Świat Podróży Kolejowych

Obserwuj nas


Mapa odwiedzin


Statystyki od 25.04.2017 r.

Free counters!

INTERRAIL 2008


Strona główna --> Moje podróże

Wstęp



Obrona pracy magisterskiej jest bardzo ważnym wydarzeniem w życiu każdego studenta. Do tego dochodzi coraz bliższy koniec dwudziestego szóstego roku życia, a tym samym różnych zniżek na pociągi. Dla mnie był to bardzo trudny rok, bowiem pisanie pracy magisterskiej musiałem pogodzić z drugimi studiami oraz pracą, z której musiałem z końcem sierpnia odejść ze względów osobistych. Wyczerpujący rok akademicki, w czasie którego miałem różne kłopoty, również zdrowotne, wypadało porządnie uczcić. Zdecydowałem się na odbycie podróży po Europie Zachodniej. Dzięki zaoszczędzonym pieniądzom ze stypendium ministra i zarobionych w pracy, mogłem sobie pozwolić na dopłaty do kuszetek oraz kilka noclegów w trakcie podróży.

Z pracy odszedłem 29 sierpnia 2008 roku. 1 września wygasała moja umowa najmu w luksusowym akademiku brneńskiej politechniki. Kupiłem wszystkie bilety, dokonałem niezbędnej rezerwacji i pojechałem do Oświęcimia, skąd 4 września miałem wyruszyć w podróż.

Plan podróży



1.Drezno
2.Malmo, Kopenhaga, Odense
3.Utrecht, Dordrecht, Mechelen
4.Bruksela, Ostenda, Bruggia
5.Breda, Roosendaal, Antwerpia, Leuven
6.Lille
7.Delft, Lejda, Haarleem
8.Zurych, Monachium
9.Lublana, Rijeka
10.Summerau, Brno
11.Ostrawa, Oświęcim
12.Odpoczynek
13.Odpoczynek
14.Odpoczynek
15.Brno, Wiedeń
16.Wenecja, Padwa
17.Brno
18.Brno
19.Wiedeń
20.Fribourg, Bazylea, Olten, Solura, Biel, Berno, Lucerna, Zurych
21.Lublana, Koper, Izola
22.Powrót do Brna

1. Dzień - 4. Września 2008; Podróż, Drezno



Punktualnie o 8:18 wyjechałem pociągiem EuroCity "Comenius" do Pragi. Rodzice, jak zwykle panikowali i odradzali mi tę podróż, jednak ja, jak zresztą zawsze, ignorowałem ich obawy. W Boguminie przesiadłem się do wagonu bezprzedziałowego, gdzie miałem wykupioną miejscówkę za 30 koron. Bałem się, że będzie tłok, bo to pociąg do Pragi, jednak było niemal pusto i w sumie niepotrzebnie dokonałem rezerwacji miejsca. Lepiej jednak dmuchać na zimne.

W Pardubicach miałem 40 minut na przesiadkę na pociąg jadący do Berlina. Biorąc pod uwagę ceny w Szwecji i Danii wolałem kupić jak najwięcej jedzenia w postaci gotowych kanapek (bageta), co też uczyniłem. Miało mi wystarczyć na ten i na następny dzień.

Pociąg do Berlina był opóźniony o 10 minut. Udało mi się zająć wygodne miejsce w niemieckim wagonie bezprzedziałowym. Obłożenie było małe, dopiero w Pradze dosiadła się bardzo hałasująca hiszpańskojęzyczna wycieczka, ale nadal siedziałem sam. Trasa z Pragi do Drezna jest bardzo ładna i warta zobaczenia. Podróż upływała bardzo przyjemnie, chociaż po paru godzinach zaczął doskwierać ból tylnej części ciała oraz kręgosłupa od długiego siedzenia. Postanowiłem więc pozwiedzać Drezno.


"Danube Express" w Oświęcimiu

Trasa Praga - Uście nad Łabą

W Dreźnie miałem na zwiedzanie około dwóch godzin. Z początku lało i było bardzo zimno, jednak za kilkanaście minut przestało padać i zelżał wiatr. Po chwilowym przejaśnieniu znowu zrobiło się pochmurno, więc zanikła nadzieja na ładne zdjęcia. Udało mi się obejść większą część centrum, po czym udałem się na dworzec. Miasto niespecjalne. Ani brzydkie, ani ładne. Przeciętne.

Do Berlina pociąg jechał, jak mi się przynajmniej wydawało, bardzo powoli jak na niemieckie warunki. Chociaż było ciemno, to mogłem zobaczyć zrujnowane stacje kolejowe i zaniedbane wioski oraz miasteczka, o których jakoś przewodniki milczą. Do Berlina dotarłem około 21:00. Tym razem jechałem wygodnym węgierskim wagonem bezprzedziałowym.

Nowy dworzec w Berlinie robi piorunujące wrażenie. Jest piękny, chyba czterokondygnacyjny. Mnie się trochę nudziło, więc jeździłem windami z góry na dół podziwiając piękne widoki. Mój pociąg odjeżdżał po 23. Kilka minut po 23 podstawiono pociąg złożony tylko z kuszetek i wagonów sypialnych. Pociąg do Malmö różni się trochę od innych pociągów, bowiem część trasy pokonuje na promie. Z tego względu pozwoliłem sobie na luksus i wykupiłem miejsce w wagonie sypialnym za 30 Euro. Przedział był dwuosobowy, wagon mimo dziwnego wyglądu zewnętrznego bardzo wygodny, przedział dzieliłem z trochę dziwnym Szwedem. Nawet był spoko, tylko strasznie puszczał bąki. Konwojentka wagonu nie znała ani słowa po angielsku. Po wyjeździe należało się wpisać na listę pasażerów (ze względu na przejazd promem). Z tego, co widziałem po nazwiskach, byłem jedynym cudzoziemcem (reszta to Szwedzi).

2. Dzień - 5. Września: Malmö, Kopenhaga, Odense



Obawiałem się choroby morskiej, więc przed wyjazdem zażyłem Aviomarin. Spałem dobrze. Obudziłem się dopiero około 6:30, kiedy pociąg był jeszcze na promie. Kołysało tak, że myślałem, iż się topimy, jednak nie musiałem wymiotować. W prysznicu nie było ciepłej wody, więc wziąłem sobie przydzielone bardzo praktyczne żele pod prysznic na dalszą podróż.

W Malmö byliśmy około 8 rano. Dworzec nie był zbyt czysty. Pierwsze kroki skierowałem do skrzynek bagażowych. Niestety, miałem tylko banknoty, lecz na szczęście w holu dworca była maszyna do rozmieniania pieniędzy, która jednak przyjęła tylko jeden z moich banknotów. Włożyłem bagaż do szafki i .... zaciął się klucz. Nie dało się go wyciągnąć, ani obrócić. Zdrowo się wk...łem i po kilku minutach zacząłem kopać skrzynke, lecz po kilkunastu silnych kopach zaczęła mnie boleć noga, więc poszedłem zwiedzać miasto. Miałem nadzieję, że wpadnę na jakieś ciekawe rozwiązanie.

Na zwiedzenie centrum miasta wystarczyło mi półtorej godziny. Niezbyt mi się podobało, chociaż była bardzo ładna pogoda. Około 10 wróciłem na dworzec myśląc, co zrobić. Znowu próbowałem kopów, lecz nic z tego. W końcu skojarzyłem, że numer telefoniczny, pod który należy zgłaszać awarię (nie mogłem zadzwonić ze względu na brak bilonu). Nazwa firmy na ogłoszeniu była taka sama jak nazwa firmy ochroniarskiej "ochraniającej" dworzec. Odszukałem ciecia z ochrony, jednak miał przerwę na śniadanie, po której szybko opuścił dworzec. Teraz wpadłem w panikę. Poszedłem do biura informacji turystycznej i poprosiłem, żeby wezwali ochronę, co też uczynili. Powiedzieli, żebym czekał przy skrzynkach. Czekałem ... ponad godzinę. Nie, nie zmyślam. Tak wygląda szwedzka rzeczywistość. Cieć na szczęście znał angielski i udało się szybko załatwić sprawę, dzięki czemu już o 11:20 wsiadłem w pociąg jadący do Kopenhagi.

Pociągi z Malmö do Kopenhagi kursują co 20 minut niemal przez cały dzień. Trasa prowadzi przez wielki most nad Bałtykiem, skąd rozpościera się niezapomniany widok na morze. Wagony są bezprzedziałowe. W czasie krótkiej podróży zdążyłem się umyć w toalecie i podsłuchać rozmowy jakichś Polaków w wieku około 40 lat w składzie dwaj mężczyźni i dwie kobiety. Spodobał mi się szczególnie ten dowcip:

- Czym się różni kobieta psa?
- Pies się łasi do swojego i szczeka na obcego, kobieta łasi się do obcego i szczeka na swojego.

