Świat Podróży Kolejowych

Obserwuj nas


Mapa odwiedzin


Statystyki od 25.04.2017 r.

Free counters!

SŁOWENIA 2008


Strona główna --> Moje podróże
UWAGA!!! Od 2008 roku sporo się zmieniło. Austriacki bilet Sommerticket jest od 2013 roku ważny tylko z kartą Vorteils Card. Posiadacze czeskich IN Kart nie mają uprawnień do podróżowania z tym biletem. Ponadto nie próbujcie mówić po chorwacku w Słowenii - możecie źle skończyć (nauczyłem się słoweńskiego, ale w ogóle go nie używam), ani nie róbcie kanapek na drogę podczas śniadań typu szwedzki stół - jest to bardzo źle odbierane.

Pierwszy raz Słowenię zwiedziłem w 2006. Moją relację z tamtej podróży można przeczytać klikając w odnośnik "Słowenia 2006". Wrażenia nie były najlepsze. Słoweńcy wydawali mi się ludźmi bez emocji, robotami z maską zamiast twarzy. Słowenki natomiast wydawały się brzydkimi panienkami o manierach księżniczek.

W tym roku zaplanowałem krótki wyjazd do tego kraju. W przeciwieństwie poprzedniej wycieczki skupiłem się na austriackich miastach Lublanę traktując jedynie jako bazę wypadową. Pierwotnie miałem wybrać się jeszcze do chorwackiej Rijeki lub włoskiej Goricy, jednak po przeczytaniu prognozy pogody zapowiadającej odczuwalną temperaturę 39 stopni Celsjusza zrezygnowałem z tych eskapad.

Nie spodziewałem się niczego rewelacyjnego, koszty wydawały się zbyt wysokie jak na kilkudniowy wypad zagraniczny. Nie było jednak tak strasznie. Było wręcz świetnie. Ludzie wydali mi się mili, widziałem sporo ładnych Słowenek i żałowałem, że wyjechałem na tak krótko. Niby dwa lata a wszystko wydawało się całkiem inne. Nie wiem, czy to kraj się tak zmienił, czy ja się przez te dwa lata tak zmieniłem, chociaż wydaje mi się, że bardzo zradykalizowałem swoje poglądy.

1. dzień - podróż (30.07.2008)



Podczas wakacji pracuję w Brnie, więc podróż zacząłem ze stacji Brno Královo-Pole pociągiem do stacji Brno hlavní nádraží. Tam przesiadłem się do pociągu EuroCity z Pragi do Wiednia. Pociąg nie był zbyt obłożony, więc jechałem sam w wygodnym przedziale. Miłym zaskoczeniem okazał się brak spóźnienia.

Do Wiednia dojechałem około 9:30. Pociąg InterCity do Villach odjeżdżał dopiero o 10:57, jednak już o 10:20 wsiadłem do podstawionego składu, aby zająć jak najwygodniejsze miejsce. Kiedy jestem wypoczęty, najchętniej jadę w wagonie bezprzedziałowym, natomiast kiedy chce mi się spać, wolę przedział. Tym razem wybrałem wagon bezprzedziałowy. Do czasu odjazdu pociąg zapełnił się niemal w 100 procentach i do Bruck an der Mur siedziałem z rumuńską Cyganką, ale całkiem sympatyczną.

Do stacji Wiener Neustadt pociąg jechał bardzo szybko, później zwolnił i podróż nieco się dłużyła. Stosunkowo wolną, przynajmniej jak na austriackie warunki, jazdę rekompensowały przepiękne widoki gór i dolin. Klimatyzacja działała jak należy, atmosfera także była dobra, więc podróż upłynęła przyjemnie.

Za wiele nie ma co pisać, bowiem nie zdarzyło się nic specjalnego. Pomagałem paru osobom zdjąć bagaże z półek, za co usłyszałem wielokrotne "Danke" i uśmiechy. Do Villach pociąg dojechał punktualnie. Musiałem poczekać 25 minut na pociąg EuroCity Villach-Zagrzeb.

