20 minut z moją okropną torbą na nogach. Przedtem jeszcze pospacerowałem po centrum, wróciłem na dworzec o 16:00. Patrzę - pociąg do Zagrzebia o 16:35. Szybkie zakupy w automacie i piekarni, kupiłem dwie gazety i wsiadam do pociągu. Tym razem jadę nowym słoweńskim bezprzedziałowym wagonem klimatyzowanym. Świetne wrażenie psują jednak toalety.

Przed 19:00 pociąg wjechał do Zagrzebia. Kontrola graniczna przebiegła bez problemów. Muszę powiedzieć, że w porównaniu do sytuacji sprzed trzech lat Zagrzeb bardzo wyładniał, przynajmniej jeśli chodzi o przedmieścia. Na samej stacji tak jak było. O 21:20 odjeżdżał pociąg do Sarajewa. Trochę się bałem o bezpieczeństwo i czy wytrzymam tak długą podróż.

7 dzień - 24 sierpnia. Sarajewo, Zagrzeb



W nocnym pociągu jechałem sam w wygodnym wagonie chorwackim. W nocy, poza kontrolami granicznymi, spałem. Około 5:15 w Zenicy pociąg się zapełnił i musiałem się obudzić, żeby zrobić miejsce współpasażerom. Dosiedli się dwaj młodzi mężczyźni oraz jakiś dziadek. Wyszedłem na chwilę do toalety umyć się, to dziadek wyłożył się na moim miejscu. Po krótkiej rozmowie zwolnił moje miejsce.

Do Sarajewa wjechaliśmy o 6:30. Próbowałem sfotografować wagony pociągu do Plocze, ale głupio było, jak wszędzie byli ludzie i gapili się na mnie. Zresztą na dworcu obowiązywał całkowity zakaz fotografowania, lecz ja nic sobie z tego nie robiłem. Na dworcu kolejowym w Sarajewie nie ma przechowalni bagażu, poszedłem więc na dworzec autobusowy, gdzie zostawiłem torbę. Cena za przechowanie - 2 marki bośniackie za pierwszą godzinę, 1 marka za każdą następną. Wróciłem na dworzec, zrobiłem zdjęcia dwóch pociągów i poszedłem zwiedzać miasto.

Przy dworcu autobusowym był czytelny plan miasta. Poszedłem w kierunku, gdzie był zaznaczony kościół i duży plac. Myślałem, że to słynna dzielnica turecka, ale był to mój błąd, bowiem był to zwykły, mały kościółek i betonowy plac. W ten sposób udałem się w złą stronę i prawie półtorej godziny straciłem błądząc po blokowiskach. Już miałem zrezygnować. Później, na szczęście, znalazłem inny plan miasta i szybkim marszem skierowałem się we właściwą stronę.

O 8:25 dotarłem do centrum miasta. Kolejnych piętnaście minut zajęło mi dotarcie do dzielnicy tureckiej. Szedłem i szedłem wydawało się, że to tuż-tuż, a ciągle nie mogłem tam trafić. Pociąg odjeżdżał o 10:27, więc na spokojne zwiedzanie miasta wyznaczyłem sobie 15 minut. Dzielnica bardzo ładna, lecz myślałem, iż jest dużo większa.

Na koniec postanowiłem się umyć w toaletach w centrum miasta. Spodziewałem się wstrętnych toalet tureckich. Wchodzę, a tam lśniące czystością kabiny z normalną muszlą. Umyłem się, zrobiłem zakupy w piekarni (bagietka była przepyszna), po czym szybko na dworzec. Znalazłem skrót, dzięki czemu na dworcu byłem już o 9:45. Nie sposób się zgubić, bowiem drogę do dworca wskazuje nam wysoki wieżowiec tuż obok. W piekarni ekspedientka nie miała wydać z 10 marek, więc wyszła rozmienić do innego sklepu zostawiając mnie tam samego. Gdybym chciał, to mógłbym ukraść sporo towaru i pieniędzy.

Na dworcu autobusowym odebrałem bagaż, kupiłem coś do picia, potem na dworcu przepłaciłem za puszkę piwa "Sarajevsko". W ogóle ceny były dosyć wysokie, a jak zobaczyli, że turysta, to oszukiwali bez sumienia. Na dworcu okropnie śmierdziało papierosami. W Bośni palą niemal wszyscy.

Sarajewo niby nie jest piękne, ale podobało mi się. Ma swój klimat. Nawet takie zrujnowane blokowiska. Z drugiej strony spodziewałem się czegoś o wiele gorszego a widziałem rozwijające się miasto z centrami handlowymi i supermarketami. Warto było pojechać.


Sarajewo

Bośnia z okien pociągu

Po 10:00 zająłem miejsce w wagonie bośniackim, chyba najlepszym jaki mają w Bośni. Temperatura była bardzo wysoka i ciągle rosła. Już wydawało się, że będę jechał sam w przedziale, gdy kilka minut przed odjazdem dosiadła się do mnie para na oko dwudziestolatków. On - wyżelowany laluś, ona - umalowana lalunia i do tego brzydka. Nie to było najgorsze, ale ich zachowanie. Jak tylko pociąg ruszył, zapalili papierosy. To w Bośni normalne, nie ma bowiem podziału na przedziały dla palących i niepalących (chociaż wagon był oznaczony jako dla niepalących). Papierosy, jak na rozkaz, zapalili również ludzie w innych przedziałach. Do tego zamknęli i zasłonili okno. Na szczęście wcześniej otworzyłem okno na korytarzu. Potem zaczęli głośno słuchać muzyki. Za chwilę przyszedł konduktor i jakiś chodzący z wózeczkiem na zakupy jako wagon restauracyjny. Kupili dwie puszki Pepsi. Jedną za chwilę rozlali na podłogę, drugą wypili. Jaki syf, to szkoda gadać. Potem wyłożyli nogi na siedzenia. Nic nadzwyczajnego o ile nie robi się tego w butach jak oni. Chcieli wyrzucić coś do kosza na śmieci ale go rozwalili i papiery wrzucili po prostu pod siedzenia. Następnie zapalili po drugim papierosie i zaczęli się pieścić. Myślałem, że zaraz będą uprawiać seks, ale pociąg po czterdziestu minutach dojechał do ich stacji i wysiedli.