W Kopenhadze na ogromnym dworcu szybko znalazłem skrzynki bagażowe. Tym razem obyło się bez problemów i mogłem iść zwiedzać miasto. Miałem na to tylko 3 godziny. W trzy godziny podobno nie można zobaczyć zbyt wiele, mnie jednak udało się zobaczyć wystarczająco dużo. Doszedłem do bardzo malowniczej uliczki nad morzem i postanowiłem zawrócić, żeby nie zabłądzić. O 14:15 byłem już na dworcu. Początkowo zamierzałem fotografować pociągi, lecz bardzo dużo podróżnych utrudniało tę czynność, więc sobie odpuściłem.

Kopenhaga bardzo mi się podobała. Jest piękna i zadbana. Ale przeraziły mnie dwie rzeczy: ceny oraz ilość imigrantów. Jest ich mnóstwo. O 15:00 pojechałem do Odense szybkim pociągiem LYN. Pociągi są dziwnie zestawione, wagony jadą w cztery różne miejsca. Pociąg był bardzo wygodny, lecz zatłoczony. Prędkości praktycznie nie czułem. Znów miałem możliwość podziwiania niesamowitych widoków. Piorunujące wrażenie robi most między Korsoer i Nyborgiem. To najpiękniejszy widok, jaki kiedykolwiek mogłem podziwiać.


Kopenhaga

Pociąg do Odense

W Odense znowu miałem problem ze skrzynką bagażową. Z początku nie mogłem przekręcić klucza i otworzyłem drzwi, akurat wtedy dało się przekręcić i straciłem ostatnie korony duńskie. Musiałem wymienić pieniądze i spróbować jeszcze raz. Tym razem się udało. Na zwiedzanie miasta miałem około 3 godzin. W zupełności wystarczyło.

Odense bardzo mi się podobało. Nie jest ani za małe, ani za duże i nie ma takiego wielkomiejskiego gwaru jak w Kopenhadze. Ceny trochę niższe, lecz niewiele. I tak jedyne zakupy zrobiłem w Lidlu, gdzie było dużo taniej niż gdzie indziej. Musiałem też skorzystać z toalety. Bezpłatne szalety w centrum miasta były okropne i nie można się było zamknąć w kabinie, drugie były zamknięte, na automatyczne kabiny nie miałem z kolei pieniędzy. Musiałem skoczyć na dworzec, gdzie już zostałem do przyjazdu pociągu.

Pociąg CNL zestawiony był z wagonów do Kolonii, Amsterdamu, Bazylei i Monachium. Wykupiłem miejsce w kuszetce za 20 Euro. Mój przedział był sześcioosobowy i całkiem wygodny. Jechało nas sześcioro, pięciu mężczyzn i jedna kobieta. Ogólnie atmosfera była sympatyczna, trochę pogadałem i usnąłem z zatyczkami w uszach, dzięki czemu spałem całą noc.

3. Dzień - 6. Września: Utrecht, Dordrecht, Mechelen



Obudziłem się po 8 na granicy niemiecko-holenderskiej. Pociąg miał godzinne spóźnienie. Miałem zamiar jechać do Amsterdamu, lecz gdyby spóźnienie wzrosło, przekreśliłoby to moje plany. Kiedy pociąg ruszył miałem jeszcze nadzieję, lecz w Arnhem szybko się one rozwiały.

W Arnhem pociąg stanął. Stanął i stał. 10, 20, 30 i 50 minut. Nikt nie wiedział, dlaczego stoi i kiedy ruszy. W międzyczasie przez pociąg przeszli złodzieje w składzie jeden Murzyn i 4 białych. Chyba tylko ja się pokapowałem, że to złodzieje. Wsiedli, przeszli przez wszystkie wagony rozglądając się po przedziałach i wysiedli. Pociąg miał już ponad dwie godziny spóźnienia. Większość pasażerów jechała do Utrechtu i zdecydowała się kontynuować podróż pociągiem InterCity. Zrezygnowałem z Amsterdamu, na zwiedzanie którego miałbym około 3 godzin i pojechałem do Utrechtu.

W Utrechcie spędziłem tylko półtorej godziny. Początkowo miałem trudności z płaceniem kartą za skorzystanie ze skrzynki bagażowej, ponieważ sześć razy automat uznał moją kartę płatniczą za nieważną. Gotówką nie można było płacić. W końcu udało się. Pogoda była brzydka, padał przelotny, ale intensywny deszcz. Zabudowa miasta jest bardzo ładna, z drugiej strony byłem przerażony liczbą imigrantów.

Następnie pojechałem pociągiem do Dordrechtu z przesiadką w Rotterdamie. Była to nieplanowana podróż, dlatego nie byłem pewien, czy się uda. Pociąg InterCity był wstrętny, zresztą, jak się później przekonałem, pociągi w Belgii i Holandii pozostawiają wiele do życzenia, aczkolwiek jeżdżą często i w miarę punktualnie. W Rotterdamie chciałem w drzwiach przepuścić jakąś kobietę, za co o mało mnie nie pobiła. Tak wygląda fanatyczny feminizm. Później trafiłem do właściwego pociągu.

Po czterdziestominutowej podróży dojechałem do Dordrechtu. Na maleńkiej stacji automat znów nie rozpoznał mojej karty płatniczej, więc musiałem skorzystać z czeskiej. Miasto zwiedzałem przez około 2,5 godziny. Zrobiłem błąd, bo w pewnym momencie poczułem się słabo a nie miałem ze sobą żadnego batonika. Spacer nad licznymi kanałami a później wąskimi uliczkami otoczonymi typową holenderską zabudową był niesamowitym przeżyciem. Nigdy nawet nie marzyłem, że kiedyś będę mógł zwiedzić takie miejsca. Świeciło słońce, temperatura wynosiła około dwudziestu stopni. Słowem: idealne warunki na zwiedzanie. Niestety, miałem mało czasu. Zabytkową część miasta udało mi się przejść, ale musiałem się spieszyć na pociąg.

Pociągi z Amsterdamu do Brukseli są wygodne i zatłoczone zarazem. Wagony oczywiście bezprzedziałowe. Usiadłem, poszedłem się umyć i chwilę się zdrzemnąłem. Siedziałem sam, kątem oka zarejestrowałem, że pasażerka z przeciwnej strony dziwnie na mnie patrzy. Myślałem, że śmierdzę, więc jeszcze raz odwiedziłem toaletę, w której posmarowałem się żelem pod prysznic, opłukałem wodą i wytarłem ręcznikami higienicznymi.

Podróż trwała około półtorej godziny. Za Antwerpią, gdzie dosiadła się do mnie Murzynka słyszę głos: "Jesteś Polakiem?". Okazało się, że pasażerka z naprzeciwka jest Słowaczką, która ma polskiego narzeczonego i jedzie do Londynu na tydzień. Po polsku mówiła dobrze, więc mogliśmy sobie uciąć dwudziestominutową pogawędkę. Kiedy mówiłem jej o bilecie i pytałem się, czy mieści się w zniżce do 26 roku życia odpowiedziała mi, że ma 34 lata. Ja na oko dawałbym jej najwyżej 29. W sumie była bardzo ładna. Przynajmniej poprawił mi się humor.

Humor popsuł mi jednak brzydki dworzec w Mechelen, niczym nieróżniący się od polskich dworców kolejowych. Siedem minut zajęło mi dojście do schroniska, w którym wykupiłem cztery noclegi za 18 euro w pokoju czteroosobowym. Jak na Europę Zachodnią to stosunkowo tanio. Wykupiłem też trzy obiadokolacje za 9 euro każda. Jak się okazało nie warte swojej ceny.


Dordrecht

Mechelen

Do obiadokolacji zostało mi półtorej godziny. Poszedłem zwiedzać Mechelen. Centrum miasta podobało mi się, tutaj jednak imigrantów jest dużo więcej niż w Niemczech, Szwecji, Danii a nawet Holandii. Nigdzie nie widziałem też toalet publicznych - w mieście, poza dworcami, ich po prostu nie ma. Spacer źle się skończył - w jednej z uliczek drogę zastąpili mi trzej młodzi na oko Marokańczycy, czyli mówiąc inaczej Afroeuropejczycy i zażądali wydania pieniędzy oraz aparatu fotograficznego. Zastosowałem to, co robię w Polsce jak do mnie ktoś pyskuje, że robię zdjęcia - kompletnie ich zignorowałem nie ujawniając żadnych emocji na twarzy. Pomogło. Co prawda opluli mnie i krzyczeli, że jestem "białym śmieciem", ale mogło skończyć się o wiele gorzej.