Ten również przyjechał punktualnie (tzn. był to inny pociąg, ale trzy ostatnie wagony jechały do Zagrzebia). Pociąg składał się z trzech chorwackich wagonów - jednego pierwszej klasy, jednego pierwszej klasy jadącego jako druga klasa i jednego drugiej klasy. W rzeczywistości wszystkie trzy niczym się nie różniły. Po wejściu do środka byłem miło zaskoczony - wagon był bezprzedziałowy a siedzenia bardzo wygodne. Dobre wrażenie zepsuł fakt, że pół wagonu było dla palących, pół dla niepalących a obie połowy dzieliła szybka bez drzwi, co przypomniało mi węgierskie wagony pociągów EuroCity. Na szczęście w Austrii i Słowenii obowiązuje zakaz palenia w pociągach, więc dym nikotynowy nie przeszkadzał.

Tutaj podróż również upłynęła szybko i bez żadnych niespodzianek, dzięki czemu już o 17:45 wysiadłem na dworcu w Lublanie. Pierwsze, co zrobiłem, to poszedłem do Informacji Turystycznej kupić kartę turystyczną umożliwiającą m.in.trzy dni bezpłatnego transportu komunikacją miejską. Kosztowała 12,52 Euro, bilet tygodniowy, o czym nie wiedziałem przed wyjazdem 14 Euro. Gdybym wiedział o bilecie tygodniowym, to wykupiłbym więcej noclegów. Do kasy była mała kolejka, ale jeden turysta przede mną był bardzo dociekliwy (żeby nie powiedzieć up....wy) i musiałem poczekać 15 minut na swoją kolej. Kupując kartę spróbowałem swoich sił w języku chorwackim, sprzedawca, co mnie zdziwiło, chwilę ze mną pogadał i nawet pochwalił mnie, że dobrze mówię po chorwacku, co nie było prawdą, bowiem mój zasób słownictwa nie jest zbyt duży.

Zaraz po kupieniu karty udałem się na przystanek autobusowy, aby złapać autobus jadący w stronę internatu, w którym miałem zarezerwowane łóżko. W Słowenii jeszcze nie ma normalnych rozkładów jazdy, autobus jedzie, albo nie jedzie, więc czasami trzeba dość długo czekać, co też mi się przytrafiło.

Po dotarciu do internatu musiałem po raz kolejny czekać w kolejce, bo były jakieś zawody oldboyów w biegach i w internacie było mnóstwo ludzi chcących się zameldować, a mało wolnych miejsc. Dodatkowo recepcjonista był bardzo nerwowy i klął jak szewc, jednak wobec mnie okazał się miły i kulturalny.

Dostałem pokój na trzecim piętrze, pierwsze dwa dni byłem sam. Wykupiłem trzy noclegi ze śniadaniem, co kosztowało mnie łącznie 36 Euro. 12 Euro za nocleg ze śniadaniem to bardzo tanio jak na Słowenię i sąsiednie kraje. Żywność miałem swoją obawiając się horrendalnych cen, co jednak nie potwierdziło się w praktyce. Ceny były wprawdzie wysokie, ale nie tak, jak zakładałem.

Po godzinie ósmej wyruszyłem do centrum miasta pochodzić po oświetlonych ulicach Lublany. Nie udało mi się zrobić zbyt wielu zdjęć, wolałem spokojnie spacerować i delektować się atmosferą tego miasta.

2. dzień - Klagenfurt, Villach (31.07.2008)



Rano strasznie chciało mi się spać, jednak nie było wyjścia - trzeba było iść na śniadanie a o 10:12 na pociąg do Villach. Na śniadanie nic ciekawego - ser topiony, chleb, herbata. Skoro zapłaciłem 1 euro za śniadanie, to musiałem z tego skorzystać. 6 kanapek zjadłem na miejscu, wypiłem 7 filiżanek herbaty a kolejne 5 kanapek zrobiłem sobie na drogę.

Atmosfera wśród gości była bardzo sympatyczna - oldboye różnych narodowości okazali się sympatycznymi ludźmi. Po wzięciu prysznica wyruszyłem na stację. Jak zwykle wyczekałem się na autobus, ale na stację dotarłem już o 9:20. Do odjazdu miałem prawie godzinę, więc postanowiłem porobić zdjęcia pociągów. W Słowenii nie są one zbyt zróżnicowane, przeważają stare wagony oraz jednostki elektryczne Desiro. Oprócz tego jeżdżą trochę inne pociągi do Metliki oraz dwa polskie "kible", których się nie spodziewałem (myślałem, że wszystkie wykupiły Koleje Mazowieckie). Jeden polski pociąg stał akurat na bocznym torze i miał otwarte drzwi (nie wiem, po co), więc szybko wskoczyłem i zrobiłem zdjęcie. Sfotografowałem parę innych wagonów i wsiadłem do pociągu do Monachium.