Warto nadmienić, że Pepsi rozlana na podłodze zamieniła się w kleistą maź praktycznie nie do usunięcia. Łatwo przylepiała się do butów. Później zostawiała ślady na korytarzu. Już teraz wiem, dlaczego po wypiciu większej ilości czegoś takiego boli żołądek.

Jedną stację przejechałem sam. Na następnej dosiadły się do mnie trzy muzułmanki ubrane w burki. Zachowywały się poprawnie. Nie rozmawiały głośno nie paliły i nie śmieciły. Wysiadły w Zenicy.

W tym mieście dosiadł się do mnie Rom na oko dwudziestoparoletni, napakowany, cały wytatuowany wraz ze swoim może siedmioletnim synem niemogącym usiedzieć na miejscu i ciągle pytającym się o zawartość mojego plecaka i torby. Jeszcze ten Rom do mnie zagadał, że w Bośni jest dużo złodziei i powinienem uważać. Sam wyglądał jak kryminalista, więc bałem się. Potem wjechaliśmy do tunelu. Bałem się, że mnie rozwalą. Później z nimi normalnie gadałem. Najlepszy był jego syn. Pokazał na otwarte okno i pyta się, czy mam spadochron. Po prostu masakra. Na szczęście za jakieś czterdzieści pięć minut wysiedli. Odetchnąłem z ulgą. Prawdopodobnie nie mieli złych zamiarów, ale różnie bywa.

O późniejszych współpasażerach nie będę wspominał, ponieważ byli normalni. W Doboju zmieniła się drużyna konduktorska. Bośniacka sieć kolejowa jest podzielona między Koleje Bośni i Hercegowiny (ŽFBiH) i Koleje Republiki Serbskiej (ŽRS). Tabor mają podobny, nie zauważyłem żeby konduktorzy wypisywali bilety, choć pasażerowie im dawali pieniądze (może jestem ślepy). Tego nie dało się zauważyć, chociaż ten, który jechał od Sarajewa do Doboja kazał pasażerom bez biletu wyjść na korytarz i tam załatwiał sprawę (w innych przedziałach nie musieli wychodzić). Nie czepiali się do mojego biletu. W serbskiej części pasażerowie nie palili w przedziałach, tylko na korytarzu.

Po drodze z Sarajewa do granicy mijaliśmy sporo miast i wsi. Wszędzie są minarety. Większość domów widocznych z okien pociągów jest bardzo zadbana. Dużo gorszy jest stan blokowisk oraz stacji kolejowych albo autobusowych.

Punktualnie o 19:45 dojechaliśmy do Zagrzebia. Wcześniej przejeżdżaliśmy obok pól minowych. W Chorwacji, mimo zakazu palenia, palacze również palili na korytarzu, ale konduktor narobił rabanu i przestali. W Zagrzebiu kupiłem bagietkę, piwko oraz słoweńską gazetkę. Chciałem wziąć prysznic w dworcowym szalecie, ale ta przyjemność kosztowała aż 25 złotych, więc zrezygnowałem. Starałem się, z powodzeniem, dbać o czystość.

8 dzień - 25 sierpnia. Wiedeń, Brno, Oświęcim



Pociąg do Monachium według rozkładu jazdy odjeżdżał o 21:20. Na tablicy odjazdów już o 20:30 napisano, że będzie opóźniony 50 minut. O 21:00 na peronie stało kilka wagonów. Poszedłem zająć miejsce, bo kręciło się dużo ludzi. We wszystkich przedziałach już ktoś siedział, jeden wagon miał wszystkie miejsca zarezerwowane. W dwóch ostatnich było dużo wolnych miejsc. Wsiadłem ja i kilkanaście osób. Jednak coś mi nie grało, bo wagony nie miały numeracji, ani tablic kierunkowych. Stanąłem w drzwiach z torbą, a wagon rusza. Szybko wyskoczyłem. Na szczęście prędkość nie była zbyt wysoka, więc nic mi się nie stało. Te dwa ostatnie wagony odczepili i wraz z pasażerami przewieźli na inny peron. Na ich miejsce doczepili jeden luksusowy. W pociągu był tłok. Najpierw siedziałem w przedziale z Amerykaninem z amerykańskiej ambasady (pewnie szpieg) - spoko gość, ale jakaś niemiecka sześcioosobowa rodzina poprosiła nas o zamianę przedziału. Dosiedliśmy się do dwojga Portugalczyków. Też byli spoko. Pociąg odjechał z siedemdziesięciominutowym opóźnieniem. Zastanawiałem się, czy jechać do Salzburga i spróbować złapać pociąg do Wiednia, czy spać w Lublanie. Wygrało to pierwsze.

Na granicy słoweńscy funkcjonariusze robili "pokazówkę". Dokładna kontrola dokumentów, sprawdzanie przez lupę; celnik się doczepił do mojej torby. Zresztą nie dziwię się mu, bo wygląda okropnie i wstyd z taką podróżować. Powiedziałem mu po słoweńsku, że nie jestem przemytnikiem i poszedł sobie.