Obiadokolacja, jak już napisałem, nie była warta 9 euro. Ale tym razem mogłem wziąć dokładkę, więc zjadłem 3 porcje. Godzinę po zjedzeniu posiłku dostałem biegunki, po raz pierwszy i ostatni na tej wycieczce. Wieczorem się ogoliłem i poszedłem spać. Pokój dzieliłem z jakimś ponurym informatykiem, później przyjechał jakiś spoko koleś, a wieczorem przyszedł czwarty podróżnik. Z nim był problem, bowiem spał koło mnie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jego buty okropnie śmierdziały. Informatyk otworzył okno, ten koleś chciał, żeby zamknął. Myślałem, że mu przywalę, bo jak odwróciłem głowę w jego stronę, to smrodu nie dało się wytrzymać. W każdym razie noc przespałem, a nad ranem dwóch kolesi pojechało i zostałem sam z informatykiem.

4. Dzień - 7. Września: Bruksela, Ostenda, Brugia



Około 10:00 wybrałem się na dworzec. Miałem jechać do Gandawy i do Brugii, lecz w pociągu osobowym nie mogłem znaleźć toalety i wystraszyłem się. Poczekałem na InterCity jadący do Brukseli, gdzie dojechałem w przeciągu 20 minut. Wysiadłem na stacji w centrum, która była okropna. Centrum zresztą też nie było lepsze. Po obejrzeniu Grote Marktu zdecydowałem się chwilę pochodzić i uciekać stamtąd. W ogóle mi się nie podobało. Do tego padał rzęsisty deszcz, co uniemożliwiało robienie zdjęć. Podjechałem jeszcze na dworzec Bruksela-Midi. Perony wstrętne, wnętrze bardzo ładne. W ciągu 25 minut czekania na pociąg do Ostendy zdążyłem sfotografować pociąg Thalys. Cały czas okropnie lało i było zimno. Postanowiłem zaryzykować i pojechać do Ostendy, chociaż tego nie miałem w planie. Wydawało mi się, że to jakieś brzydkie miasto portowe. Pociąg przyjechał punktualnie. Był bardzo wygodny, nie było też tłoku.

Przez całą podróż za oknem lał deszcz, jednak kilka minut za Brugią rozpogodziło się, chociaż chmury pokrywały niebo. W Ostendzie miałem półtorej godziny czasu. Postanowiłem zobaczyć Ocean Atlantycki. Do oceanu nie było trudno dotrzeć. Powietrze było bardzo rześkie, kiedy zobaczyłem ocean, ogarnęła mnie euforia. Do tego zza chmur wyjrzało słońce. Byłem szczęśliwy. Dla chwil takich jak te, podczas których chodziłem po deptaku nad plażami Ostendy, warto żyć. Na koniec pospacerowałem ulicami w centrum. Poza zatłoczonym deptakiem ludzi było bardzo mało. Po prostu idealnie. Na dworzec wróciłem pięć minut przed planowym odjazdem pociągu. Pociąg miał jednak dziesięciominutowe spóźnienie. Zamierzałem przejechać się do Brugii.

Brugię polecają wszystkie przewodniki i mają rację. Miasto rzeczywiście jest przepiękne. Pogoda wprawdzie nie dopisała, miałem też tylko dwie godziny czasu, lecz wystarczyło to na pospacerowanie po zabytkowym centrum miasta. Naprawdę warto. Trudno mi coś więcej opisać, bo widziałem naprawdę dużo. Stylowe kamienice, kanały, brukowane uliczki w niepowtarzalnym stylu - po prostu samemu trzeba zobaczyć. Mnie brakuje słów, żeby wyrazić swoją radość z pobytu w takim miejscu.


Ostenda

Brugia

Po 17:00 wsiadłem do pociągu jadącego do Antwerpii. Po drodze mijałem Gandawę oraz sporo małych belgijskich miasteczek. Architektura bardzo ładna, lecz rodzimych Belgów prawie nie widać. W Antwerpii przesiadałem się do pociągu do Leuven przejeżdżającego przez Mechelen. Dworzec w Antwerpii, dopiero co wyremontowany, również robi niesamowite wrażenie. Wielopiętrowy pachnie jeszcze nowością.

W Mechelen bolał mnie brzuch. Wstąpiłem do sklepu nocnego, gdzie sprzedawca i klient palili sobie papierosy, a towary nie miały cen. Kupiłem jakiś napój w puszce za 1 Euro, następnie poszedłem do Pizza Hut kupić małą pizzę. Za pizzę zapłaciłem 5,75 Euro, a była taka mała, że myślałem, iż zrobili mnie w balona. Jedzenia miałem mało, więc w nocy budziłem się z głodu.

5. Dzień - 8. Września: Breda, Roosendaal, Antwerpia, Leuven



Rano dolegliwości minęły. Po zjedzeniu obfitego śniadania pojechałem do Roosendaal, gdzie przesiadłem się na pociąg do Bredy. Holenderska Breda nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak na innych podróżnikach; w porównaniu do innych holenderskich miast nie wyróżnia się niczym specjalnym. Nie, żeby było brzydko, ale też nie było zbyt ładnie. Toalet publicznych oczywiście brak, a dworzec wstrętny.

Następnym moim przystankiem było Roosendaal; graniczna stacja z Belgią. Akurat miałem 50 minut czekania na przesiadkę, wybrałem się więc zobaczyć jak wygląda centrum małego miasteczka. Miasteczko okazało się całkiem ładne, więc przechadzka wydłużyła się do ponad godziny, przez co później musiałem biec na pociąg. Nie zdążyłbym, gdyby nie fakt, że był opóźniony 20 minut.

Pół godziny podróży i jestem w Antwerpii. Planowałem czterogodzinne zwiedzanie, lecz miasto mnie rozczarowało. Było ładnie, lecz nie tak ładnie jak w przewodnikach i na zdjęciach. Grote Markt na żywo również nie robi takiego wrażenia. Udało mi się za to znaleźć dosyć tanią kawiarenkę internetową, z której rodzicom mogłem w końcu wysłać wiadomość, że wszystko w porządku.

Na Antwerpię poświęciłem dwie i pół godziny. Stamtąd wybrałem się do Leuven, w którym pierwotnie miałem nocować, jednak nie było miejsc. Na miejscu okazało się dlaczego. Otóż w mieście odbywał się festyn piwny, przez co w kierunku centrum waliły tłumy. Do Rynku z dworca szedłem około piętnastu minut. Centrum Leuven jest bardzo ładne. Szczególnie podobał mi się ratusz, jedna z najładniejszych budowli tego typu w Europie. Okolice Rynku również bardzo ładne. Jednak tutaj również nie ma toalet publicznych, poza knajpianymi. Dla mnie było to problemem, ponieważ z reguły w zwiedzanychmiastach szalety służą mi za punkt orientacyjny (plany miast są rzadko wywieszone), a w większości belgijskich oraz holenderskich miast szaletów nie ma. W Leuven jednak niemożliwe byłoby nie trafić do dworca. Prowadzi do niego główna ulica zamieniona w czasie festynu na deptak. Niestety, po upływie półtorej godziny musiałem opuścić to piękne miasto, bo o 19:00 czekała obiadokolacja.

Tym razem nie mogłem dostać dokładki do obiadokolacji i nie najadłem się. Mimo zakupienia paru artykułów spożywczych w nocy znowu budziłem się z głodu.

6. Dzień - 9. Września: Lille



Dzień zaczął się okropnie. Obudziłem się i od razu wiedziałem, że coś jest nie tak. Czułem się bardzo słabo, byłem głodny. Zjadłem 8 kanapek na śniadanie, lecz również to nie pomogło na osłabienie oraz głód. Dwa dni temu brałem Stoperan, więc przeczuwałem co może nastąpić.

O 10:00 poszedłem na stację. Kupiłem jakąś drożdżówkę, za kilka minut jechał pociąg do Amsterdamu, który dowiózł mnie do Antwerpii. Miałem około czterdzieści minut na przesiadkę na pociąg do francuskiego Lille. Robiłem się coraz bardziej słaby, głód doskwierał. Kupiłem dwa batony w automacie oraz dwie kanapki w jednym ze sklepów dworcowych (o dziwo były dobre i dosyć tanie).