W pociągu do Monachium znów trzy chorwackie wagony i znów pełno. Podróż trwała około 1:45 minut, po drodze piękne krajobrazy i miła atmosfera. W Villach przesiadłem się do przepełnionego pociągu EC Wenecja-Wiedeń, którym po dwudziestu sześciu minutach podróży dojechałem do Klagenfurtu.

Na zwiedzanie Klagenfurtu miałem około 75 minut, co jednak wystarczyło do obejścia ścisłego centrum. W Klagenfurcie odbywały się mecze "polskiej" grupy podczas tegorocznych Mistrzostw Europy w piłce nożnej, więc można było zobaczyć m.in. reklamę polskich kondomów oraz wywieszone flagi Polski i Chorwacji oraz napisy w tych językach.

Sam Klagenfurt zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Bardzo podobało mi się centrum miasta, szczególnie deptak. Szkoda tylko, że jest tutaj tylu imigrantów. Na temat samego spaceru po centrum nie będę się rozwodził.


Klagenfurt

Klagenfurt

O 14:02 odjeżdżał pociąg osobowy do Villach. W ostatniej chwili zdążyłem na dworzec i właściwie wskoczyłem do pociągu, jednakże Talent bardzo często spotykany na austriackich torach nie należy do moich ulubionych pociągów. Nie wiem dlaczego, ale jakoś dziwnie w nim się czuję, co jednak jest tylko subiektywnym odczuciem, bowiem po odpowiednich torach jeździ bardzo szybko, a klimatyzacja działa bardzo dobrze. Jako, że był to pociąg osobowy, jechał do Villach ponad 40 minut.

Na Villach przeznaczyłem 50 minut, co w zupełności wystarczyło, bowiem główną atrakcją miasta jest niezbyt długi deptak oraz przyległe ulice. W dniu, w którym zwiedzałem miasto, odbywał się tam jakiś festyn, przez co wszystko było okropnie zatłoczone. Dopisała jednak pogoda i udało mi się zrobić kilka ładnych zdjęć. Wrażenie jak najbardziej pozytywne. Miasto bardzo ładne i czyste.

Wracałem tym samym pociągiem, co poprzedniego dnia. Odjeżdżał o 15:55. Wcześiej, o 15:47, na dworzec wjechał niezidentyfikowany pociąg retro, którego zdążyłem sfotografować z zewnątrz i jeden wagon w środku. Później musiałem wsiąść do "mojego pociągu". który był przepełniony, ale udało mi się znaleźć wolne miejsce i w komfortowych warunkach dojechać do Lublany.

Następne godziny spędziłem na robieniu zdjęć pociągom i spacerowaniu centrum Lublany, co jednak zepsuła pogoda, bowiem pochmurzyło się i nie było dobrego światła na zdjęcia. Podczas robienia zdjęc na peron wjechał drugi z polskich pociągów jeżdżących po Słowenii, który miał jechać do Jesenic. Zrobiłem zdjęcia wnętrza, w tym okropnych toalet. W pociągu, w odróżnieniu od polskich jednostek elektrycznych są aż cztery toalety (w Polsce 2, 1 lub 0), jednak ich stan pozostawia wiele do życzenia.

Do internatu wróciłem o 21:00. Zasnąłem praktycznie od razu.


Villach

Villach

3. dzień - Lublana (1.08.2008)



1 sierpnia (piątek) zarezerwowałem na zwiedzanie Lublany.Pogoda znów pokrzyżowała mi plany, mówiąc wprost okropny upał i zaduch. Po zjedzeniu śniadania (miód, chleb, herbata) wybrałem się na miasto. Zdołałem pospacerować około dwóch godzin, później nie było sensu. Kupiłem kilka chorwackich gazet, piwo Laško Club i wróciłem do internatu. Po drodze wstąpiłem do piekarni, gdzie kupiłem "mesni burek", czyli burek z mięsem. Kosztował 1,90 Euro, ale był tak pyszny, że później kupiłem jeszcze jeden. Obydwie sprzedawczynie w piekarni były bardzo miłe i chwilę ze mną pogadały.

