Świat Podróży Kolejowych

Obserwuj nas


Mapa odwiedzin


Statystyki od 25.04.2017 r.

Free counters!
Strona zakończyła działalność. Informacje w artykułach mogą być nieaktualne.

BAŁKANY POCIĄGIEM (2007)


Strona główna --> Moje podróże
UWAGA!!! Tę relację pisałem w 2007 roku, była to moja pierwsza dłuższa wyprawa koleją za granicę, w związku z czym moje spostrzeżenia mogą wydawać się dziwne. Część z nich, jak np. slumsy przy wjeździe do Belgradu, jest już nieaktualna. Inne zweryfikowała moja druga podróż na Bałkany w 2010 roku. Mimo wszystko dziś wspominam tę podróż z sentymentem i marzę, żeby jeszcze kiedyś przejechać podobną trasę. Im człowiek bardziej doświadczony, tym jego poglądy i relacje są bardziej dojrzałe, skupione na zupełnie innych rzeczach.

Dzień 1 - 18.9.2007 - Brno, Budapeszt



Swoją podróż rozpocząłem w Brnie, gdzie studiowałem. Pociąg EC do Budapesztu odjeżdżał kwadrans po 14:00. Podróż trwa około 4 godzin i należy do przyjemnych tylko i wyłącznie w przypadku, że znajdzie się miejsce w przedziale dla niepalących, bowiem w węgierskich wagonach nie obowiązuje zakaz palenia wprowadzony w pociągach EC na terenie Czech, Słowacji, Austrii i Niemiec. I tak w wagonie bezprzedziałowym część dla palących i niepalących oddzielona jest tylko małą szybką bez drzwi, dzięki czemu dym czuć w całym wagonie. Udało mi się na szczęście zająć wygodne miejsce, więc podróż przebiegła w komfortowych warunkach. Zszokowały mnie natomiast Węgry. Wzdłuż trasy brud, wszędobylskie grafitti oraz wstrętne stacje. Tego się nie spodziewałem.

W Budapeszcie już nie było tak fajnie. Ledwo wysiadłem na dworcu w Keleti a obskoczyli mnie cinkciarze. Nie ryzykowałem i wymieniłem trochę waluty w dworcowym kantorze po złodziejskim kursie. Trochę forintów kupiłem wcześniej w Czechach, więc strata nie była aż tak duża. Miałem na bilet międzynarodowy Budapeszt-Belgrad w taryfie Beograd Special za 15 Euro, bilet na metro i opłacenie przechowania bagażu. Udałem się do jedynej kasy międzynarodowej w celu kupna biletu. Powitała mnie długa kolejka oraz niemiłe panie kasjerki. Obsługa jednego klienta trwała w nieskończoność, pomyślałem sobie więc, że pojadę pozwiedzać miasto a po powrocie kupię bilet. To było złe rozwiązanie, ale nie uprzedzajmy faktów.

Kupiłem dwa bilety na metro, po przekroczeniu kontroli biletów wsiadłem do brudnego składu metra i po przejechaniu trzech stacji wysiadłem w samym centrum. Było po 19:00. Dostałem się na deptak. W mieście, jak mi się wydawało, było bardzo mało ludzi. Pogoda nieciekawa. Wiał wiatr, czasem zaczął padać deszcz, robiło się zimno. Obszedłem deptak, pochodziłem wzdłuż Dunaju i udałem się, gdzie nogi poniosą. W międzyczasie swoje usługi zaoferowała mi prostytutka, która stwierdziła, że dla mnie za darmo. Znalazłem się przy czymś, co przypominało jakiś mały park przy głównej ulicy. W ciemności nie bardzo orientowałem się, gdzie jestem. Prostytutki, narkomani; park nie robił dobrego wrażenia. Postanowiłem udać się w kierunku parlamentu.

Na przejściu dla pieszych czekała mnie niemiła niespodzianka w postaci grupy około czterdziestu łysych skinów (część w kominiarkach) idąca w moim kierunku. Oczywiście udawałem, że nic się nie dzieje. Na szczęście turystów nie atakowali. Przeszedłem przez przejście dla pieszych, widzę kolejną grupę i myślę sobie - gdzie do cholery jest policja? Nagle słyszę syrenę radiowozu. Pierwszego, drugiego, trzeciego aż zobaczyłem kolumnę dziesięciu radiowozów. Zrezygnowałem z dalszego wałęsania się po mieście i podążyłem w kierunku potencjalnych zamieszek. Większych starć w polu mojego widzenia nie było. Ale były wcześniej, bowiem wspomniane grupy wracały z protestów przeciwko socjalistycznemu rządowi. Taktyka policyjna była jasna: przemieszczanie się w grupach 10 radiowozów na syrenach i łapanie osób odłączających się od grupy. Podobnie było z patrolami pieszymi. Po 10 na jednego skina. Łapanki trwały nieprzerwanie, w związku z czym po wyfotografowaniu niektórych miejsc uznałem zwiedzanie centrum za bezcelowe. Minąłem kilka uliczek, na których spali kloszardzi a psie odchody były ozdobą chodników, po czym wsiadłem do metra na stacji Astoria z zamiarem powrotu na dworzec. Na dworcu byłem około 20:45. Kasa międzynarodowa nieczynna. Jedyne co mogłem zrobić, to kupić bilet do stacji granicznej Kiskunhalas. Przejściówkę do Suboticy miałem na wszelki wypadek kupioną w Czechach. Pociąg odjeżdżał o 23:26, musiałem więc zagospodarować prawie trzy godziny do odjazdu. Chwilę pochodziłem po okolicznych ulicach z zamiarem kupienia czegoś po rozsądnych cenach. Okolica okazała się równie nieciekawa jak centrum, sklepy w większości pozamykane, do knajp nie chodzę. Łapanki miały miejsce również tutaj. Po trzech kwadransach dałem za wygraną postanawiając czekać na dworcu. Zostały mi dwie godziny. Odebrałem bagaż z przechowalni kierując jednocześnie swe kroki do obskurnej poczekalni. Poczekalnia była okropna. Wszędzie wokół menele, spróbowałem jeszcze krótki spacerek, ale widoki były przerażające. Chciało mi się spać, lecz przecież nie mogłem zasnąć w takim miejscu. Nie cackałem się i zażyłem od razu 4 tabletki guarany, którą również kupiłem w Czechach przed odjazdem, przy czym na opakowaniu było napisane, że dawka to 1 do 3 tabletek dziennie. Guarana zadziałała. Bezdomni zaczęli się schodzić do poczekalni, zaczęło robić się nieciekawie, dlatego już o 22:40 czekałem na informację o peronie, na którym podstawiony jest pociąg, w hali tego okropnego dworca. Do 23:26 zero informacji, dopiero około 23:45 na tablicy pojawiła się długo oczekiwana cyfra. W przedziale dla niepalących siedziałem z dziadkiem, który stwierdził, że wyglądam jak koks (po angielsku). Kiedy powiedziałem mu, że jestem z Polski powiedział po czesku "Polák a Maďar jsou kamarádi", po czym zasnął na dobre.