Podczas podróży nastąpił spodziewany atak głodu energetycznego, czyli nagłe osłabienie połączone z zawrotami głowy, nudnościami i sennością. Dwa lata temu na Węgrzech o mało nie skończyło się to dla mnie omdleniem, przez co zawsze jestem przygotowany na takie coś. Tym razem miałem jedzenie, lecz tak bardzo chciało mi się wymiotować, że nie mogłem nic jeść. Myślałem, że zaraz padnę. Temperatura ciała również się zapewne podniosła. Na szczęście miałem Aviomarin, który zadziałał dosyć szybko i nudności przeszły. Potem duża kanapka, baton Snickers, do proszek izotoniczny rozpuszczony w wodzie mineralnej. Przez pierwsze 30 minut po zażyciu tej mieszanki dalej czułem się okropnie, jednak później odzyskałem trochę sił. Niebezpieczeństwo zostało zażegnane, jedynie chciało mi się spać.

Lille było całkiem inne niż sobie wyobrażałem. Pierwsze, co mnie zaskoczyło po wyjściu z pociągu to okropne pociągi osobowe jeżdżące do Valenciennes. Coś takiego widziałem ostatnio w Rumunii. Stare, brudne, dużo gorsze niż w Polsce. Druga rzecz: szalet dworcowy. Jak na taki dworzec spodziewałem się czegoś lepszego. Trzecia rzecz: wszyscy mówią tylko po francusku. Zdziwiony wyszedłem na spacer. Niestety, Aviomarin ma również skutek uboczny - czułem się jakbym wypił kilka piw i przez jakiś czas nie mogłem utrzymać równowagi. Ale jakoś poradziłem sobie.

Zwiedzając Lille zastanawiałem się gdzie jest to przepiękne miasto, o którym tyle rozpisują się przewodniki, a podróżnicy twierdzą, że to jedno z najpiękniejszych miejsc, w których byli. Mnie się w ogóle nie podobało. Po prostu nie lubię tych klimatów. Po godzinie spacerowania w ostrym słońcu wróciłem na dworzec. Miałem zamiar sfotografować pociągi TGV, co też częściowo mi się udało. Wyjąłem aparat i chodziłem sobie po pociągach. Nagle włączyło się jakieś światło. Wszedłem do TGV, zrobiłem zdjęcie, wychodzę , a tu trzej żołnierze, z czego dwaj z karabinami maszynowymi i dwaj żandarmi. Myślałem, że teraz będzie wyjazd na przesłuchanie, lecz nic sobie nie robiłem z panów zastępujących mi drogę i trzymając aparat fotograficzny w ręce poszedłem w ich stronę. Chyba byli wyraźnie zaskoczeni takim obrotem sprawy, bo mnie nawet nie skontrolowali, chociaż jeden z karabinem gapił się tak, że myślałem, iż zabije mnie samym spojrzeniem. Widziałem w jego oczach chęć naciśnięcia spustu. Panowie później kontrolowali torby niektórym, którzy wydali im się podejrzani. Mnie się nie czepiali, chociaż wręcz prowokacyjnie chodziłem koło nich. Później poszedłem na pół godziny do pobliskiego wielkiego centrum handlowego, a na koniec szybko do pociągu. Po drodze kupiłem jeszcze Big Maca w Mc Donaldzie i to by było na tyle. Francja mnie nie zachwyciła.

W Antwerpii wykupiłem jeszcze rezerwacje kuszetek. Kasjer dziwił się, że w jeden dzień chcę zwiedzić Zurych i Monachium, a na drugi jechać do Rijeki. Upierał się, iż to niewykonalne. Nie wiedział z kim ma do czynienia.

7. Dzień - 10. Września: Delft, Lejda, Haarlem



W ostatni dzień podróżowania po Beneluksie zamierzałem zwiedzić dwie perły Holandii: Delft i Lejdę oraz Haarlem, o którym niewiele wiedziałem.

Obudziłem się o 7:00. Szybko poszedłem na śniadanie, wziąłem prysznic, spakowałem się i w drogę. Miałem zamiar najpierw pojechać pociągiem osobowym do Antwerpii, tam kupić jedzenie, następnie dopiero udać się do Delft. Niestety, pociąg uciekł mi wprost z peronu, następny jechał ten InterCity, którym chciałem jechać. Udało mi się zająć wygodne miejsce, po półtorej godziny byłem w Rotterdamie. Warto wiedzieć, iż podczas podróży do Rotterdamu co chwilę konduktorzy informowali przez głośniki o kieszonkowcach w pociągu. W Rotterdamie znalazłem pociąg do Amsterdamu, którym pojechałem do Delft.

W Delft i niespodzianka: znany cel wycieczek a na dworcu kolejowo-autobusowym nie ma skrzynek bagażowych. Pytam Murzyna w informacji, on odpowiada, że nie ma żadnej przechowalni ani skrzynek. Po prostu wstyd. Trudno, piękne miasteczko musiałem zwiedzać z dosyć ciężką torbą w ręce, przez co mogłem spędzić w nim tylko nieco ponad godzinę. Chodząc z torbą zwróciłem uwagę policjantów. Pełen obaw ruszyłem do Lejdy.

Dworzec w Lejdzie był już na poziomie. Znalazłem skrzynkę, gdzie w końcu mogłem zostawić torbę. Poszedłem zrobić "rozpoznanie terenu". Cały czas było pochmurno, więc po dwóch godzinach zdecydowałem się jechać do Haarleemu. W czasie tych dwóch godzin udało mi się trochę poznać miasto nad kanałami, wysłać przyjaciółce widokówkę (chcąc wysłać jedną widokówkę musiałem od razu kupić sześć znaczków), lecz tak jak w innych miastach nie mogłem znaleźć toalety publicznej. Na dworcu było mi szkoda pieniędzy, więc skorzystałem z toalety w pociągu. Takiej zasyfionej toalety dawno nie widziałem (a był to pociąg InterCity).

Wysiadłem w Haarlemie na dworcu przypominającym najgorsze polskie miejsca tego typu. Syf, syf i jeszcze raz syf. Do tego pełno imigrantów. Nie znalazłem planu miasta, więc poszedłem tam, gdzie mnie oczy poniosły. Na zwiedzanie zaplanowałem dwie godziny. Dopisało mi szczęście, gdyż poszedłem we właściwym kierunku, a do tego zaczęło świecić słońce. Biorąc pod uwagę temperaturę około dwudziestu stopni były to idealne warunki do zwiedzania. Haarlem miło mnie zaskoczył. Miasteczko jest bardzo zadbane malownicze. Cały wolny czas poświęciłem na spacerowanie. Było naprawdę pięknie. Po raz kolejny czułem się szczęśliwy i spełniony. Niestety, po dwóch godzinach musiałem wracać do Lejdy.


Haarlem

Lejda

W Lejdzie na zwiedzanie miałem około trzech godzin. Niby mało, ale mi wystarczyło. Znalazłem dyskont, w którym kupiłem najtańsze napoje i jedzenie, na dworcu zjadłem jakiegoś fast fooda. Na godzinę wyszło słońce a zwiedzanie stało się przyjemnością. Deptak był wprawdzie zatłoczony, lecz boczne uliczki zachęcały do spacerowania nad licznymi, ślicznymi kanałami. Jeśli kiedyś będziecie mieli pieniądze, to wiecie co polecam.

Po 18:00 pojechałem do Utrechtu, gdzie jakiś czas czekałem na nocny pociąg do Zurychu. Na wielkim dworcu kupiłem kebaba za 3,5 Euro. Muszę przyznać, że najadłem się nim.

Czas oczekiwania szybko upłynął. Wszedłem do mojego wagonu i rozglądam się, gdzie moja kuszetka. W jednym z przedziałów pięciu młodych dresiarzy rozrabiało. Patrzę - mój przedział. Wchodzę a oni: "Welcome to Hell!";. No, to będzie przej.... pomyślałem i ogarnął mnie smutek.

8. Dzień - 11 Września: Zurych, Monachium



Nie było jednak tak źle. Najarani marihuaną Szwajcarzy wracali z Amsterdamu. Rozrabiali, ale nawet ze mną pogadali, potem z nimi trochę popiłem. O północy położyli się spać. Znowu użyłem zatyczek do uszu, dzięki czemu chociaż trochę się wyspałem.