Kilka następnych godzin przespałem lub przeleżałem (12-16), później wziąłem drugi tego dnia prysznic i ponownie przejechałem się do centrum. Słońce grzało, myślałem że porobię zdjęcia wieczorem, jednak po około trzydziestu minutach zaszło za chmury i z ładnych zdjęć nici. Wybrałem się na stację kolejową kupić miejscówkę na poranny pociąg ICS Pendolino do Mariboru. Okazało się, że nie muszę płacić dopłaty i miejscówkę do biletu Interrail Slovenia mam za darmo. Warto wspomnieć o urodzie kasjerek, które w większości były bardzo ładne i równie miłe. Korzystając z okazji porobiłem zdjęcia pociągom Desiro i Pendolino stojącym akurat na stacji.

Na koniec kupiłem wodę mineralną w Mercatorze i udałem się do internatu. Wieczorem dokwaterowali mi do pokoju sympatycznego Anglika.


Lublana

Lublana

4. dzień - Graz, powrót (2.08.2008)



Tej nocy nie mogłem spać. Mój pociąg odjeżdżał o 8:30, a ja okropnie się denerwowałem, bowiem w czasie poprzednich podróży w czwarty dzień zaczynały się problemy żołądkowe i bałem się kłopotów. Jednak tym razem obeszło się również bez tego.

Wstałem już o szóstej. Skoczyłem do piekarni kupić jakieś pieczywo na drogę. Ceny pieczywa w słoweńskich piekarniach są dosyć wysokie, jednak postanowiłem nie oszczędzać na siłę. Następnie w automacie kupiłem puszkę pepsi i multiwitaminowego napoju "Sola" oraz batony. Łącznie z zakupami w piekarni to już wydane 3 euro. Ale się zrobiłem rozrzutny.

Poszedłem na krótki spacerek a potem na śniadanie, na które dzisiał był chleb, szynka, ser żółty oraz standardowe napoje kakao, mleko, kawa, herbata (wcześniej wymieniałem tylko herbatę, bo innych nie mogę pić). Herbatę odpuściłem, zrobiłem od razu 7 kanapek z szynką na drogę.

Poszedłem się wymeldować i szybko na pociąg. Na stacji byłem już o 7:40, poszedłem więc do innej piekarni kupić sobie jeszcze coś do jedzenia. Do Brna planowałem dojechać po 19:00 lub o 21:00, więc lepiej było dmuchać na zimne, bo w Austrii jest jeszcze drożej. I tym razem sprzedawczyni pogadała ze mną, tym razem była to Macedonka i rozmawialiśmy o Macedonii. Była zdziwiona, że Polak tyle wie o jej kraju.

Po zakupie pieczywa poszedłem na peron zająć miejsce w pociągu do Mariboru. Pendolino, mimo wysokich cen, było niemal w całości zapełnione, chociaż trzeba przyznać, że niektórzy zagraniczni podróżni nie wiedzieli o obowiązkowych miejscówkach oraz o dopłacie i przyszło im dopłacać po 6-7 Euro. Pociąg z początku bardzo szybko ruszył i myślałem, że zwymiotuję, jednak po paru kilometrach zwolnił i już nie zbierało mi się na wymioty. Do Mariboru przyjechaliśmy z ponad dwudziestominutowym opóźnieniem. Pociąg z Zagrzebia do Wiednia czekał na tym samym peronie. Podsumowując podróż Pendolinem muszę powiedzieć, że jednak wolę klasyczne wagony a czeskie Pendolino wydaje mi się dużo wygodniejsze od słoweńskiego.

W pociągu do Wiednia zająłem miejsce w przedziale z Polką, Polakiem, siostrą zakonną z Chorwacji i bliżej nieustalonym osobnikiem. Pociąg był przepełniony, a w Spielfeld-Strass dosiadła się jeszcze Austriaczka. Bagaż musiałem zostawić na półkach na korytarzu, które są dosyć wysoko i wpakowanie na nie mojej nieporęcznej i brzydkiej torby podróżnej sprawiło mi sporo problemów, bo ciuchy miałem tak załadowane, że rozlatywały się na wszystkie strony i nie mogłem porządnie złapać torby, a później podnieść wysoko na półkę umieszczoną o wiele wyżej niż w przedziale. Po perturbacjach usiadłem w przedziale. Czekało mnie 50 minut podróży do Graz. Podczas kontroli biletów miałem kłopoty z konduktorem, bowiem stwierdził, że na wakacyjny bilet "Sommerticket" potrzebuję austriacką VorteilsCard, ja natomiast miałem bilet kupiony na czeską kartę In-junior, w związku z czym bilet był, według niego, nieważny i nosił się z zamiarem wypisania mi mandatu, co wyraził w ostrych słowach. Ja jednak nie dałem sobie w kaszę dmuchać i równie ostro odpowiedziałem. Po krótkiej kłótni poszedł sobie, a ja dojechałem do Graz.