W przedziale pogadałem z Amerykaninem i portugalską parą. W Lublanie Amerykanin wysiadł. Myśleliśmy, że się wreszcie wyśpimy, ale dosiadł się Murzyn. Nie dosiadłby się ale miał do wyboru jechać z grupą chorwackich dresiarzy, albo z nami. W końcu wyszło na to, że Portugalczycy śpią po jednej stronie siedzeń, Murzyn po drugiej, a ja spałem na podłodze.

Niestety, nie było nam dane spać. Dresiarze rozrabiali na całego. Krzyczeli, skakali, kopali w drzwi. Austriacka konduktorka zwróciła im uwagę, to odpowiedzieli jej po niemiecku, że to nie wagon sypialny. W Villach do pociągu wsiedli trzej policjanci w cywilu. Niepozorni, gapili się też na mnie, ale jak przechodzili koło przedziału dresiarzy i zaczęli się gapić, to tamci zaczęli do nich pyskować. Wtedy policjanci wyciągnęli legitymacje. Tamci nagle zapomnieli języka niemieckiego oraz angielskiego, lecz nie uchroniło ich to przed słonym mandatem. Od tego czasu był spokój.

W Salzburgu udało mi się złapać pociąg do Wiednia. W Wiedniu szybki przejazd metrem i tramwajem na dworzec Sudbahnhof i pociągiem do Brna. Pociąg, ze względu na roboty torowe, między Brzecławiem a Brnem, jechał bardzo powoli. Do Brna przyjechał z dwudziestominutowym opóźnieniem.

W Brnie wziąłem prysznic, załatwiłem ubezpieczenie, skoczyłem na internet do uczelnianej pracowni, kupiłem coś do jedzenia, miejscówki na drugą część wyprawy, na koniec poszedłem kupić żele energetyczne do sklepu sportowego, bo przy tej wycieczce świetnie się sprawdziły.

Niestety, była to zła decyzja. Do odjazdu pociągu pozostawało 30 minut. Wszedłem do sportowego w galerii handlowej niedaleko dworca. Kupiłem żele, zapłaciłem, a bramka zaczęła pipać. Wychodziło na to, że coś mam w plecaku i jestem złodziejem. Wszyscy się gapili, zlecieli się ochroniarze, w tym jeden taki kurdupel z wąsem i wypietą klatą szedł jak kozak. Nie cierpię takich cwaniaczków zgrywających twardzieli jak dostaną tylko władzę, ale powstrzymałem się, w sumie przecież nic nie ukradłem. Kilka minut sprawdzali, co jest grane. Sam im powiedziałem, żeby sobie przeszukali plecak. Wszyscy się na mnie gapili. Plecak tylko przejrzeli od góry bo miałem tam jedynie aparat cyfrowy i wodę mineralną. Potem ten kurdupel przyłożył plecak do jakiegoś czytnika zabezpieczeń i bramka już nie pipała. W końcu puścili mnie bez słowa. Straciłem ochotę na jakiekolwiek zakupy.

Pociąg do Bogumina odjeżdżał tuż po piętnastej. Zająłem miejsce w wygodnym poniemieckim wagonie. Miał jednak jedną wadę - nie dało się otworzyć okien, a nie było klimatyzacji. W innych miejsca były już pozajmowane. W takim upale było ciężko wytrzymać, w czasie prawie trzygodzinnej podróży wypiłem ponad dwa litry płynów.

W Boguminie przesiadłem się do pociągu Eurocity Comenius. Odjazd nastąpił z opóźnieniem. Do mnie dosiedli się dwaj Kanadyjczycy jadący "pieprzyć Polki" jak to sami stwierdzili. Zachowywali się jak małe dzieci i trochę zarozumiale. Nie jestem kobietą, ale nie wydawali się w ogóle przystojni. Wyglądali wręcz jak jacyś brzydale. Jednak są cudzoziemcami, a dla kobiet liczą się albo pieniądze, albo egzotyka i każdy cudzoziemiec jest idealny. Trudno nam to zrozumieć, lecz kobiety właśnie takie są.

Do Oświęcimia dotarłem z dwudziestominutowym opóźnieniem. 6 dni odpoczynku przed drugą częścią wyprawy.

Podsumowanie:



Pierwszą część wyprawy oceniam bardzo dobrze. Doceniłem zalety podróżowania dziennymi pociągami, piękne widoki i możliwość obserwacji ludzi. Mimo różnych przygód udało mi się zwiedzić dokładnie to, co sobie zaplanowałem. Upały trochę pokrzyżowały mi szyki, ale nie umniejsza to udanej podróży. Znowu nabrałem sił do życia.

Druga część



Po zakończeniu pierwszej części wyprawy postanowiłem przeczekać koniec wakacji i w dalszą część podróży wyruszyć 1 września. Początkowo celem była Portugalia, jednak do 9 września nie było wolnych miejsc w wybranym przeze mnie schronisku. Chciałem zarezerwować również nocleg w Porto, lecz nie mam karty umożliwiającej transakcje przez internet.

Coś trzeba było z tym zrobić. Nie udało się również zarezerwować noclegów w Toledo, ani w Walencji. Tuż przed wyjazdem otrzymałem odpowiedź z Vitorii i Granady, że mają wolne miejsca. Niestety, schroniska nie należały do najtańszych. Zdecydowałem się jednak jechać.

1.09.2009 - Brno, Wiedeń.