Budapeszt nocą

Pociąg do Belgradu

Nie na darmo obawiałem się przeprawy z węgierskim konduktorem. Doczepił się, że na pociąg obowiązują tylko bilety międzynarodowe, aczkolwiek część podróżnych miała krajowe. Próbowałem wyjaśnić mu, że na stronie elvira.hu jest napisane, iż w oznaczonych wagonach podróżni mogą podróżować na bilecie krajowym (inna sprawa, że tych oznaczonych wagonów nie było). Na przejazd przez granicę miałem przejściówkę, której on nie uznawał. Stanęło na tym, że mam dopłacić, oczywiście nic nie liczył, od razu podał sumę do zapłacenia. Nie potrafił po angielsku wymówić kwoty, więc na telefonie komórkowym pokazał mi 2200 forintów. Znając legendy o węgierskich konduktorach zatrzymujących pociąg w szczerym polu i wywalających pasażerów wolałem nie kłócić się. Przygotowałem pieniądze, na co on "Do you understand?" i pisze mi na bilecie 790 forintów, po czym każe jeszcze raz pokazać bilety do kontroli. Ze zdenerwowania zawieruszyłem gdzieś przejściówkę, co konduktor skomentował jednoznacznym grymasem twarzy. Zapłaciłem i miałem spokój. Guarana zadziałała aż za dobrze i tej nocy nie było mi dane spać. W pociągu było spokojnie, chociaż wkurzały mnie karaluchy w toalecie. W Kiskunhalas i Kelebii wysiadło sporo podróżnych, do Serbii pociąg wjeżdżał prawie pusty.

2 dzień - 19 września. Nowy Sad, Belgrad



Po odprawie granicznej w Suboticy wysiadłem z pociągu szukając kantoru i kasy na dworcu. Informacje o ich istnieniu okazały się nieaktualne, pracownica informacji powiedziała mi tylko, że "neradi se", czyli nikt nie pracuje. Konduktor, który akurat wsiadał do innego pociągu, poinformował mnie, że bilet kupię u konduktora obsługującego mój pociąg za euro. Stacja w Suboticy niespecjalna. Na ławeczkach spał menel, wśród pasażerów czekających na mój pociąg do Belgradu był też jakiś wariat krzyczący wniebogłosy. W końcu pociąg odjechał. Miałem zamiar zatrzymać się po drodze w Nowym Sadzie. Konduktor zgodnie z obietnicą wypisał mi bilet zniżkowy na kartę Euro 26 (50% zniżki), chwilę przyjacielsko pogadał i kazał płacić 5 euro, chociaż bilet kosztował niecałe 3. Trudno, w obcym kraju nie da się nic zdziałać. O dziwo, zasnąłem.

Konduktor obudził mnie pod Nowym Sadem. Na stacji Nowy Sad wysiadłem 5:17, do szóstej musiałem poczekać na otwarcie kantoru wymiany walut. Dworzec ogólnie nieciekawy, meneli nie było, ale przed dworcem postawały grupki podejrzanych osobników. Miasto powoli budziło się do życia.

Wreszcie kilka minut przed szóstą jeden z dwóch kantorów został otwarty. Kurs był w obu ten sam, wymieniłem trochę forintów bojąc się złodziejskiego kursu, moje obawy tym razem nie miały podstaw. Opłaciłem przechowalnię bagażu, skoczyłem się odlać do toalety, bo kabiny nie zachęcały do wizyty i wyruszyłem do centrum miasta. Przedtem próbowałem jeszcze kupić bilet na pociąg pospieszny do Belgradu o 8:02. Okazało się, iż bilet będę mógł kupić tylko na godzinę przed odjazdem tego pociągu. Do centrum idzie się około 20 minut, o ile zna się drogę. Ja nie znałem, ale zorientowałem się z planu miasta, który gdzieś zobaczyłem, co na Bałkanach było rzadkością. Później już żadnych planów nie widziałem, ale trafiłem bezbłędnie. Domy okalające główną ulicę zrobiły na mnie pozytywne wrażenie. Spodziewałem się czegoś gorszego.

Samo centrum było całkiem ładne i sympatyczne, niestety, ze względu na słabe światło nie mogłem zrobić ładnych zdjęć (wczesny ranek). Pozwiedzałem obserwując takie zwyczajne sceny jak dzieci idące do szkoły jednocześnie wspominając, że jeszcze rok temu a tym bardziej w szkole nie pomarzyłbym nawet, że kiedykolwiek mogę odbyć taką podróż. Napawałem się tym: jestem w Serbii - to jakbym dokonał czegoś niemożliwego (do czasu ukończenia szkoły średniej rodzice nie puszczali mnie samego w żadną podróż; gniłem w takim Oświęcimiu raz na rok czy dwa jadąc na wycieczkę szkolną).

Po zakończeniu zwiedzania i skorzystaniu z darmowej toalety obok ratusza (zamykane drzwi do kabiny, co w Serbii jest rzadkością) wracałem szybko na dworzec, bowiem zwiedzanie trochę się przeciągnęło. Na dworcu byłem siedem minut przed odjazdem pociągu. Szybko kupiłem bilet, odebrałem bagaż i wsiadłem do wagonu. Wagon był bezprzedziałowy, całkiem ładny, ale uderzała jedna rzecz. Część dla palących i niepalących dzieliła tylko cienka szybka bez drzwi typowa dla wagonów węgierskich. W rzeczywistości zakazem palenia, podobnie jak w 90% serbskich pociągów, nikt się nie przejmował. Tam się pali wszędzie. Na szczęście pociąg jechał dość szybko i po 90 minutach wjeżdżaliśmy do Belgradu. Blokowiska i duże cygańskie slumsy w okolicy stacji Novi Beograd robią fatalne wrażenie. Obok torów śmieci, ogólnie nieciekawe widoki. Miałem nadzieję, że w centrum aż tak źle nie będzie, co tylko częściowo się potwierdziło.