Nad ranem czekała mnie przykra niespodzianka. W Bazylei do pociągu wsiedli szwajcarscy celnicy z psem. Akurat wracałem z toalety, kiedy zaczepili mnie na korytarzu. Widząc dowód osobisty nakazali mi zostawić plecak w pustym przedziale i przynieść torbę podróżną do kontroli. Polski dowód osobisty podziałał na nich jak płachta na byka. Zaczęło się szczegółowe wypytywanie oraz drobiazgowa kontrola bagażu. Przetrząsnęli wszystko. Otwierali i wąchali wszystkie butelki, leki oraz zasypkę do ran i proszek nawadniający. Najpierw wąchał celnik, potem drugi celnik, na koniec pies. Nie pogardzili nawet pudełkiem z aparatem ortodontycznym, ani brudną bielizną, chociaż ostrzegałem ich, że śmierdzi. Po prześmiewczych uwagach na temat rzeczy osobistych oraz bałaganu w mojej torbie grymas na twarzy celmika po powąchaniu majtek i skarpetek, w których chodziłem po trzy dni sprawił mi przyjemność. Po piętnastu minutach położyli moje rzeczy z powrotem i zrezygnowani odeszli , rzucając na odchodne "cześć".

To był nieprzyjemny początek dnia. Reszta była równie zła. O 9:00 wysiadłem w Zurychu. Pociąg do Monachium jechał po 13:00. O ile skorzystanie ze skrzynki bagażowej kosztowało stosunkowo niewiele, to reszta cen była astronomiczna. Sam Zurych niespecjalnie mi się podobał. Dobiły mnie ceny - za skorzystanie z szaletu miejskiego zapłaciłem w przeliczeniu 4 złote. Na dworcu zapłaciłbym 8 złotych. O jedzeniu nie mówię. Nie kupiłem nic. Po niecałych dwóch godzinach wróciłem na dworzec, sfotografowałem kilka pociągów i wsiadłem do pierwszego lepszego pociągu. Jechałem w kierunku St.Gallen. Wysiadłem w Urwil, gdzie akurat przejeżdżał Flirt do Wil. W Wil zdążyłem sfotografować wagon lokalnego przewoźnika, po czym wsiadłem do pociągu ICN do Genewy. Muszę przyznać, że ICN był najwygodniejszym pociągiem, jakim do tej pory jechałem.

Do Monachium jechałem 4 godziny. Wagony nie były zbyt wygodne, było dosyć tłoczno a dodatkowo przez całą drogę świeciło mi w oczy słońce. Pociąg, jak na niemieckie warunki, jechał bardzo wolno. Przejeżdżałem też przez Austrię do Lindau - pięknego miasteczka, o którym mowa w mojej innej relacji.

W Monachium szybko znalazłem skrzynkę bagażową, schowałem torbę i podążyłem w kierunku kawiarenki internetowej. Cena 2 euro za godzinę. Później skorzystałem z toalety na dworcu - 1,10 Euro, ale nie chciało mi się szukać innej. Na niebie pojawiły się złowieszcze chmury. Miałem sporo czasu, więc wybrałem się na spacer po mieście. Niestety, chmury były coraz gęstsze, zrobiło się bardzo ciemno i zanim zdążyłem wszystko zwiedzić zaczęło lać jak z cebra. O zwiedzaniu nie było mowy. Było już ciemno a w przejściach podziemnych zaczęło robić się nieciekawie. Po jakimś czasie znalazłem lokal Pizza Hut, gdzie zamówiłem średnią pizzę za 7,5 Euro. Trochę poczekałem, ale warto było. Chociaż niezbyt smaczna, to najadłem się do syta. Zrobiłem jeszcze zakupy w "Schleckerze" za łączną kwotę 3 Euro, a następnie wróciłem na dworzec. Przyszło mi czekać na pociąg dwie godziny. W poczekalni jakiś wariat podrywał japońskie turystki, potem przyszli jacyś robotnicy ze Wschodu, ogólnie było nieciekawie. Postanowiłem sfotografować pociąg TGV z Paryża, co mi się udało. Potem pół godziny czekałem na podstawienie pociągu z wagonami do Bukaresztu, Budapesztu, Zagrzebia, Rijeki i Belgradu.

Wykupiłem miejsce w chorwackiej kuszetce, w której na szczęście obowiązywał zakaz palenia, czego po chorwackich wagonach się nie spodziewałem. Sześcioosobowy przedział dzieliłem z jakąś starszą panią, z którą sobie uciąłem pogawędkę. Mój chorwacki był nie najgorszy, a zamierzałem się go uczyć w nadchodzącym roku akademickim. Miałem miejsce na dole, lecz w chorwackich wagonach jest ono tak zrobione, że część zajmuje oparcie i śpi się bardzo niewygodnie. Mnie to jednak nie przeszkadzało. Dzięki zatyczkom do uszu zamierzałem spać jak suseł. Na koniec konwojent ostrzegł przed złodziejami i kazał zamknąć przedział. Spałem całą noc.

Podsumowując dzień: W Zurychu było okropnie. W Monachium lepiej, ale jednak również spodziewałem się czegoś lepszego. Zabudowa jest całkiem ładna, szczególnie przepiękny ratusz, ale jakoś wolę mniejsze miasta. Może to również wina pogody. W każdym razie gdybym miał jechać tylko do Monachium, to nie zdecydowałbym się.

9. Dzień - 12 Września: Lublana, Rijeka



W planie miałem zwiedzanie Rijeki, stamtąd pociągiem do Zagrzebia, skąd miałem wracać nocnym pociągiem do Salzburga, gdzie przesiadłbym się na pociąg do Czeskich Budziejowic, a stamtąd do Brna. Niestety, kiedy konwojent obudził nas o 7:40, to pociąg miał dwie godziny spóźnienia i na Rijekę zostałoby mi tylko 40 minut, co mijało się z celem. Po uzgodnieniu z konwojentem wagonu zdecydowałem się wysiąść w Lublanie i później pojechać do Rijeki. Było trochę po 8:00, miałem czas do 15:00. Ranek był zimny, wszyscy chodzili w kurtkach, a ja w podkoszulku z krótkim rękawem. W darmowych toaletach umyłem się i przebrałem, później zostawiłem torbę w skrzynce bagażowej za 2 Euro. Wyruszałem na zwiedzanie Lublany. Początkowo było pochmurno, jednak wiedziałem, że za kilka godzin wyjdzie słońce. To był już mój trzeci raz w Lublanie, wiedziałem więc, czego mogę się spodziewać.

Tak było i tym razem. Po 10:00 wyszło słońce, po 11:00 zrobiło się bardzo gorąco. Po 12:00 poszedłem na dworzec, gdzie posiedziałem dwie godziny. Kiedy miałem godzinę do odjazdu pociągu do Rijeki poszedłem na zakupy i kupić burek.

Pociąg przyjechał z Wiednia z wagonami do Rijeki. Niestety, oznaczenie było fatalne, że chyba tylko ja wiedziałem, gdzie wsiąść. Oprócz tych zapełnionych wagonów stały jeszcze dwa puste wagony, które według oznaczenia miały jechać do Jesenic, lecz ja szybko się pokapowałem, iż jadą do Rijeki i zająłem wygodne miejsce. Niestety, kiedy dołączyli je do tych z Wiednia, to zaczęły szbko się zapełniać i w przedziale byłem z zakochanymi parami z Irlandii i Austrii. Z początku spałem, ale po jakimś czasie zauważyłem, że trasa jest przepiękna i warto byłoby zrobić parę zdjęć. Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Kontrola graniczna obyła się bez problemów, chorwacka część trasy również była przepiękna.

Na dworcu w Rijece byłem około 17:40. Przy wjeździe miasto zrobiło na mnie jak najgorsze wrażenie, co zresztą potwierdziło się już na miejscu. Chociaż już w Polsce kupiłem dwadzieścia kun chorwackich, to nie miałem drobnych na skrzynkę bagażową i musiałem iść do kantoru wymienić 20 euro. Zostawiłem bagaż i udałem się do toalety. Wchodzę, za darmo, czyściutko, ładnie, otwieram, a tu kibel turecki!!!, w dodatku niezamykany. Szok!!!.

Postanowiłem poszukać innej toalety, lecz inne toalety publiczne w mieście były pozamykane, musiałem więc mocno trzymać i nie oddalać się od centrum, gdzie w ostateczności mógłbym isć do którejś z restauracji . Cały czas było pochmurno. Oprócz deptaka miasto jest brzydkie, nie tak sobie wyobrażałem Chorwację. Ceny były dość wysokie, jednak trochę niższe od moich oczekiwań. Moim głównym celem było zakupienie prasy na zajęcia języka chorwackiego, na co wydałem ponad 25 Euro. Do tego jedzenie za około 5 Euro i 30 Euro z głowy. Mówi się trudno.

Pociąg do Lublany odjeżdżał o 20:45. O 19:00, podobnie jak wczoraj w Monachium, nastąpiło oberwanie chmury z towarzyszącymi piorunami. Wcześniej było bardzo gorąco, powietrze niemal tropikalne. Podobno 32 stopnie, a to już prawie połowa września. Udało mi się opanować jelita, dzięki czemu nie musiałem korzystać z ubikacji. Spokojnie czekałem na pociąg. Chorwaccy kolejarze podczas manewrów dla zabawy trąbili lokomotywą, co o mało nie doprowadziło niektórych podróżnych do szału. Ok. 21:00 pociąg ruszył. Wszędzie po drodze lało, dopiero w okolicach Lublany deszcz ustał.