Wyruszyłem tradycyjnie po ósmej godzinie z Oświęcimia. W Boguminie przesiadłem się na pociąg pospieszny do Brna, gdzie miałem w planie zakup biletów, żeli energetycznych i kosmetyków. W pociągu było bardzo gorąco, ale podróż upłynęła spokojnie. W Brnie udałem się do pracowni informatycznej tutejszego uniwersytetu. Pociąg do Wiednia odjeżdżał o 16:17. Miałem trzy godziny na załatwienie spraw. Zjadłem obiad w stołówce i po dwudziestu minutach dostałem biegunkę. Szybko kupiłem trochę kanapek, skoczyłem do sklepu sportowego po żele energetyczne, a potem do kasy wykupić rezerwacje na hiszpańskie pociągi. Niestety, w kasie była akurat awaria systemu obsługi kart kredytowych.

Do Wiednia jechałem w bardzo wygodnym austriackim wagonie bezprzedziałowym. Pociąg przyjechał punktualnie. Kupiłem bilet na metro, po czym ustawiłem się w kolejce do kasy po wspomniane miejscówki. Nie znałem numerów pociągów, w związku z czym musiałem pójść do informacji i zapytać. Kiedy wróciłem z numerami do kas akurat we wszystkich okienkach obsługiwali pasażerów, którym kupno biletów zajmowało prawie 10 minut. Kiedy już byłem blisko okienka znowu odezwały się kłopoty żołądkowe i kolejne pół godziny spędziłem w dworcowej toalecie. Wziąłem dwie tabletki stoperanu . Po kolejnym półgodzinnym oczekiwaniu udało mi się, nie bez kłopotów, kupić pięć miejscówek po 6,5 Euro każda.

Na dworzec Westbahnhof pojechałem metrem ze względu na toalety na stacjach. Brzuch bolał niemiłosiernie, na jednej ze stacji znowu straciłem sporo czasu na wizytę w szalecie. Później, na szczęście, przeszło. Na dworcu Westbahnhof nie działo się nic szczególnego. Ok. 21:00 podstawiono pociąg do Zurychu.

Na pociąg wykupiłem wcześniej miejscówkę za 4 euro. Kiedy wszedłem do wagonu na moim miejscu siedział jakiś koleś. Mówił, że ma miejscówkę, miejsce obok niego jest dla jego dziewczyny, a cztery pozostałe są zarezerwowane. Nie dałem wiary jego słowom i zażądałem okazania miejscówki, machając przy okazji swoją. On stwierdził, że chyba pomylił wagony, po czym wyszedł z przedziału z wściekłym wyrazem w twarzy. Nie nabrałem się na stary numer z fikcyjną "dziewczyną" lub "chłopakiem". Przy walce o miejsca w nocnych pociągach poznacie prawdziwy charakter ludzi.

Wspomniany koleś później chodził po całym pociągu szukając miejsca; do mnie dosiadły się jakieś dwie anarchistki jadące do Innsbrucka. Jak tylko pociąg ruszył, położyłem się spać, lecz za chwilę była nieprzyjemna pobudka w postaci policyjnego nalotu i kontroli dokumentów. Sprawdzali bardzo dokładnie; dwóch mężczyzn wyprowadzali później w kajdankach na następnej stacji.

Spało się niezbyt wygodnie. Anarchistki wysiadły w Innsbrucku, dzięki czemu miałem cały przedział dla siebie. Spokojnym snem nie cieszyłem się długo. Na granicy szwajcarskiej kolejne kontrole - biletu, a później następny nalot. Jakby tego było mało, po opuszczeniu pociągu drobiazgowa kontrola w Zurychu. Szlag by trafił.

2.09.2009 - Genewa, Lozana, objazdówka po Szwajcarii.



W Zurychu chciałem rozmienić banknoty na monety (franki szwajcarskie), lecz automat akurat nie działał. Wsiadłem do pociągu ICN, którym dojechałem do Lozany. Z początku miałem tam mieć bazę wypadową, lecz znowu problemem okazał się brak automatu rozmieniającego pieniądze, przez co nie mogłem zostawić bagażu. Nie chciało mi się nic kupować w sklepie, więc pojechałem do Genewy.


Genewa

Lozana

W Genewie również nie było automatu. Kupiłem batonika za 2 franki i miałem w końcu 8 franków w bilonie. Genewa w ogóle mi się nie podobała. Rozczarowała mnie również Lozana. Ze względu na brzydką pogodę pojeździłem sobie pociągami. Wieczorem zjadłem stosunkowo tanią kolację w McDonaldzie i mijając wszędobylskich żebraków udałem się na nocny pociąg do Irun.

Pociąg odjeżdżał około godziny 21. Tym razem miałem dolne miejsce w kuszetce francuskiej (dopłata 18 Euro). Kuszetka wyjątkowo wygodna. Jak tylko pociąg ruszył, założyłem stopery na uszy i zasnąłem.

3.09.2009 - San Sebastian, Vitoria



Obudziłem się dopiero po 10:00 w okolicach Biarritz. Kuszetkę dzieliłem tylko z jednym pasażerem. Na dworze lało. W Irun byliśmy po 11:00. Pociąg miałem dopiero za 4 godziny, nigdzie nie widziałem przechowalni bagażu, pan w kasie spokojnym głosem oświadczył mi, że nie mówi po angielsku.

Na peronie zauważyłem pociągi podmiejskie bez toalet, których nie było w internetowym rozkładzie jazdy. Wsiadłem do jednego z nich. W San Sebastian również nie znalazłem przechowalni bagażu, poszedłem więc zwiedzać miasto z torbą podróżną na ramieniu. Zwiedzało się okropnie, w duchu przeklinałem Hiszpanię i miałem dosyć. Po godzinie wróciłem na dworzec, aby dwie godziny czekać na pociąg.