Nowy Sad - ratusz

Pociąg z Nowego Sadu do Belgradu

W Belgradzie spędziłem 11 godzin. Ograniczę się tylko do najważniejszych wydarzeń. Dworzec zrobił na mnie niezbyt dobre wrażenie. Oddałem bagaż do przechowania, obejrzałem teren - nic ciekawego. Przystąpiłem do najważniejszego zadania. Kupno biletu Balkan Flexipass na 10 dni plus rezerwacja w wagonie sypialnym do Salonik. Kasa międzynarodowa (czynna tylko do 16:45) była dobrze oznaczona i nie miałem problemów z trafieniem do niej, podobnie jak z łatwością wymieniłem potrzebne pieniądze w kantorze obok niej (kurs dobry). Bilet nabyłem bez żadnych nieprzewidzianych niespodzianek, pani kasjerka obsługująca z obowiązkowym papierosem w ustach była dość miła i dobrze mówiła po angielsku. Na początek poszło łącznie 97 Euro, ale wolałem dopłacić na ten sypialny. Była 10:50. Odjazd pociągu o 21:00. Sporo czasu na zwiedzanie miasta. Po wyjściu przed dworzec pierwsze swoje kroki skierowałem do punktu sprzedaży biletów komunikacji miejskiej chcąc nabyć bilet jednodniowy i powozić się starymi pojazdami. Niestety, tutaj takiego biletu nie znają. Istnieje jego odpowiednik za 40 dinarów (ok. 0,5 Euro), ale jak wyjaśnił sprzedawca, tylko dla kierowców autobusów. Dziwne. Jeszcze dziwniejsze są zasady ruchu drogowego, a właściwie ich brak. Nauczyłem się szybko - zielone światło jest tylko dla kierowców. Pieszego nikt nie przepuszcza. Przydało mi się to w Grecji.

Sam Belgrad nie okazał się jakimś zapierającym dech w piersiach miastem. Oprócz twierdzy było szaro i jakoś przygnębiająco, chociaż dzięki pochmurnej pogodzie uniknąłem upału, który byłby gorszym wariantem. Centrum zwiedziłem wzdłuż i wszerz, około 13:00 zaczynały odbijać się echa nieprzespanej nocy. Aby nie zasnąć wypiłem preparat Speed 8 doprawiając dwoma tabletkami guarany. Zadziałało. Miasto ma bardzo dziwną atmosferę; w powietrzu czuć niebezpieczeństwo. Nie wiem czym jest to spowodowane i nie potrafię tego opisać - kto przyjedzie do Belgradu, ten zrozumie.

W Belgradzie zwróciły moją uwagę dwie rzeczy - brak zamków w kabinach toalet oraz wszędobylskie papierosy. Tam nawet w aptece farmaceutka obsługuje klienta paląc papierosa. Koszmar. Ponadto niesamowicie drogie książki i bardzo smaczne pieczywo. Trudno coś więcej napisać, gdyż nie było szczególnych fajerwerków. Deptak przyjemny, fajnie się siedziało w parkach. Zwiedzanie zakończyłem o 19:00. Dokupiłem prowiant na drogę. Odebrałem bagaż i skoczyłem do szaletu na dworcu kolejowym. Ten szalet był niczym z horrorów, w dodatku panowie, o których nie wolno źle pisać...Pozostała mi godzina do odjazdu pociągu. Myślałem, że to koniec koszmarów, ale się myliłem.


Belgrad - twierdza

Belgrad - widok z twierdzy

3.dzień - 20 września : Podróż do Aten



Bez żalu opuszczałem Belgrad w wagonie sypialnym kolei serbskich. Trzyosobowy przedział dzieliłem z Arisem - Grekiem studiującym język staro-cerkiewno-słowiański w Bośnii i Hercegowinie. W wagonie wszystkie przedziały oczywiście dla palących. Aris był na tyle miły, że palił na korytarzu. Zresztą na korytarzu paliło sporo osób dosłownie non-stop, łącznie z konwojentem. Smród był nie do wytrzymania.

Wyczerpany poprzednią nocą szybko zasnąłem. Obudziłem się dopiero w Preszewie na granicy. Serbska kontrola bez problemów, przy macedońskiej musieliśmy wypełniać deklaracje. Chwilę po minięciu granicy znowu zasnąłem. Obudziłem się po 7:00, kiedy z ponadgodzinnym opóźnieniem staliśmy na niezbyt ładnej stacji w Skopje. Z sypialnych nie można wychodzić ale przy pomocy Arisa udało się przekonać konwojenta i panią, która odprawiała pociąg a która była jednocześnie najładniejszym elementem tej stacji, do tego abym mógł wyskoczyć i kupić sobie piwo Skopsko i kanapkę na pamiątkę, tzn. żebym posmakował Macedonii. Aris dał mi na to dwa euro. Tak sobie, bez niczego. Kupiłem co chciałem i po wyjeździe ze Skopje znowu zasnąłem. Obudziłem się gdzieś po dwóch godzinach w czasie postoju na małej stacji (na zdjęciu poniżej). Do Gevgeliji podziwiałem piękne krajobrazy za oknem. Ze względu na ciągłą obecność palaczy było to dość trudne zadanie.

Do Grecji wjeżdżaliśmy z już trzygodzinowym opóźnieniem. W Salonikach miałem małe szanse zdążyć na pociąg a musiałem powiadomić ciotkę, u której miałem nocować. Tutaj znowu przyszedł mi w sukurs Aris umożliwiając bezpłatne skorzystanie z telefonu komórkowego.

W Salonikach pogoda w sam raz, nie za ciepło ani nie za chłodno, trochę padało, ale lepsze to niż upał. Bagaż tym razem ułożyłem w skrzynce samoobsługowej, ponieważ była tańsza niż przechowalnia. W kasie zdobyłem miejscówkę na następny pociąg InterCity; o dziwo miałem ją za darmo w ramach Balkan Flexipassu. Zostały mi dwie godziny i kwadrans na zwiedzanie miasta. Kwadrans poświęciłem na toaletę. Toalety bezpłatne, czyste, jakiś Tinky Winky spoglądał na mnie z kąta ale miałem to gdzieś. Ogoliłem się maszynką, w kabinie umyłem się za pomocą wody mineralnej i żelu pod prysznic, zmieniłem bieliznę i przesiąknięty dymem z papierosów podkoszulek. Byłem zachwycony końcowym efektem; wyglądałem jak człowiek, nie śmierdziałem, a nawet ładnie pachniałem. Mogłem wreszcie zacząć zwiedzanie.