W Lublanie było przynajmniej o 15 stopni zimniej niż w Rijece. Pociąg do Monachium miał odjechać o 23:50, lecz w rzeczywistości odjechał dopiero o 0:40. Zdążyłem kupić burka i picie z automatu. Zanim wyciągnąłem torbę ze skrzynki bagażowej chodziłem w podkoszulku. Wyróżniałem się tym na tle innych chodzących w wiatrówkach lub kurtkach i zwróciłem uwagę policji, jednak nie legitymowali mnie. W przedziale początkowo siedziałem z parą jadącą do Monachium bez biletów, które kupowała dopiero u konduktorów (wyszło to ich chyba drożej niż normalnie), jakiś turysta i bardzo ładna Słowenka w wieku około trzydziestu lat. Urocza Słowenka wysiadła w Bled i dosiadł się do nas jakiś dziwny młody koleś. Nie było wyjścia - trzeba było spać na siedząco.


Lublana

Rijeka

Mimo wszystko mocno spałem. Obudziłem się w o 4:20 w Salzburgu, gdzie przesiadałem się na pociąg do Pragi z zamiarem dojechania do Czeskich Budziejowic. Udało mi się znaleźć pusty przedział i zrobiłem sobie sypialny dla jednej osoby. Niestety, o 5:40 na stacji Summerau obudził mnie konduktor i kazał wysiadać. Kiedy widziałem tłumy wysiadających zrozumiałem, że jest zastępcza komunikacja autobusowa aż do Czeskich Budziejowic. Pytam się kierowcy jak długo się tam jedzie. Mówi, że godzinę. Nie jeżdżę autobusami, a godzinna jazda to dla mnie, zwłaszcza rano, nadludzki wysiłek i powiedziałem: "P...ę, nie jadę".

Zostałem na stacji, skąd najbliższy pociąg do Linz odjeżdżał o 9:11. Kolejarz na stacji pyta się co robię, ja mu mówię, że autobusem nie jadę, ten wskazał mi poczekalnię. Miałem trzy godziny, na dworze było bardzo zimno - ; około 9 stopni, różnica temperatur między Rijeką była ogromna. Poczekalnia, choć niezbyt wygodna, to jednak była ogrzewana i mogłem się trochę przespać. Obudziłem się po 8:00. Pociąg do Linz został podstawiony przed 9:00, wsiadłem więc mając zamiar jechać do Passau. W Linz byłem o 10:20. Połączenie do Passau miałem za dwie godziny, natomiast pociąg do Wiednia jechał za 10 minut. Decyzja wiadoma.

O podróży do Wiednia niewielę mogę napisać. Niemal przez całe 3 godziny spałem.

W Wiedniu z dworca zachodniego przejechałem tramwajem na południowy, gdzie musiałem jeszcze godzinę czekać na pociąg jadący do Warszawy i Krakowa. Gdyby nie to, że miałem od dzisiaj podpisaną umowę o zakwaterowaniu w akademiku w Brnie, to jechałbym od razu do domu.

W Brzecławiu przesiadłem się na pociąg do Brna, gdzie byłem o 17:20. Musiałem sobie jeszcze zrobić zdjęcie u fotografa na kartę mieszkańca akademika, a po trzech nocach w pociągu nie wyglądałem najlepiej. Następnie do akademika. Akademik okazał się okropny (od autora: później byłem bardzo zadowolony z akademika.. Mam wprawdzie pokój jednoosobowy, zobaczyłem też dwóch kolesi, z którymi będę dzielił toaletę - Czecha i Słowaka. Spoko goście, lecz do tej pory nawet nie wiem jak mają na imię. Stan akademika, mnie zdenerwował, postanowiłem więc jechać odpocząć do domu.

10. Dzień - 14 Września: Ostrawa, Oświęcim



Na dworcu w Brnie kupiłem rezerwację na kuszetkę do z Wiednia do Wenecji (aż 27 Euro!!!) i miejscówkę na pociąg powrotny (7 Euro). Wkurzyłem się na cenę kuszetki, lecz co było robić. Raz się żyje.

O 12:00 pojechałem do Ostrawy. Tam pochodziłem po centrum dwie godziny. Było bardzo zimno. Często tam jeżdżę, więc była to raczej rutynowa wycieczka. O 17:57 wsiadłem do pociągu do Oświęcimia. Na miejsce dojechałem o 19:45.

15-17 Września: Oświęcim



Odpoczynek.

14 Dzień - 18 Września: Brno, Wiedeń



Z Oświęcimia pojechałem o 8:18 do Brna z przesiadką w Boguminie. Musiałem zawieźć najpotrzebniejsze rzeczy do akademika oraz załatwić parę spraw administracyjnych. Miałem na to 3 godziny. Na miejscu okazało się, że zamontowali zamek w drzwiach do toalety, ale była również zła wiadomość - nie dostałem zgody na udział w zajęciach języka chorwackiego. Rok nauki oraz 30 Euro na gazety na darmo. Postanowiłem napisać o zgodę na udział w zajęciach z języka słoweńskiego i jechać do Słowenii po gazety. Nie udało się też załatwić noclegu we Włoszech - wszystko mieli zajęte.

Najpierw jednak o 16.17 jechałem do Wiednia. Jechało mnóstwo ludzi, wagon bezprzedziałowy kolei niemieckich był niemal pełny, lecz to do mnie dosiadł się jakiś pijany palant wrzeszczący na cały głos. Najpierw dymił do mnie, potem do konduktora. Miał bilet do Bratysławy a wagon jechał do Wiednia. Konduktor mu jednak w akcie zemsty o tym nie powiedział. Facet usnął, ja go musiałem budzić w Brzecławiu i mówić, że ma się przesiąść. Inni pasażerowie wkurzyli się na mnie, bo chcieli, żeby za swoje zachowanie jechał do Austrii a później nie mógł dojechać do Bratysławy, jednak ja na nich nakrzyczałem, że nie pojadę z tym pijakiem ani minuty dłużej.

Na koniec pijak nie zdążył dojść do pociągu do jadącego do Bratysławy i musiał sobie poczekać w Brzecławiu na następny za dwie godziny, dzięki czemu byłem zadowolony ja i współpasażerowie. Do Wiednia dojechałem bez przygód.

W Wiedniu znów tramwajem miedzy dworcami i 2 godziny czekania na pociąg. Dworzec zachodni akurat był przebudowywany, w środku było mało miejsca a na zewnątrz pełno podejrzanych osobników. W środku rozdawali za darmo kawę. Wypiłem trzy kubki. O 20:10 podstawili pociąg do Wenecji. Znowu przyszło mi nocować w sześcioosobowej kuszetce. Tym razem jechałem z kanadyjskim małżeństwem zwiedzającym Europę i dwiema sympatycznymi Koreankami. Atmosfera była świetna. Trochę pogadaliśmy i poszliśmy spać. Miałem środkową kuszetkę oraz zatyczki do uszu, dzięki czemu znów się wyspałem. Kuszetka była bardzo wygodna - czysta, klimatyzowana, przytulna

15. Dzień - 19 Września: Padwa, Wenecja



Kiedy wstałem o 7:40, wszyscy już byli na nogach. W nocy tak kopałem prześcieradłem, że skopałem je na korytarz. O 8:00 podawali śniadanie wliczone w cenę rezerwacji - kajzerkę z dżemem i masłem oraz herbatę lub kawę. Nic specjalnego.

O 8:40 byliśmy w Wenecji. Warto stać przy oknie i zobaczyć przejazd na moście między stacjami Mestre i Santa Lucia. Na dworcu niespodzianka - przechowalnia bagażu kosztowała tyle, że gdybym chciał zostawić tutaj bagaż, to zapłaciłbym za przechowanie łącznie 24 Euro. Skrzynki nie działały. Pojechałem na stację Mestre, tam to samo. Myślę, co dalej. Zdecydowałem się jechać do Padwy i tam pomyśleć. Niezbyt czysty pociąg piętrowy odjeżdżał o 9:55, w Padwie byłem o 10:30.