San Sebastian

W drodze do Vitorii

Pociąg do Vitorii był bardzo wygodny, miał również toalety. Podróż umilały piękne widoki z okien, w dodatku wyszło słońce. Do Vitorii dotarłem po 17 . Przez godzinę szukałem schroniska. Chociaż według mapy miało być dwieście metrów od dworca, to było około 500 metrów od niego, w dodatku w takim miejscu, że z pamięci nie dało się go znaleźć. Poszukiwanie zajęło mi godzinę.

Recepcjonistka bardzo słabo mówiła po angielsku, w malutkim pokoju byłem z Dominikańczykiem. Wybrałem się na dłuższy spacer po mieście. Pierwsze wrażenie bardzo dobre - wszędzie czysto, bardzo ładna zabudowa. W centrum tłumy małolatów czekały na jakieś gwiazdy, ale ogólnie bardzo mi się podobało. Poszedłem spać mając nadzieję na dobre śniadanie.

4.09.2009 - Burgos, Miranda de Ebro, Vitoria



Tej nocy dobrze się wyspałem. Śniadanie było jednak okropne. 1 krakers i 1 ukrojony kawałek bagietki to zdecydowanie poniżej standardu, do którego się przyzwyczaiłem. O 10:00 pojechałem pociągiem do Burgos. Dopłata za miejscówkę 6,5 Euro. Trasa była przepiękna. Wysiadłem w Burgos, stacja jeszcze pachniała nowością. Czar prysł, kiedy wyszedłem na zewnątrz. Z przerażeniem stwierdziłem, że znajduję się na totalnym zadupiu. Przed stacją jedynie postój taksówek, po drugiej stronie oddalonej ulicy wielki plac budowy i nic więcej. Znalazłem jakąś nieutwardzoną drogę i poszedłem w stronę najbliższych zabudowań. Po 20 minutach marszu dotarłem do jakiegoś osiedla, po czym dałem sobie spokój. Wkurzony wróciłem na stację . Na szczęście za 40 minut jechał pociąg w stronę miasta Miranda de Ebro. Tutaj miałem nadzieję na lepsze zakończenie mojego pobytu. Z peronu do wyjścia prowadził brudny tunel, po drodze zajrzałem do darmowych toalet, następnie udałem się do miasta.

Na zwiedzanie miałem tylko godzinę. Było pochmurno, temperatura około dwudziestu stopni Celsjusza. Idealna pogoda. Udało mi się obejść i sfotografować najważniejsze miejsca. Miranda de Ebro to bardzo ładne miasto, a przy tym niezbyt popularne wśród turystów.

Najlepsze czekało mnie jednak na zakończenie dnia. Po szesnastej dotarłem z powrotem do Vitorii. Miałem bardzo dużo czasu na spokojny spacer po mieście. Vitoria okazała się zdecydowanie najładniejszym miastem podczas mojej tegorocznej wyprawy. Centrum jest przepiękne, mnóstwo uliczek, zabytków i lokali gastronomicznych. Spacerowałem przez ponad pięć godzin i nie nudziło mi się. Zjadłem kolację w postaci bagietki z mięsem, fanty i frytek za 7 euro, po czym wróciłem do schroniska. Przyjechała jakaś wycieczka, więc nie dało się spać.

5.09.2009 - Podróż do Granady z przesiadką w Madrycie.



Poranek w Vitorii był bardzo zimny, świeciło jednak słońce. Wziąłem prysznic, po czym zrezygnowawszy ze "śniadania" poszedłem na dworzec. Na miejscu zjadłem 3 kanapki z jajkiem i szynką po 1,80euro każda. Strasznie chciało mi się jeść a kanapki, choć drogie, były przepyszne.

Pociąg taki sam jak wczoraj, czyli bardzo wygodny. Trasa bardzo ładna, szczególnie widoki z wiaduktów za Valladolid zapierały dech w piersiach. Najwyższa prędkość to 200 kilometrów na godzinę.

Po czterech godzinach jazdy dojechaliśmy do Madrytu. Tam miałem prawie trzy godziny na przesiadkę, więc myślałem, że będzie to dziecinnie proste. Wydawało mi się tak również wtedy, kiedy na stacji Madrid Chamartin wsiadłem do pociągu jadącego do stacji Madrid Atocha. Po kilku minutach byłem na miejscu. Problemem okazało się jednak przejście bramek, które odczytywały tylko bilety miejskie. Niestety, pozostałem uwięziony w przejściu między peronami a bramkami. Liczni ochroniarze tylko wzruszali ramionami, więc postanowiłem działać. Znalazłem miejsce, gdzie teoretycznie nie powinien sięgać wzrok ochroniarzy ani równie licznych kamer i po prostu najpierw przerzuciłem torbę, a później przeszedłem nad bramką. Ludzie oczywiście zareagowali oburzeniem, bowiem nikomu w Hiszpanii nie przyjdzie do głowy, że ktoś może mieć bilet sieciowy. Miałem to w czterech literach i spokojnie udałem się zwiedzać dworzec. Nikt z ochroniarzy nic nie zauważył.

Główną atrakcją dworca w Madrycie jest coś w rodzaju mini dżungli. Trzeba przyznać, że bardzo ładnie się prezentuje. Toalety nie są już tak ładne, ale darmowe. Oznakowanie jest trochę mylące i zdarzało się, że kobiety przez pomyłkę wchodziły do męskiej ubikacji i na odwrót. W oczekiwaniu na pociąg zjadłem smaczną pizzę w jednym z dworcowych lokali, po czym kupiłem kilka bagietek na później.