Pierwsza stacja w Grecji

Dworzec w Salonikach

Saloniki okazały się, przynajmniej tam, gdzie byłem, całkiem ładne, ale pierwsze co zwróciło moją uwagę, to chaotyczny ruch drogowy i bezdomne psy. Jest ich sporo. Poza tym zabudowa podobała mi się, podobnie jak niektóre starsze przegubowe autobusy Volvo. Niestety, nie zobaczyłem zbyt wielu rzeczy. Po przejściu deptaka musiałem wracać. Na dworcu miałem rezerwę dwudziestu minut do odjazdu pociągu. Skoczyłem jeszcze do toalety, gdzie stała się niesłychana rzecz. Zaciął się zamek w drzwiach. 10 minut mocowałem się z nim, kopałem drzwi i próbowałem je sforsować, aż w końcu przeszedłem "górą", co było niemal kaskaderskim wyczynem z uwagi na bardzo małą przestrzeń między zabudową kabiny a sufitem. Ludzie się gapili, no ale co tam. Pech człowieka prześladuje, a tu 9 minut do odjazdu pociągu. Opróżniłem skrzynkę na bagaż i biegiem na pociąg. Pociąg stał na peronie, mnóstwo ludzi szukało swojego miejsca. Ja znalazłem bez trudu. Wagon bezprzedziałowy, klimatyzowany, wygodny i pociąg dla niepalących, przynajmniej teoretycznie, bowiem palili w przedsionkach wagonów, a dym przedostawał się do wagonu. Chociaż z drugiej strony to raj w porównaniu z tym, co przeszedłem w serbskich pociągach. Do Aten jechałem około siedmiu godzin. Pod Larissą mogłem podziwiać przepiękne widoki z okien, później zapadł zmrok i nie było nic widać. W pociągu nie było koszy na śmieci, zbierały je sprzątaczki chodzące po pociągu niemal na każdej stacji. Stacje zapowiadano tylko po grecku. W Atenach byłem o 23:00. Zdziwiła mnie maleńka stacja, na której tłoczyło się mnóstwo żołnierzy czekających na pociąg. Za chwilę spotkałem się z ciocią, kupiłem bilet tygodniowy na metro i przejazdem do jej domu skończyłem ten dzień.

4 dzień - 21 września: Ateny



Około 11 obudziłem się z długiego, po raz pierwszy od dawna, nieprzerywanego snu. U krewnej towarzyszyły mi dwa koty, czasami, co nie jest w tej okolicy niczym dziwnym, pojawiało się obrzydliwe stworzonko zwane kacarydą. Niemniej nie ma na co narzekać. Nocleg był niedaleko stacji metra, blisko centrum i za darmo. Byłem zadowolony. Wsiadłem do metra i pojechałem na stację Omonia, później na dworzec kolejowy i Monasteraki pełne Afroeuropejczyków sprzedających tandetę. Na dworcu dostałem za darmo rozkład jazdy na rok 2007. Był inny niż podawany na polskich stronach, w związku z czym moje plany zmieniły się. Do Chaldiki pociągi nie dojeżdżały w związku z remontem torów, do Pirgos i Wolos nie chciało mi się jechać 4,5 godziny w jedną stronę. Zmęczenie dawało znać o sobie, a spodziewałem się podobnych warunków podczas podróży powrotnej.

Pierwszy dzień w Atenach spędziłem na rozpoznaniu terenu. Spodziewałem się biegunki podróżniczej, więc rozglądałem się za toaletami, których było jak na lekarstwo. Dziwiło mnie, że nie ma ich na stacjach metra i w ich okolicy. Na szczęście żołądek jeszcze nie dawał znać, nie miałem żadnych problemów, co u mnie jest rzadkością. Sam byłem zdziwiony. Nie miało to jednak długo potrwać.

Pierwsze moje wrażenia z Aten nie były pozytywne. Chaos, brud, specyficzne zasady ruchu drogowego, albo właściwie ich brak i tłumy turystów, a do tego watahy psów. Pojeździłem jeszcze nowoczesnymi tramwajami i wróciłem do mieszkania ciotki. Od rana nic nie jadłem, więc skoczyłem do piekarnii kupić sobie rogala. Zobaczyłem ceny i szok: drożdżówka prawie 2 euro, croissant czekoladowy 2,20 - masakra. W kioskach woda mineralna 1 euro, ale to musiałem kupić. Kupiłem najtańszego croissanta za 1,20 i zjadłem go z poczuciem pieniędzy wyrzuconych w błoto (smaczny był, ale po takim wydatku ja nie mogę jeść). W ogóle w Grecji denerwowało mnie to, że kiedy wszedłem do jakiegokolwiek sklepu sprzedawczynie od razu pytały, co chcę kupić, nie było czasu na obejrzenie towaru. Ceny astronomiczne, chociaż w supermarketach zdarzało się coś kupić stosunkowo tanio.

5.dzień: 22 września - Ateny



Drugiego dnia zamierzałem zwiedzić zabytki. Oczywiście te, które są dostępne za darmo, bo dla mnie jest zwiedzanie za darmo, albo nie ma wcale. Nie chce mi się tracić pieniędzy na takie rzeczy. Jak zaplanowałem, tak zrobiłem, tylko, że wszystko widziałem zza ogrodzeń a Akropol z różnych kątów. Niemniej zrobiłem około setki zdjęć tworzących panoramę Aten. Przerażał widok spalonych lasów na zboczach gór otaczających z kilku stron stolicę Grecji. Dopiero ze wzgórza obok Akropolu widać, jak wielkim miastem są Ateny. To moloch.

Powoli zaczynały się kłopoty z żołądkiem. Na razie nic poważnego, poza skurczami, nie czułem. W okolicy Akropolu były dwie toalety, chodziłem tam ze cztery godziny zwiedzając co się da. Oczywiście mapy i przewodnika nie miałem. Następnie pochodziłem po ładnych, wąskich uliczkach u stóp Akropolu, gdzie zachciało mi się do toalety. Toalety szukałem pół godziny; pęcherz moczowy ledwo wytrzymał, bowiem ze względu na upał wypiłem sporo wody mineralnej wzbogaconej o rozpuszczone tabletki nawadniające Isostar. To tak na wszelki wypadek żebym nie dostał udaru słonecznego. W końcu wszedłem do jakiejś restauracji, niepostrzeżenie dostałem się do toalety, po czym równie niepostrzeżenie wyszedłem. Jedna sprawa była załatwiona. Spacerowałem kolejne 2 godziny od Akropolu do budynku parlamentu, po czym wąskimi, wyjątkowo zaśmieconymi, ulicami dostałem się na deptak prowadzący na Omonię. Rewelacji w sumie nie było, lecz nie było źle. Nikt mnie nie zaczepiał, czułem się bezpieczny, w ogóle w Atenach nawet późną nocą nie czuje się zagrożenia. Ze stacji Omonia wróciłem do mieszkania.