Na dworcu w Padwie przechowanie bagażu kosztowało 3,5 Euro - różnica w cenie ogromna. Poszedłem zwiedzać miasto. Początkowo miałem odpuścić Wenecję, lecz po namyślę zdecydowałem się tam jednak jechać. Padwę zwiedzałem tylko półtorej godziny. Centrum było ładne, lecz nie powalało na kolana, chociaż podobało mi się. Ceny niższe niż się spodziewałem. Niestety, pełno imigrantów. O 12:18 pojechałem do Wenecji. O 13:00 byłem na miejscu. Miałem 4 i pół godziny na zwiedzanie, chciałem też sfotografować pociągi, do czego zabrałem się od razu. O 13:30 wybrałem się na miasto. Było pochmurno, ale ani za ciepło, ani za zimno. Za kwadrans wyjrzało słońce. Pierwsze wrażenia były bardzo dobre. Miasto piękne, a turystów stosunkowo mało. Po godzinie błądzenia doszedłem na Plac Świętego Marka. Trochę mnie rozczarował, bo spodziewałem się czegoś lepszego, lecz promenada nad morzem była przecudowna. Jak zwykle poszedłem tam, gdzie mnie oczy i nogi poniosły. Pogoda była idealna. Trafiłem do dzielnicy, w której w ogóle nie było turystów, dużo było za to miejscowych. Taka Wenecja wygląda całkiem inaczej niż ta z przewodników oraz relacji podróżników. Delektowałem się tymi niezapomnianymi chwilami. Znowu poczułem szczęście. Puste, wąskie, zaniedbane uliczki, leniwie płynące życie i miejscowi żyjący sobie swoim rytmem życia. Tu turyści nie docierają, chociaż tak blisko atrakcji turystycznych. Człowiek ma wrażenie, że czas się zatrzymał.

Ale co dobre, szybko się kończy. Po godzinie musiałem wracać, bałem się bowiem, że zabłądzę i nie zdążę na pociąg. Wskazówki były tylko po włosku, a ja po włosku ani słowa. Z tego co zauważyłem już w Padwie, to po angielsku mało kto mówił. Tabuny turystów waliły się przez główne ulice i zwiedzanie nie miało większego sensu. Zadowolony o godzinie 17:00 wróciłem na dworzec. Zwiedziłem wszystko, co planowałem a nawet jeszcze więcej. Na dworcu sfotografowałem kilka pociągów, po czym pojechałem do Padwy. Tam miałem godzinę na zrobienie zakupów oraz zjedzenie czegoś. W supermarkecie kupiłem najpotrzebniejsze rzeczy a na dworcu zjadłem dwa kawałki niedrogiej pizzy. O 19:29 pojechałem do Wenecji Mestre.


Wenecja

Wenecja

Tam na dworcu czekałem tylko godzinę, ale była to okropna godzina. Menele, ćpuny, kieszonkowcy - coś okropnego. Policji oczywiście nie widać. Z ulgą wsiadłem do pociągu do Wiednia. Tym razem jechałem w przedziale. Na przejazd pociągiem niby trzeba mieć miejscówkę, lecz większość osób podróżowała bez niej. Z początkowo na korytarzu było mnóstwo ludzi, z czasem się opróżniło. W przedziale siedziałem z młodą Włoszką, Austriaczką w średnim wieku oraz włoskim filatelistą jadącym na wystawę filatelistów do Wiednia. Filatelista nie znał słowa po angielsku, ani po niemiecku, ale na siłę chciał gadać i nie dało się go zbyć. Wszyscy się z niego nabijali. Potem położył się spać, chociaż była dopiero 21:40 i nikt inny nie spał. On jednak złożył dwa siedzenia i spał. Austriaczka mówiła po niemiecku. Włoszka po włosku, ja po angielsku. Jednak w takiej sytuacji nieznajomość języka przestaje być przeszkodą i wszyscy muszą tłumić śmiech. Filatelista zachowywał się jak jakiś nie powiem kto. Do tego strasznie śmierdziały mu skarpetki, wszyscy zatykali nosy. Ja miałem sprej do śmierdzących butów, wyciągnąłem go i popsikałem mu skarpetki. Tym razem współpasażerki i konduktor, który akurat w pobliżu przechodził, wybuchnęli niekontrolowanym śmiechem. Za jakiś czas konduktor przeprowadził współpasażerki do innych przedziałów, zostałem sam z filatelistą. W Villach dosiadł się do nas jakiś Hindus. Austriackie wagony są idealne do spania i aż do Linz spałem jak suseł.

16 Dzień - 20 Września: Wiedeń, Brno.



Niestety, w Linz, 2 godziny przed Wiedniem obudził się filatelista, budząc przy tym prawie cały wagon. Ciągle się mnie pytał, jak długo do Wiednia, a potem gadał do mnie po włosku. Nie dał się zbyć i byłem wkurzony. Po godzinie spytał się mnie, gdzie jest pawilon wystawy filatelistycznej w Wiedniu. Nie wiedziałem, a na korytarzu był akurat inny pasażer, więc poszedł do niego. Ten mu wytłumaczył po angielsku, ale koleś nie dawał mu spokoju i pytał się go ciągle po włosku aż do Wiednia.

W Wiedniu przejechałem między dworcami, z dworca południowego o 10:04 pojechałem pociągiem EuroCity do Brna.

17 dzień - 21 Września: Brno.



Odpoczynek

18 dzień - 22 Września: Wiedeń



Na koniec swojej wyprawy zamierzałem wybrać się na jeden dzień do Szwajcarii, a następnie do Słowenii, gdzie miałem zamiar kupić słoweńskie gazety. Wcześniej kupiłem rezerwację na nocny pociąg do Zurychu (4 Euro) i kuszetkę z Zurychu do Lublany (10 Euro).

O 16.17 znowu pojechałem do Wiednia. Tym razem nie jechał żaden pijak i spokojnie dojechałem. Tramwajem dostałem się na dworzec południowy, gdzie racząc się darmową kawą oczekiwałem na pociąg do Zurychu. W pociągu EuroNight znalazłem wolne miejsce w przedziale, dzięki czemu miałem nadzieję dobrze się wyspać. Wcześniej zjadłem jeszcze kebaba, bo głód dawał o sobie znać. Do Wels jechały ze mną dwie całkiem ładne kobiety, później przedział miałem tylko dla siebie, więc rozkładając siedzenia przerobiłem go na sypialny. Pobudkę miałem jedynie na granicy szwajcarskiej i w Zurychu.

19 Dzień - 23 Września: Fribourg, Bazylea, Olten, Solura, Biel, Berno, Lucerna, Zurych.



W Zurychu zdążyłem zostawić torbę w skrzynce bagażowej i o 6:32 udałem się w podróż do Fryburga. Na miejscu byłem o 7:30. W półtorej godziny obszedłem centrum. Było bardzo zimno a przez chmury dopiero zaczęły przebijać się promienie słoneczne. Ja byłem ubrany w koszulkę z krótkim rękawem, ludzie oczywiście w kurtkach. Miasto podobało mi się, centrum jest dosyć małe, ale urokliwe. Następnie ruszyłem do Berna.

W Bernie wyszedłem na ulicę, ale pogoda zrobiła się na tyle brzydka, że postanowiłem pojechać do Bazylei i przespać się w pociągu. Pociąg jechał godzinę, co wystarczyło na spokojny sen. W Bazylei również było bardzo zimno. Nie jest to jakieś cudowne miasto, ale w rzeczywistości wygląda lepiej niż na zdjęciach. Pochodziłem tam około godziny, po czym wsiadłem do pociągu ICE z zamiarem wysiadki w Olten. Pociąg ICE był o wiele wygodniejszy niż ten, którym ostatnio jechałem w Austrii. Nie udało mi się zrobić zdjęć, bo było bardzo dużo ludzi, lecz byłem zadowolony z przejażdżki. W samym Olten byłem niecałą godzinę. Poza drewnianym mostem nie było tam nic ciekawego, do tego na rynku sporo meneli i imigrantów.

Następnym moim przystankiem była Solura, do której jechałem moim ulubionym pociągiem ICN. Na miasto przeznaczyłem sobie godzinę, lecz na dworcu wyszedłem złym wyjściem i czas na zwiedzanie skrócił się do 45 minut. Przejście podziemne przy dworcu wyglądało okropnie, jednak samo centrum miasta zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie. Zachwyciły mnie piękne uliczki oraz stylowe kamienice. Niestety, miałem za mało czasu na jakieś szczegółowe wycieczki. Zwiedziłem tylko ścisłe centrum. Udało mi się zdążyć na kolejny pociąg ICN jadący do Biel.