Vitoria

Dworzec w Madrycie

Pociąg do Granady nie był taki nowoczesny jak ten do Madrytu, lecz był równie wygodny, powiedziałbym nawet, że wygodniejszy, chociaż bez luksusów. Podróż upłynęła bardzo szybko, widoki za oknem tak samo piękne, jak przedtem. Ciekawostką była zmiana lokomotywy między trasą stacjami Antequera dla pociągów wysokich prędkości i Antequera dla normalnych pociągów. Pociąg wjeżdżał do czegoś, co przypominało lokomotywownię i z okien można było podziwiać wnętrze budynku. Ciekawa sprawa. Od tego momentu jechaliśmy linią niezelektryfikowaną. Niestety, zapadł zmrok, lecz nawet w ciemnościach można było dostrzec piękno hiszpańskich gór.

Do Granady dojechaliśmy przed 22. Mimo protestów ochrony udało mi się sfotografować pociąg Trenhotel do Barcelony od środka. Później, kierując się zapamiętaną mapą z Google, próbowałem odnaleźć schronisko, co okazało się rzeczą niełatwą. Skrót, który pokazywała mapa, nie był ogólnodostępny, dlatego wyszedłem w zupełnie innym miejscu niż powinienem i dosyć długo błądziłem. Po godzinie postanowiłem wrócić na dworzec i poszukać schroniska według normalnej trasy. Po ciemku chwilę pobłądziłem po brzydkiej dzielnicy przydworcowej (przynajmniej tak wyglądała w nocy), po czym w końcu udało mi się znaleźć schronisko. Jeszcze trochę a miałem iść spać pod dworzec. Zbliżała się północ. Okazało się, że pokój dwuosobowy kosztuje 16 euro, zajmowany jako jednoosobowy 24. Postanowiłem dopłacić, w końcu raz się żyje. Kupiłem puszkę coli z automatu, aby uczcić sukces.

6.09.2009 - Granada



Ten dzień przeznaczyłem na odpoczynek. Śniadanie było bardzo smaczne, całkowicie odmienne od tego w Victorii. Na dworze upał nie do zniesienia, dlatego po spacerze po okolicy położyłem się i leżałem aż do 17.

Później wybrałem się na spacer po Granadzie. Legendarną Alhambrę odpuściłem, bolał mnie brzuch, nie chciało mi się też stać w kolejce przy upale 38 stopni Celsjusza. Sama Granada wydała mi się przereklamowana. O wiele bardziej podobała mi się Vitoria. Może to poniekąd wina upału, może te tabuny turystów. Nie wiem, jednak trudno mi się zgodzić z popularną tezą, że to najpiękniejsze hiszpańskie miasto. Trudno coś więcej napisać. Niby było ładnie, lecz spodziewałem się czegoś o wiele lepszego.


Granada

Granada

O 19:45 przyjeżdżał pociąg Arco z Barcelony. Poszedłem go sfotografować. Przyjechał tylko jeden, zatłoczony wagon. Zanim wszyscy wysiedli, w środku usadowili się ochroniarze. Oczywiście nie chcieli mnie wpuścić. Twierdzili, że nie wolno fotografować, ale i tak zrobiłem kilka zdjęć.

Następnie poszedłem do schroniska, gdzie korzystając z obecności wycieczek wykupiłem kolację. Kolacja za 9 euro jest dostępna tylko wtedy, kiedy są jakieś wycieczki. Tego dnia miałem szczęście, dzięki czemu najadłem się przepysznymi sałatkami, pierogami, mięsem a na koniec wziąłem dwa jabłka.

7.09.2010 Granada, Almeria



Wstałem o siódmej rano. Już o tej porze żar lał się z nieba. Po zjedzeniu śniadania poszedłem na dworzec. Planowałem jechać na cały dzień do Almerii, jednak przy tym upale sił wystarczyło tylko na krótką podróż.

Jechał wygodny pociąg, na który trzeba było mieć miejscówkę za 4 euro, o czym nie wiedziałem, bowiem na pociąg tej samej kategorii z Irun do Madrytu miejscówka nie była obowiązkowa. Miejscówkę w końcu kupiłem u konduktora.

Podróż trwała około dwóch godzin i były to niezapomniane dwie godziny. Trasa jest po prostu cudowna, najpiękniejsza jaką kiedykolwiek widziałem. Nie jechałem jeszcze z Belgradu do Baru, lecz wątpię czy jest coś, co może pobić odcinek Antequera-Almeria. Cudo, cudo i jeszcze raz cudo. Pustynia, góry, niezliczone przepaście, wiadukty - to po prostu trzeba zobaczyć. Coś niesamowitego. Niestety, ze względu na przyciemniane szyby nie wychodzą zdjęcia.


Trasa Granada - Almeria

Trasa Granada - Almeria

W Almerii termometry pokazywały 39 stopni. Dworzec kolejowy i autobusowy jest w jednym miejscu, w mieście jest bardzo dużo Afroeuropejczyków i Arabów. Moim celem było dotarcie do morza. Niezrażony skwarem poszedłem wzdłuż torów kolejowych mijając stary dworzec. Według mapy tory prowadziły do portu. To, co zobaczyłem, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Tory kończyły się bardzo starym wiaduktem, który stał w morzu!!! Jeszcze takiej dziwnej konstrukcji nie widziałem. Niemniej robi wrażenie. Po napatrzeniu się chciałem jeszcze iść w kierunku zabytkowej części miasta, lecz w takim upale było to zbyt ryzykowne. W supermarkecie kupiłem coś do picia, po czym trochę błądząc wróciłem na dworzec. Czekając na pociąg powrotny zdążyłem sfotografować Talgo z Madrytu.