Ateny - Akropol

Panorama Aten

Od rana mało co jadłem, więc ciocia poszła ze mną i kupiła mi dwa suflaki, które z chęcią zjadłem. Smakowały mi, najadłem się, ale żołądek zaczął się buntować. Nie minęła godzina i stało się to, czego się obawiałem - biegunka podróżnicza. Na ten dzień było ostatnie, lecz jutro miało rozpętać się piekło.

6 dzień; 23 września - Ateny



Miało być fajnie. Miałem się przejechać do Patry i z powrotem. Niestety, zaraz po obudzeniu się musiałem skorzystać z ubikacji. Wziąłem od razu 10 tabletek węgla, po drugim razie kolejne dziesięć, aż skończyły mi się tabletki. Nic nie pomogło. Potem szedłem do ubikacji trzeci, czwarty, piąty, szósty raz itd. Aż za piętnastym razem wkurzyłem się i wziąłem dwie tabletki Stoperanu. Po szesnastym kolejne dwie. O dziwo, zadziałało. Podczas podróży staram się nie używać leków zawierających loperamid, ponieważ powoduje u mnie zmęczenie, które w ubiegłym roku bezpośrednio zagroziło mojemu życiu na Węgrzech. Najgorzej było, kiedy brałem polski odpowiednik tego leku. Niby ten sam skład a dwa dni chodziłem jak naćpany i w ogóle nie mogłem się skupić na lekcjach, nie mówiąc o próbach wkuwania.

Biegunka została zatrzymana, ale poza krótkim spacerem, nie odważyłem się nigdzie dalej wyjść. Zacząłem brać drugi lek: Ercefuryl. Podczas spaceru przeziębiłem się. Na wieczór miałem dreszcze i gorączkę. Ciocia chciała mnie wziąć do lekarza, ale ja nie chciałem. Dzwoniłem do rodziców, że dobrze się czuję i żeby jej to wybili z głowy. Udało im się ją przekonać, ja w tym czasie mdlałem z osłabienia.

7 dzień - 24 września - Ateny



Biegunka została zatrzymana, ale tylko do czasu zjedzenia suflaka. Zaczęło się znowu. Raz, dwa, trzy, cztery i tak do dwunastu wyjść do ubikacji. Nie wiedziałem, co jest grane. Miałem kontakt tylko z wodą mineralną. Na wszelki wypadek piłem poza tym tylko Freeway Colę z Lidla. Dreszcze i gorączka powoli przechodziły. Cały dzień przeleżałem w domu.

8.dzień - 25 września - Ateny



Ostatni dzień w Atenach. Podczas planowania wyjazdu myślałem o wyjeździe do Stambułu. Teraz było to wykluczone. Rano byłem bardzo słaby i biegunka znowu powróciła. Zamierzałem zostać jeszcze jeden dzień, lecz z drugiej strony co mi to da - wszystko co jem, żołądek szybko wydala, ja jestem coraz słabszy, a przede mną bardzo długa podróż.

Po dziesiątej rano wypiłem ostatnią tabletkę nawadniającą ISOSTAR. Zadziałał Ercefuryl i za jakąś godzinę energia wróciła. Pojechałem na Monesteraki. Zrobiło się gorąco; osobiście nie znoszę upałów, więc po krótkim spacerze postanowiłem wracać do tymczasowego lokum. Postanowiłem coś jeszcze. Jako, że czułem się bardzo dobrze pojadę nocnym pociągiem do Sofii. Na stacji kolejowej wykupiłem rezerwację w sypialnym za, o ile się nie mylę, 18 euro. Przedział trzyosobowy. Wróciłem do cioci, porobiłem zakupy i w drogę.

Pociąg odjeżdżał o 22:55. Pierwsze kilka wagonów sypialnych jechało do Salonik. Nie robiły najlepszego wrażenia. Natomiast trzy ostatnie, jadące do Sofii, wyglądały świetnie. Zmodernizowane, klimatyzowane i ogólnie bardzo schludne. Przedział dzieliłem z dwoma Anglikami w moim wieku. Nie rozmawiali, ale też nie było z nimi problemów. W wagonie był zakaz palenia, co mnie niezmiernie ucieszyło. Bałem się, że będę musiał znowu przechodzić to, co w serbskim pociągu. Jedyne, co mi przeszkadzało, to fakt, iż zostałem ulokowany na najwyższym łóżku i bałem się upadku. Przez jakiś czas myśl o tym nie pozwalała mi zasnąć. Ale jak zasnąłem to spałem aż do granicy z Bułgarią. W wagonie nie było słychać charakterystycznych dla pociągu dźwięków. Po prostu super.

9 dzień - 26 września : Sofia



Kontrola graniczna znów przebiegła bez problemów. Bułgaria powitała nas pięknymi krajobrazami. Krajobrazy nie zmieniały się aż do cygańskich slumsów na obrzeżach Sofii, przez które przejeżdżaliśmy. Także mijane osiedla wyglądały na zaniedbane.

Do Sofii dotarliśmy o 13:00 z trzydziestominutowym opóźnieniem. O dworcu głównym w Sofii czytałem na internecie, jaki to jest wyremontowany i piękny. Tym bardziej zdziwił mnie więc wielki, szary i brudny budynek typowi dla czasów komunistycznych. Czytałem sporo o złodziejach, w związku z czym miałem się na baczności. O dziwo, nie było tłoczno, policja też się przechadzała, chociaż to ich bardziej typowałbym na przestępców.