Biel okazało się najbrzydszym szwajcarskim miastem, z tych, które zwiedziłem. Byłem tam tylko 40 minut i wystarczyło mi to, żeby stamtąd jak najszybciej uciekać. Szare, brzydkie budynki, menele - nie dla mnie. Dworzec równie wstrętny. Na trasie do Berna w większości jeździ lokalny przewoźnik, który nie honoruje biletu InterRail, więc pojechałem pociągiem IC państwowych kolei. (Od autora: przewoźnik w rzeczywistości honorował bilety Interrail, o czym nie wiedziałem)

W Bernie byłem za 15 minut, miałem półtorej godziny na zwiedzanie, piętnaście minut na obiad i o 17:00 musiałem jechać pociągiem do Lucerny. Półtorej godziny również wystarczyło na pobieżne obejrzenie centrum. Ze szwajcarskich miast, które widziałem, było zdecydowanie najładniejsze. Trudno coś więcej napisać, bowiem chodziłem i zachwycałem się piękną główną ulicą. Następnie postanowiłem znaleźć toaletę, bo pęcherz nie dawał spokoju - nie byłem w toalecie od 5 godzin a wypiłem sporo. Toalety szukałem 45 minut. Okazało się, że po drodze mijałem dwie, lecz były oznakowane tylko na planie miasta. Normalnie ich nie było widać. W porównaniu do Zurychu wyszło tanio - tylko 2 złote. Toaleta była czysta, w bardzo dobrym stanie technicznym. Następnie udałem się do Mc Donalda na obiad. Kupiłem Big Burger oraz średnią porcję frytek. Wszystko za 20 złotych, co na szwajcarskie warunki jest bardzo niską ceną. Później musiałem iść na pociąg.

Do Lucerny pociąg jechał godzinę. O 18:00 byłem na miejscu. Przeraziła mnie liczba ćpunów i meneli przed dworcem. Niebo pociemniało, zaniosło się na deszcz, czyli było nieciekawie. Miasto, choć ładne, nie zachwyciło mnie. Spodziewałem się czegoś ładniejszego. Po 45 minutach zwiedzania poszedłem na dworzec robić zdjęcia pociągów. O 19:35 pojechałem do Zurychu. Pod koniec trasy widać było z brzegu jeziora pięknie oświetloną stolicę. Niezapomniany widok.

W Zurychu miałem godzinę czasu do odjazdu pociągu. Wokół było pełno podejrzanych typów i różnej innej maści nieciekawych postaci, więc wybrałem się na nocny spacer po mieście. Niestety, frytki zjedzone na niemal pusty żołądek dały o sobie znać. Aby nie tracić ośmiu złotych na WC wziąłem dwie tabletki Stoperanu zażegnując problem.

Pociąg odjeżdżał o 21:40. Znowu trafiłem do chorwackiej kuszetki, tym razem byłem z Chorwatką, która nie chciała mówić po chorwacku, młodym Amerykaninem jadącym do Lublany oraz Słowenką, która udawała, że nie zna chorwackiego, ani angielskiego. Nie chciała w ogóle z nami rozmawiać. Ale tak tam jest - narody byłej Jugosławii się wprost nienawidzą.

21 dzień - 24 września: Koper, Izola, Lublana.



W Lublanie byłem około siódmej. Miałem półtorej godziny, które wykorzystałem na zostawienie bagażu w skrzynce, toaletę, zjedzenie burka oraz spacer po centrum. O 9:30 odjeżdżał pociąg do Kopru. W przedziale byłem sam. W planie miałem spać, lecz trasa była tak piękna, że nie było o tym mowy. Na nieszczęście wyczerpała mi się bateria w aparacie, którą musiałem podładować w toalecie wagonu 1 klasy, bo w wagonie drugiej klasy się nie dało. Później mogłem podziwiać zapierające dech w piersiach widoki.

W Koprze ostatnio byłem dwa lata temu przy temperaturze około 40 stopni. Tym razem było ciepło, ale dało się wytrzymać. Przez te dwa lata miasto bardzo się zmieniło. Zbudowano kilka hipermarketów, jeden supermarket oraz kilka firm. Miałem sporo czasu, mogłem więc zwiedzić miasto "na spokojnie". Początkowo miałem jeszcze jechać do Izoli i Piranu, lecz obliczyłem, że nie zdążę, dlatego z Piranu zrezygnowałem. Wprawdzie jest piękny, ale byłem tam dwa lata temu i mam nadzieję, iż jeszcze kiedyś będę mógł tam pojechać. Po kilku godzinach spędzonych na zwiedzaniu pięknego Kopru pojechałem do Izoli. Na przystanku czekałem na autobus ze słoweńskimi uczniami. Ciekawie było posłuchać jak obgadują wyniki sportowe oraz dziewczyny. Niby inny naród, lecz "problemy" te same.

Izola jest małym, ładnym miasteczkiem z dość dużą ilością krętych uliczek. Jak się później dowiedziałem od jednego Słoweńca jest tutaj problem z muzułmańskimi imigrantami z Albanii i Bośni. Widać to zresztą po zaniedbanych elewacjach niektórych zabytkowych budynków. Spędziłem tutaj ponad godzinę wsłuchując się w szum morza i spacerując. Na autobus czekałem 20 minut. Rozkład jest, lecz autobusy jeżdżą, jak chcą, chociaż trzeba przyznać, że są całkiem wygodne. W autobusie kupiłem u kierowcy bilet. Popełniłem błąd robiąc to po chorwacku. Kiedy się odwróciłem zobaczyłem niezbyt przyjaźnie nastawionych i licznych kibiców. Padło pytanie: "Hrvat?";, ja odpowiadam "Ne, Poljak", co ich uspokoiło. Wysiedli dość szybko i odetchnąłem z ulgą. Z tego co usłyszałem z rozmowy jechali na jakąś ustawkę z okazji lokalnych derby.

W Koprze zakończyłem zwiedzanie wyjściem na wieżę kościelną, skąd rozpościerał się bardzo ładny widok i zakupami w supermarkecie Mercator. Byłem też w Intersparze i Lidlu, ale nie było nic ciekawego. O 19:14 odjeżdżał ostatni pociąg do Lublany. Ku memu zdziwieniu jechał bezprzedziałowy Siemens Desiro. Dwugodzinna podróż była bardzo wygodna, ale robiło się zimno. Przed Lublaną wszyscy mieli na sobie kurtki, ja byłem w krótkim rękawie. Na miejscu byliśmy o 22:00, do odjazdu pociągu do Monachium miałem niemal dwie godziny. Toalety były już nieczynne, swoim ubiorem budziłem uwagę policjantów i strażników miejskich, więc postanowiłem zjeść burka i iść na dworzec.

Podróżników było sporo a pociąg spóźniony. W międzyczasie z jakimś Słoweńcem rozmawiałem o sytuacji w Słowenii, Europie i ogólnie. Sporo się dowiedziałem, lecz zdziwiło mnie, że podczas półgodzinnej pogawędki wypalił cztery papierosy. W pociągu udało mi się znaleźć miejsce w bardzo wygodnym chorwackim wagonie przedziałowym. Przedział dzieliłem z Nepalczykiem studiującym w Lublanie, z którym również trochę pogadałem. Potem położyłem się spać. Lek przeciwbiegunkowy, który zażyłem przed przejazdem autobusem do Izoli zrobił swoje i obudziłem się dopiero podczas postoju w Salzburgu. Nepalczyk też się obudził i mówił, że austriacki konduktor się denerwował, bo nie mógł mnie obudzić, ale dał sobie spokój.

22 dzień - 25 Września: Powrót do Brna.



W Salzburgu wsiadłem do pociągu EuroNight z Zurycha do Wiednia. Podobno obowiązują miejscówki, lecz konduktorzy nic nie chcieli. Miejsca były tylko w węgierskim wagonie bezprzedziałowym. Kręciło się paru podejrzanych typków, co spowodowało, że zasnąłem dopiero w Linzu, kiedy wysiedli.

W Wiedniu na szczęście ostatni raz w tym roku jechałem tramwajem między dworcami. Z południowego uciekł mi sprzed nosa pospieszny do Brna, musiałem więc poczekać prawie półtorej godziny na pociąg do Warszawy o 9:08. W przedziale byłem sam i zasnąłem. Obudziłem się dopiero kiedy staliśmy w Brzecławiu, skąd pociągiem osobowym pojechałem do Brna.

Był to koniec mojej podróży. O 11:20 byłem w Brnie. Po umyciu się i wypiciu napoju energetycznego o 15:00 udałem się nawet na zajęcia.

Podsumowanie:



Była to stosunkowo droga podróż - łączny koszt około 620 Euro, lecz nie żałuję ani grosza wydanego na tę przejażdżkę.

Nwet dwa tygodnie po podróży ciągle mi się śniło, że jadę pociągiem, a na ulicy miałem kłopoty z utrzymaniem równowagi.