Podróż powrotna do Granady upłynęła na podziwianiu przepięknych krajobrazów. W Granadzie nie było nic do roboty. Pochodziłem po hipermarkecie niedaleko schroniska, gdzie kupiłem trochę napojów, poza tym nie wiedziałem, co zjeść. Tym razem nie było kolacji, musiałem się więc zadowolić smacznym kebabem z lokalu niedaleko dworca kolejowego.

8.09.2009 Sewilla



Stracony dzień. Wybrałem się do Sewilli, jednak na miejscu czułem się jak na patelni. Znów 39 stopni w samo południe, podmuchy wiatru wręcz parzyły. Nic nie dało się zrobić. Po krótkim spacerze zjadłem obiad w Burger King i pofotografowałem pociągi na dworcu. Niestety, trasa z Granady do Sewilli zachwyca tylko na odcinku Granada-Antequera. Potem jest nudno, a w pociągu tłoczno.

W Sewilli chciałem kupić miejscówkę na pociąg Hendaye - Paryż i Paryż - Strasburg. W kasie międzynarodowej kasjer mówił wprawdzie po angielsku, lecz przez ponad piętnaście minut nie potrafił znaleźć numeru pociągu na zapleczu i musiałem szybko biec na pociąg, bowiem miałem tylko trzy minuty do jego odjazdu. Liczyłem, że miejscówkę kupię w Madrycie.

9.09.2009 Przejazd do Irun



Pociąg z Granady do Madrytu odjeżdżał o 9:45. Zjadłem śniadanie, wziąłem prysznic i opuściłem schronisko. Wydatki okazały się wyższe niż planowałem i kończyły mi się pieniądze. Początkowo miałem jeszcze jechać do Portugalii, lecz teraz nie wchodziło to w grę. Miejscówki miałem tylko do Irun, więc jakby co, to planowałem przespać noc na tamtejszym dworcu.

Podróż do Madrytu była bardzo wygodna. Kłopoty jednak zaczęły się w Madrycie. Korzystając z nieuwagi ochrony robiłem zdjęcia pociągów. Na perony dla pociągów dalekobieżnych prowadzi osobne wejście, nie wejdzie tam nikt bez biletu, rezerwacji, ani bez szczegółowej kontroli. Niby wszystko w porządku, lecz ja po prostu nie poszedłem do wyjścia tylko przez prawie czterdzieści minut chodziłem po peronach z torbą podróżną i wchodziłem do pociągów. Myślałem, że będą kłopoty, ale ochroniarze nie zwrócili na mnie uwagi. Później grzecznie kierowali mnie do wyjścia.

Poszedłem do kasy międzynarodowej kupić miejscówki, jednak była awaria systemu i skierowali mnie na stację Chamartin. Tam musiałem dojechać pociągiem podmiejskim. Żeby się do niego dostać trzeba było znów przeskoczyć przez bramki. Tym razem zrobiłem to bez tremy i to przy odwróconych do mnie plecami ochroniarzach. Poprzednim razem ludzie byli oburzeni, teraz śmiali się z mojej zuchwałości i nieporadności ochroniarzy.

Na stacji Atocha dostałem w końcu miejscówkę na pociąg do Paryża. Miałem mało czasu, więc nie zdążyłem kupić miejscówki na pociąg do Strasburga, czego potem bardzo żałowałem. Jeszcze obiadek z Burger King, do pociągu i w drogę.

W drodze do Hendaye puszczali dosyć ciekawe filmiki, w tym jeden o dzieciaku z domu dziecka, który chciał zostać piłkarzem, co mu się zresztą udało. Film był z angielskimi napisami, więc można było się zrelaksować i obejrzeć. Kobiety na siedzeniu koło mnie popłakały się ze wzruszenia.

Stacja Hendaye w ciemnościach wyglądała okropnie. Przed wejściem do francuskiego pociągu odprawa na peronie, potem zająłem miejsca w wagonie z rozkładanymi siedzeniami. Rozkładane siedzenia ładnie wyglądają w ofercie, jednak w praktyce źle się na nich śpi. Dobrze, że dopłata wynosiła tylko półtora euro. Z początku był tłok, jednak za Bayonne podróżnych ubyło i mogłem położyć się w niezbyt wygodnej pozycji na dwóch fotelach. W takich chwilach człowiek żałuje, że tak urósł.

10.10.2009 Dzień w pociągach



Do Paryża przyjechaliśmy z dwugodzinnym opóźnieniem, bowiem w stolicy Francji był alarm antyterrorystyczny i pociąg bardzo długo stał na jakiejś maleńkiej stacji. Planowałem przejazd TGV do Strasburga, lecz nie udało się kupić miejscówki. Miejscówki nie było również na inne pociągi TGV w stronę Szwajcarii i Włoch, w związku z czym pojechałem do Lille. W Paryżu było bardzo zimno, zacinał wiatr i padał rzęsisty deszcz. Ograniczyłem się do spaceru między dwiema stacjami (P. Austerlitz - P. Lyon) i przejazdu metrem na trzecią. Muszę przyznać, że oznakowanie było bardzo dobre i nie sposób było się zgubić.

TGV jakoś nie przypadł mi do gustu i cieszyłem się, że przejazd trwał tylko godzinę. W Lille złapałem pociąg do Liege, gdzie na dworcu kupiłem moje ulubione bagietki i jechałem powolnym pociągiem regionalnym do Akwizgramu. W Akwizgramie przesiadłem się na pociąg do Kolonii, gdzie przyjechałem 20 minut po odjeździe ICE do Frankfurtu nad Menem, gdzie przesiadłbym się na inny pociąg do Monachium.