W Graz wysiadłem około 11:55 (30 minut opóźnienia). Torbę schowałem w skrzynce do przechowania bagażu (opłata 2 Euro), następnie wyruszyłem zwiedzać miasto. Do centrum trzeba było iść jakieś 15 minut, więc powrót pociągiem o 13:26 do Wiednia nie wchodził w grę, tym bardziej, że centrum miasta okazało się być godnym uwagi. Piękny deptak i wąskie uliczki pochłonęły moją uwagę. Spacerowałem i fotografowałem zachwycając się miastem. Znowu jednak, podobnie jak w innych austriackich miastach, byłem przerażony liczbą imigrantów - Murzynów, muzułmanów oraz żebrzących Cyganów. Austriacy chyba zaczynają stanowić mniejszość w swoim kraju.

Około 13:15 zachmurzyło się i zaczęło grzmieć, więc wróciłem na stację. Pociąg do Wiednia odjechał, następny miałem o 14:21 z przesiadką w Bruck an der Mur, na który musiałem poczekać pół godziny. W międzyczasie rozpętała się burza z towarzyszącą gwałtowną ulewą a pioruny co rusz trafiały niedaleko dworca budząc grozę wśród małych dzieci. W końcu pociągiem REX o 14:21 ruszyłem do stacji przesiadkowej. Pociąg był całkiem wygodny, chociaż klimatyzacja nie działała najlepiej. Na pierwszej stacji wsiadły dwie dziewczyny, na oko 18-letnie w stylu "222;Emo", które puściły na cały głos muzykę i zachowywały się w sposób typowy dla postępowej młodzieży. O ile dwa lata temu nikt na takie zachowania nie reagował, to w tym przypadku konduktor stał nad nimi tak długo i stanowczo groził mandatem, że się wystraszyły. Po wyłączeniu muzyki typu Blog 27 podróż stała się przyjemna.


Graz

Graz

Pociąg przyjechał do Bruck an der Mur o 14:55. Za kilka minut miał przyjechać pociąg Wenecja-Wiedeń, do którego miałem się przesiąść. Niestety, dwudziestominutowe spóźnienie stawiało pod znakiem zapytania możliwość przesiadki w Wiedniu na pociąg do Brna, bo chociaż to ten sam dworzec, to jednak trzeba kawałek podbiec na inny segment.

W końcu pociąg przyjechał. Mimo dużego zapełnienia udało mi się znaleźć wolne miejsce w wagonie bezprzedziałowym. Cały czas lało, a góry były spowite mgłą, przez co opóźnienie zwiększyło się do 35 minut. Konduktor zapewnił mnie jednak, iż zdążę na przesiadkę w Wiedniu. Tak też się stało. Wysiadłem z pociągu i szybko pobiegłem na peron, gdzie stał pociąg pospieszny do mojej stacji docelowej. Miałem pecha, bo siedziałem w przedostatnim wagonie i musiałem przedzierać się przez tłum podróżnych. Udało mi się dobiec dosłownie w ostatniej chwili, pracownik ochrony dworca kazał konduktorom wstrzymać odjazd pociągu bo oprócz mnie biegła jeszcze jakaś rodzina z dziećmi siedząca w przedniej części pociągu z Wenecji. Wszyscy dobiegliśmy, wsiedliśmy i w tym momencie pociąg ruszył.

Do Brna dojechałem bez przeszkód.

Podsumowanie i wnioski



Kilkudniowy podróż na Słowenię muszę uznać za bardzo udany. Polubiłem ten kraj i ludzi w nim mieszkających a miła atmosfera zatarła złe wrażenie z poprzedniego wyjazdu. Pod koniec pobytu żałowałem, że trwał on tak krótko i mam nadzieję, że będzie mi jeszcze dane wyjechać do Słowenii na dłużej.