W pobliskim banku wymieniłem 20 euro po dobrym kursie. Poszedłem kupić bilet do kas międzynarodowych. Obsługiwały trzy kasjerki, z czego jedna pracowała a dwie paliły papierosy i nic nie robiły. Odstałem swoje. Dostałem rezerwację za 12 euro na kuszetkę chociaż prosiłem o miejsce w sypialnym. Trudno, powiedziałem sobie, jakoś przeżyję. Bagaż oddałem do przechowalnii bagażu i mogłem już szukać centrum miasta. Nie wiedziałem jak i gdzie kupić bilet całodniowy na komunikację miejską, więc poszedłem pieszo. Nigdzie nie wywieszono planów miasta, dlatego musiałem zdać się na swoją intuicję wspomaganą zapamiętanym skanem planu z internetu. Pamięć oraz intuicja znów mnie nie zawiodły, chociaż najpierw trafiłem na targowisko miejskie. Chodziłem, oglądałem delektując się atmosferą. Niebo było zachmurzone; nie było ani za zimno, ani za ciepło - pogoda w sam raz. Na moje nieszczęście wypatrzyli mnie Cygani. Nie znałem bułgarskiego, ale jako rasista wierzący w stereotypy widząc ich nerwowe ruchy wolałem oddalić się w boczną uliczkę, która przerażała swoim wyglądem. Nie czułem się bezpiecznie. Policji nie widać, sporo podejrzanych osobników, kobiety z wąsami (niektóre jakby ich nie miały to wyglądały całkiem ładnie). W końcu trafiłem do centrum i kupiłem bilet całodniowy. Kosztował około 5 złotych. Chwilę pojeździłem starymi tramwajami i rozklekotanymi trolejbusami przegubowymi marki Ikarus 280. Stan techniczny tragiczny, dodatkowo kierowcy otwierają drzwi na przystankach zanim pojazd się zatrzyma. Przejechałem się również jedyną linią metra. Metro całkiem wygodne, ale niezbyt szybkie. Zwiedziłem także dość duże centrum. handlowe. Następne dwie i pół godziny przeznaczyłem na chodzenie po centrum miasta. Centrum ani brzydkie, ani ładne. Poza legendarnym kościołem Al. Newskiego nie ma nic, co przykuwałoby uwagę. Jest szaro, fasady kamienic odrapane, ogólnie bardzo zaniedbane miasto. O 18:00 zdecydowałem się porobić niezbędne zakupy i wracać na dworzec. Problem był w tym, że nie miałem mapy. Jednak udało mi się odczytać nazwy przystanków z rozkładów jazdy tramwajów i byłem uratowany. Kupiłem tylko trzy drożdżówki, bo nic ciekawego nie było. Okazało się też, że wymieniłem za mało pieniędzy i istniało ryzyko, że mi nie starczy na jedzenie. Wcześniej kupiłem bułgarską wodę mineralną. Jak tylko przestałem pić grecką od razu przeszły problemy żołądkowe, które nie powróciły do końca wyprawy.


Sofia

Sofia - ZIŁ jako polewaczka

Na dworcu za ostatnie pieniądze kupiłem trochę artykułów spożywczych. Kanapkę, Bake Rollsy, jakiś baton i trzy drożdżówki. Do rana powinno wystarczyć. Pociąg do Moskwy przez Bukareszt, gdzie wysiadałem, odjeżdżał o 19:55. Był podstawiony już o 19:00. Spojrzałem na wagony. Szczególnie wyróżniał się jeden brudny, wstrętny wagon. Jak się okazało, z miejscami leżącymi, czyli mój. Zacząłem kląć na cały głos, bowiem rumuński wagon sypialny był czyściutki i pusty, natomiast w wagonach z miejscami siedzącymi widziałem osobników, z którymi za żadne skarby nie chciałbym podróżować nocą. 15 minut przed odjazdem wszedłem do mojego wagonu. Drogę zastąpił mi konwojent bełkocząc "po angielsku" c: Łe-r iz ju-r ti-ked". Specjalnie daję myślniki w miejscach przerw w wymowie, gdyż jego zachowanie zdradzało dolegliwość potocznie zwaną w Polsce "pomrocznością jasną" lub "wirusem z Filipin". Koleś wyglądał na jakiegoś seryjnego mordercę, ale przynajmniej później przeganiał palaczy i swoją posturą gwarantował spokój. Sześcioosobowy przedział dzieliłem tylko z podróżującym samotnie Japończykiem.

W przeciwieństwie do greckiego wagonu sypialnego tutaj trudno było usnąć. Brud, hałas, przegrzany wagon a do tego prawie dwugodzinny postój na granicy. Spałem jakieś dwie godziny. Na granicy czuwałem. Zasnąłem dopiero w Rumunii, co jednak nie starczyło na wyspanie się, bowiem po szóstej rano dotarliśmy do Bukaresztu.

10 dzień 27 września - Bukareszt, Sighisoara



O Rumunii słyszałem wiele. Wiele złego. Wszyscy odradzali mi ten wyjazd, na internecie czytałem przerażające relacje z Bukaresztu a rodzice błagali mnie, żebym jechał gdziekolwiek, tylko nie do Rumunii, bo mnie tam zabiją. Jednak ja, na przekór wzystkim, postanowiłem zrobić swoje. Dworzec wyglądał ładnie, ale z początku bałem się gdziekolwiek wyjść. Godzinę zajęło mi wymienienie 5 euro w Western Union za złodziejski kurs, za które opłaciłem przechowalnię bagażu i postanowiłem zrobić rezerwację na pociąg InterCity jadący przez Sighisoarę. Była 7:00, pociąg wyjeżdżał o 12:30. Pani w kasie była bardzo miła. Aż zbyt miła, co poznałem po jednoznacznym uśmiechu i kokieteryjnym spojrzeniu. Dziwiłem się, bowiem akurat nie wyglądałem tak jakbym chciał, ale takie historie powtórzyły się w ciągu tego i następnego dnia wielokrotnie. Na pożegnanie dała mi do zrozumienia co myśli machając zalotnie ręką i przepięknie się uśmiechając, co zrobiłem również. Może nie była jakąś seksbombą, lecz była ładna, nawet powiedziałbym, że bardzo. Gdyby taka zaproponowała mi bycie moją dziewczyną, nie odmówiłbym.

Kolejną godzinę zwiedzałem okolice dworca szukając kantoru z lepszym kursem. Dzielnica nie należała do zbyt ładnych, z drugiej strony nie było tak źle, jak sobie wyobrażałem. Co dziwne , kierowcy przepuszczali pieszych na przejściach. Po doświadczeniach z poprzednich krajów zszokowało mnie to.

Kantoru z dobrym kursem nie znalazłem. Kupiłem jednodniowy bilet na metro i udałem się w stronę legendarnego budynku parlamentu. Mapa sieci metra była wywieszona przed dworcem, więc dotarcie tam nie stwarzało problemów.