Kombinowałem, co robić. W automacie kupiłem dopłatę na kuszetkę do Monachium za 20 euro. Niestety, po 21:00 okazało się, że pociąg jest opóźniony , więc poszedłem zwrócić rezerwację. Odmówiono mi zwrotu pieniędzy. Później opóźnienie wzrosło do 120 minut. Biuro Obsługi Klienta było nieczynne, więc poszedłem do informacji. Tam powiedziano mi, że muszę zaczekać do 6 rano i potem rozpatrzą moją sprawę. Dostałem jedynie potwierdzenie o opóźnieniu pociągu.

Zdrowo się zirytowałem i przysiągłem sobie, że nie skorzystam już z niemieckich kuszetek. Na szczęście znalazł się jakiś pociąg o 1:50 do Hamburga, w którym spałem w wagonie bezprzedziałowym bez dopłaty. W Bremie musiałem zwolnić miejsce osobom z wykupioną rezerwacją. Godzinę jechałem na stojąco.

11.10.2009 Hamburg, Kopenhaga, Malmo



Na zwiedzanie Hamburga miałem niecałe trzy godziny. Nie było nic specjalnego. Zamierzałem wybrać się do Danii trochę okrężną drogą, tzn. do Fredericii i tam przesiąść się na pociąg do Kopenhagi. Miałem szczęście, bowiem w tym dniu kursował pociąg Malmo-Berlin, który część trasy pokonuje na promie. Byłem już tak zdenerwowany, że wykupiłem miejsce sypialne za 30 euro, podczas gdy kuszetka była za 15. I tak już nie miałem nic do stracenia.

Na trasie do Kopenhagi najciekawszy był most Wielki Bełt, który przejeżdżałem już w ubiegłym roku. W tym roku, po przejechaniu trasy Granada - Almeria, nie zrobił już na mnie aż takiego wrażenia, niemniej warto go zobaczyć. W pociągu był niesamowity tłok, nie było nawet gdzie stanąć.

Zwiedzanie Kopenhagi zacząłem od zrobienia zdjęć pociągów. Wymieniłem sto złotych w dworcowym kantorze. Kurs wymiany był dobry, jednak prowizja zwaliła mnie z nóg. Trudno, poszedłem zwiedzać miasto, bowiem pogoda dopisywała. Po krótkim spacerze znów, po siedmiu dniach spokoju, odezwał się żołądek. Najpierw odwiedziłem jakiś śmieszny szalet w centrum, później McDonalds, na koniec ledwo co zdążyłem do porządnego publicznego szaletu, gdzie siedziałem ponad godzinę. Wyszedłem wyczerpany i przynajmniej o kilogram chudszy; babcia klozetowa patrzyła jakby zobaczyła zjawę, czemu trudno się dziwić, bowiem jelita naprawdę dały w kość i moje jęki z bólu mogła zinterpretować na sto różnych sposobów.

Doszedłem na dworzec i przez dwie godziny nie ruszałem się stamtąd w obawie przed powtórzeniem się kłopotów. Wziąłem dwa Stoperany, co rozwiązało problem. Zrobiłem rozpoznanie w darmowym dworcowym kiblu, lecz było tam okropnie, zamiast pisuarów była jakaś rura przypominająca koryto dla świń, w dodatku w środku mnóstwo ludzi. Jakby co, to do kabiny nie dało się dostać.

Po 19:00 pojechałem do Malmo, gdzie po zrobieniu paru zdjęć przesiadłem się na nocny pociąg do Berlina. Z początku żałowałem tych 30 euro, jednak podstawiony wagon był po prostu luksusowy i była to chyba najprzyjemniejsza chwila mojej podróży. Dwuosobowy przedział sypialny miał własną łazienkę z prysznicem i ręcznikami. Przedział dzieliłem z towarzyskim Niemcem, który zafundował mi piwo na powitanie.


Kopenhaga

Szwedzki wagon sypialny

Jak tylko pociąg ruszył wziąłem upragniony, gorący prysznic. Po jakiejś godzinie pociąg wjechał na prom. Zza okna widać było ciężarówki. Za chwilę położyłem się spać i obudziłem się dopiero tuż przed wjazdem do Berlina o 6:00. Byłem wypoczęty, odświeżony i zadowolony. Warto było zapłacić 15 euro więcej.

12.09.2009 Praga, powrót



Z Berlina pojechałem rannym pociągiem do Pragi zestawionym z węgierskich wagonów bezprzedziałowych. Podróż bardzo wygodna, pod Dreznem jacyś kolesie zrobili sobie jaja - dopadli interkom i przez radiowęzeł nabijali się z konduktora oraz życzyli wszystkim miłego dnia.

Do Pragi dojechaliśmy około jedenastej. Pogoda idealna na zwiedzanie. Po tylu dniach miałem nareszcie najlepsze warunki do robienia zdjęć. Niby przejechałem przez tyle krajów, a w Pradze poczułem się jak w domu.

Na swoje nieszczęście zapomniałem, o której odjeżdża pociąg do Krakowa. Nie chciało mi się tracić pieniędzy na metro, więc szybkim marszem dotarłem na dworzec pięć minut przed odjazdem. W sumie był to najlepszy dzień mojej wyprawy. Bilet miałem ważny jeszcze przez pięć dni, lecz zabrakło pieniędzy na dłuższą podróż.


Praga

Praga

Podsumowanie:



Z jednej strony była to podróż udana, z drugiej nie. Nie udało się odwiedzić wszystkich planowanych miejsc. Z perspektywy czasu uważam tę podróż za wartą wydanych pieniędzy. Szkoda, że nie będzie już okazji powtórzyć takiej wycieczki.