Budynek rzeczywiście był imponujący. Wokół jakby betonowa dżungla, za wyjątkiem parku przy stacji metra. Poszedłem szukać kantoru. Najpierw minąłem kanał przepływający przez centrum, bułgarską kanapkę, której bałem się już zjeść dałem bezdomnemu, po czym zacząłem krążyć po ulicach. Wcale nie było tak źle, jak się obawiałem. Chciałem znaleźć legendarne slumsy, ale zupełnie nie wiedziałem, gdzie szukać. Poza tym robiło się gorąco powiedziałbym wręcz, że upalnie. W końcu w jednym z budynków znalazłem kantor, w którym mogłem wymienić walutę po bardzo dobrym, jak na Bukareszt, kursie. Metrem pojechałem stację do tyłu. Znalazłem się sercu Bukaresztu, wśród korków oraz betonowych bloków. Ale naprawdę nie było źle. Czułem jakąś dziwną sympatię do tego miasta a zwłaszcza do młodych Rumunek, które na mnie zalotnie patrzyły. Wiem, że pisanie takich rzeczy nie świadczy o skromności, lecz naprawdę tak było. Szok. Przy tym nie różniłem się niczym od Rumunów. Z początku myślałem, iż chodzi o to, że jestem strasznie brudny i śmierdzę potem (choć nie śmierdziałem), umyłem się więc w szalecie publicznym. Nie zmieniło to sytuacji. Niestety, dało znać o sobie zmęczenie. Powoziłem się trochę brzydkim i niezbyt szybkim metrem, kupiłem kanapkę oraz dwie drożdżówki na dalszą drogę a następnie udałem się na dworzec kolejowy. Było ostre słońce, upał, zdjęcia i tak by nie wyszły. Ceny okazały się być dosyć wysokie, podobne do polskich, czego się nie spodziewałem.


Bukareszt - budynek parlamentu

Bukareszt - kanał w centrum

O 12:00 podstawili pociąg InterCity. Był zestawiony z kimatyzowanych wagonów - klimatyzacja dziwnym trafem na części trasy nie działała jak należy, a w pociągu obowiązywał całkowity zakaz palenia. Miałem do pokonania 294 kilometry. Pociągi InterCity są w Rumunii bardzo drogie, a opłaty rosną proporcjonalnie do pokonanej odległości. Podobnie jest z ekspressami (rapid). Do pospiesznych (accelerate) dopłaty nie są zbyt wysokie. Ja miałem na szczęście Balkan Flexipass, więc dopłaciłem jedynie 7 lejów i 80 bani, czyli około 9 złotych. Planowo pociąg miał jechać 4 i pół godziny. Przedział okazał się całkiem wygodny. Oprócz mnie jechały same kobiety, w tym jedna cudzoziemka - Niemka - jak na Niemkę bardzo ładna, lecz niestety, jej angielski był za słaby, żeby coś więcej pogadać. Podróż w każdym razie przebiegała w bardzo miłej atmosferze. Współpasażerki zszokowałem kiedy po pierwszej wizycie w toalecie wróciłem jeszcze lepiej umyty a po drugiej ogolony. Krajobrazy w okolicach miasta Sinaia zapierały dech w piersiach. Po prostu coś pięknego. Ploiesti nie wyglądało najlepiej - szare blokowiska i wielkie zakłady, lecz nie wiem dlaczego Rumunia przypominała mi Polskę. Na pewno nie był to ten dziki kraj, którym mnie straszono odkąd zacząłem planować wycieczkę. Problemem było zorientowanie się, na której stacji właśnie stajemy. Nikt nic nie zapowiadał, nie było też widocznych oznaczeń. Udało mi się jednak wysiąść w Sighisoarze. Tamtejszy dworzec był akurat w remoncie.

Niedaleko dworca zaczepił mnie mieszkaniec Sighisoary prowadzący nieoficjalny pokój jednoosobowy w swoim domu. Za około 50 zł. Nie znałem miasta i realiów, więc po obejrzeniu całkiem ładnego z wyglądu pokoju z telewizją satelitarną i rzekomo oddzielną łazienką zgodziłem się na dwie noce, przy czym zapłaciłem za jedną. Planowałem zostać dwie noce ale wynajmując ten pokój popełniłem bardzo duży błąd. Mogłem się również targować ; jednak po dwóch nocach w pociągu człowiek po prostu nie potrafi szybko analizować sytuacji. Jak się później okazało, obok był pensjonat G.I.A gdzie za podobną cenę mógłbym się przespać w pokoju czteroosobowym z własną łazienką i prysznicem.

Człowiek uczy się na błędach, lecz wtedy jeszcze nie wiedziałem w co się wpakowałem, gdyż pokój wyglądał bardzo ładnie.

Rozpocząłem zwiedzanie miasta. Sighisoara znana jest ze swojej średniowiecznej zabudowy. Ja miałem pecha - akurat kończył się remont kanalizacji obejmujący całą Starówkę i wszystkie zabytkowe bruki były pozrywane. I bez tego miasteczko wygląda pięknie. Ma poza tym świetną atmosferę. Turystów, ze względu na porę roku, nie było zbyt wielu. Znowu było pochmurno i znowu temperatura w sam raz, aczkolwiek brak słońca popsuł trochę zdjęcia. Skorzystałem z kawiarenki internetowej, zrobiłem zakupy i po 21:00 wróciłem do wynajmowanego pokoju.

Mieszkać u jakiejś rodziny jest podobno bardzo fajnie a podróżnicy wychwalają to jako możliwość poznania życia ludzi. Dałem się skusić i żałowałem. Rodzina była spora: małżeństwo, krewna, dwoje dzieci i babcia. Łącznie sześć osób. Oddzielna łazienka okazała się wspólna, postanowiłem poczekać do północy, aż pójdą spać, to wtedy wezmę prysznic. Telewizja satelitarna okazała się telewizją kablową, a poprzez drzwi było słychać wszystkie rozmowy rodziny. Nie rozumiałem języka rumuńskiego, więc nie wiem, o czym rozmawiali.

Poszli spać o 23:00. Niestety, nie wiem jak, ale zrobili tak, że nie mogłem wyjść z pokoju a tym samym dostać się do łazienki. W nocy chciało mi się sikać, to musiałem oddać mocz do butelki. Dobrze dla nich, że biegunki nie miałem.Kiedy dzwonił telefon stacjonarny, dzwonił też u mnie. W pokoju było bardzo zimno a przejeżdżające nieopodal pociągi nie pozwalały zasnąć. To był koszmar. Zasnąłem dopiero po trzeciej w nocy. Bałem się, czy w ogóle obudzę się żywy. U siebie napalili w kominku, u mnie nie.

Dzień 11 - 28 września; Sighisoara, Braszów



O szóstej rano jedno z dzieci zaczęło ćwiczyć śpiew - to było raczej wycie niż śpiewanie. Obudziłem się po trzech godzinach snu. Powiedziałem sobie: "spadam stąd". Dobrze, że zapłaciłem tylko jedną noc .Po zimnej nocy zimny poranek. Miałem stan podgorączkowy i dreszcze. Do prysznica się nie dostałem, zresztą brać go w takim zimnie było bez sensu. O 8:00 poszedłem na dworzec kolejowy i kupiłem bilet na ekspress do Braszowa. Przy pożegnaniu nawet nie udawałem zadowolenia. Pierwotnie miałem jechać do miasta Cluj Napoca, lecz w takiej sytuacji nie wchodziło to w grę.

Pociąg odjeżdżał około 10:00 ze względu na opóźnienie. Wynudziłem się na prowizorycznej stacji bez budynku, lecz co było robić. Podróż powinna trwać półtorej godziny, jednak po drodze zepsuła się lokomotywa, co spodowało kolejne dwie godziny opóźnienia. Słońce grzało, dzięki czemu dreszcze nie były tak odczuwalne, a ja zastanawiałem się, jak w piątek zdobędę bilet na sypialny do Budapesztu.

W Braszowie byliśmy około 13:15. Stacja nie jest jakaś super, podobna do polskich. Problemem okazało się wykupienie rezerwacji na wagon sypialny. Wolne były tylko w pociągu EuroNight za 20 Euro. Balkan Flexipass był ważny tylko do granicy węgierskiej, ja jednak kupiłem w Czechach bilet od Curtici granica do Budapesztu na zniżkę In-Junior. Nie wiem, czy pani obsługująca nie potrafiła zrealizować zamówienia, czy rzeczywiście była awaria komputera, ale na bilet musiałem czekać półtorej godziny. W międzyczasie zjadłem pyszne ciasteczka fornetti sprzedawane na dworcu i umyłem się w bezpłatnej i czystej toalecie w niedalekim centrum handlowym. Zrobiłem też kilka zdjęć rumuńskich pociągów.

Dopiero przed 16:00 poszedłem zwiedzać miasto. Słońce już zelżało, mapa komunikacji miejskiej była wywieszona na przystanku przed dworcem, dzięki czemu mogłem się zorientować, jak trafić do centrum. Do centrum szedłem około dwudziestu pięciu minut. O dziwo, nie pomyliłem drogi.

Centrum miasta bardzo mi się podobało. Zabudowa była dość trudna do fotografowania, zwłaszcza deptak, na którym roiło się od ogródków kawiarnianych. W centrum miasta spędziłem trzy godziny. Można było wyjechać kolejką na górę, z której widać panoramę Braszowa. Ze względu na osłabienie i złe samopoczucie zrezygnowałem z tej atrakcji koncentrując się na zwiedzaniu, a dokładniej na spacerowaniu. To miasto ma coś w sobie. Nie jest jakieś nie wiadomo jak piękne, ale wywarło na mnie jak najbardziej pozytywne wrażenie.


Braszów - rynek

Braszów - ratusz

Po 19:00 wróciłem pieszo na dworzec. Półtorej godziny do odjazdu wykorzystałem na zakupy i toaletę. Przed dworcem zebrało się sporo meneli, ale nie czułem się zagrożony. Zjadłem kanapkę z kotletem, bardzo dobrą i niedrogą. Po 21:00 nadjechał pociąg EuroNight do Budapesztu. Przedział miałem dzielić z jakimś sympatycznym rumuńskim biznesmenem. Konwojent przeprowadził nas do innego wagonu, bowiem nasz przedział był oznaczony jako "służbowy". Wagony ładne, choć aby zamknąć drzwi do przedziału trzeba było włożyć sporo wysiłku, konwojenci też sympatyczni.

Ogólnie Rumunia zrobiła na mnie pozytywne wrażenie. Mimo nieudanego noclegu byłem bardzo zadowolony. Jest to najbardziej cywilizowany kraj ze wszystkich, które zwiedziłem podczas tej wyprawy. Węgry i Serbię bije na głowę. Ludzie mili, kulturalni kierowcy, byłem w szoku. Jest to kraj, który najbardziej przypominał mi Polskę, w tych pozytywnych i negatywnych aspektach (np. na ulicach czasem widać dresiarzy).

Dzień 12 - 29 września Budapeszt, Brno



Podczas podróży porządnie się wyspałem. Gorączka i dreszcze nie przeszły, ale dzięki ogrzewaniu dojechałem na miejsce w nie najgorszym stanie. Na dworcu w Budapeszcie sprawdziłem rozkład. Była 7:00. Pociągi do Brna miałem o 9:55 i 13:55. Początkowo myślałem, że zwiedzę porządnie Budapeszt, lecz obawa o zdrowie zwyciężyła. Postanowiłem nie tracić czasu. Metrem przemieściłem się do centrum, podobnie jak w nocy pierwszego dnia podróży. Była sobota rano. Wszystko pozamykane, na ulicach żywego ducha, a wszędzie porozbijane butelki i stosy śmieci pozostawione przez "kulturalnych" zwolenników imprez na świeżym powietrzu. Pełno kloszardów. Wyglądało na to, że słońce będzie ostre, uniemożliwiające zrobienie ładnych zdjęć w godzinach, w których miałbym przebywać w mieście. Pochodziłem po obszarze między stacjami Deaka Ferenca i Lajosa Kossutha oraz po brzegu Dunaju. Wystarczyło, abym zobaczył z bliska lub z daleka większość budapeszteńskich zabytków. Miasto nie zrobiło na mnie pozytywnego wrażenia, podobnie jak całe Węgry. To chyba największy zawód moich dotychczasowych wypraw. Nie ma tam nic specjalnego.

O 10:00 odjechał mój pociąg. Co ciekawe, przedziały dla palących stały się przedziałami dla niepalących. Popielniczki zostały wyjęte, a tablice na drzwiach przelepione. Udało mi się znaleźć wygodny przedział i zmęczony o 14:00 dojechałem do Brna kończąc tę wyprawę. Następne 4 dni przeleżałem w łóżku z wysoką gorączką, katarem i kaszlem.

Podsumowując: wyprawa ogólnie udana, ale wyczerpująca. Największy zawód: Węgry i Belgrad. Najlepszy kraj: zdecydowanie Rumunia. Mam nadzieję, że za jakiś czas zwiedzę również Macedonię, Czarnogórę, Albanię i Mołdawię. Wszędzie oczywiście pociągiem.