Świat Podróży Kolejowych

Obserwuj nas


Mapa odwiedzin


Statystyki od 25.04.2017 r.

Free counters!
Strona zakończyła działalność. Informacje w artykułach mogą być nieaktualne.

SŁOWENIA POCIĄGIEM (2006)


Strona główna --> Moje podróże
UWAGA!!! Tę relację pisałem w 2006 roku, informacje o taryfach, noclegach i biletach sieciowych zawartych w tej relacji, w większości są nieaktualne. Na plus zmieniło się wiele rzeczy w Słowenii i w Zagrzebiu. W Słowenii byłem jeszcze w 2008 roku, zapraszam do przeczytania relacji z tamtej podróży, bowiem było dużo lepiej.

Rodzaj biletu: EuroDomino -26
Nocleg: Dijaški dom Šiška (Lublana) - noc 11 Euro (ze zniżką studencką)

Dzień 1 - 29 lipca 2006. Dojazd



Zaopatrzony w sieciowy bilet Slovak-26 i sieciowy bilet austriacki zdecydowałem się na nocną podróż przez Austrię do Kopru. Kompletnie nie wiedziałem, czego się spodziewać po Słowenii, nie znałem po słoweńsku słowa, angielski też znam niezbyt dobrze, przez co podróż rozpoczynałem pełen obaw. Na Słowację dojechałem wygodnym pociągiem przyspieszonym "Skalnica" relacji Kraków Główny - Żylina.

W Żylinie trzy godziny oczekiwania na InterCity do Wiednia. Bagaż zostawiłem w przechowalni (15 koron = 1,8 zł) i poszedłem zwiedzać miasto. Był to okres kilkutygodniowej fali upałów, przez co już po godzinie spaceru byłem cały spocony, mimo iż zbierało się na burzę. Na terenie niewielkiej, ale urokliwej i mającej swoją atmosferę starówki ulokowano sporo ogródków należących do restauracji. Ceny jednak wysokie. Dodatkowo, jak to na Słowacji, w sobotę niemal wszystkie kantory pozamykane. Po zakupach w "Tesco" pozostaje mi niewiele koron. Jedyny czynny kantor znajduje się przy dworcu. Przy okienku nie ma wywieszonych kursów, ale jak liczę, dostaję tyle, co powinienem. Na obiad zjadam zapiekankę w jednym z ogródków oraz gyros tannier czyli mięso, frytki i sałatkę z sosem tatarskim za 65 koron słowackich (ok 7 zł) w budce przy dworcu autobusowym. O dziwo gyros jest bardzo smaczny i sycący. Zlany widocznym na ubraniu potem zjawiam się na dworcu kolejowym o 14:30. Do odjazdu pociągu pozostaje niemal godzina. Jednak wystarczy spojrzenie na tablicę odjazdów i przyjazdów by ogarnął mnie strach. Pociągi są opóźnione od 60 do 180 minut, niektóre odwołano. Dodatkowo okazuje się, iż na InterCity muszę wykupić miejscówkę. Miejscówka na Słowacji na InterCity kosztuje 80 koron, jednak ja dostaję w promocji za 20 koron, tyle że miejsce mam na korytarzu. Odświeżam się w przydworcowej toalecie (5 koron = 55 groszy) i wsiadam do pociągu, który przyjechał tylko z dziesięciominutowym opóźnieniem. Z takim opóźnieniem przyjechał, lecz wyjechał już z opóźnieniem 70 minut. Zgłaszam swe pretensje dotyczące opóźnienia i miejscówki na korytarzu konduktorowi. Miejsce się znalazło, pozostaje tylko wypisać skargę na dostarczonym przez konduktora formularzu. Pociąg wydaje się jechać szybko, lecz to tylko pozory. W Trnavie mamy już 90 minut spóźnienia. Moje wakacje wiszą na włosku. Do Bratysławy udaje się odrobić 10 minut, lokomotywa zostaje wymieniona bardzo szybko i pociąg rusza w kierunku Wiednia. Spóźnienie wynosi już tylko 70 minut. Zdążymy na pewno na przesiadkę, więc konduktor nie przychodzi odebrać mojej skargi.

Odprawa na granicy z Austrią przebiega bardzo szybko, pozostaje tylko dojechać do celu. Pociąg odrabia kolejne pięć minut i na stacji Wien Westbahnhof jesteśmy 21:08, na dziesięć minut przed odjazdem pociągu EN466 do Zurychu. Pociąg ładny, pełen ludzi różnych narodowości. Aby nie zasnąć przed przesiadką wolę sobie postać. Odjazd punktualny i od razu czuć zawrotną prędkość. Kolejny raz odświeżam się w wielkiej, czyściutkiej toalecie, do której tworzą się kolejki (szczególnie zaciekle dobijają się kobiety rasy żółtej). Podczas trzygodzinnej podróży czytam gazety i wyczekuję stacji Salzburg. Za oknem noc, więc nie ma co oglądać. W Salzburgu jestem o 0:33, mam godzinę i pięć minut do odjazdu pociągu D297 Monachium-Zagrzeb z wagonami do Rijeki i Belgradu. W rozkładzie jazdy na stronach PKP jest napisane, iż pociąg jedzie jedynie 6, 13 i 15 sierpnia, co okazuje się bzdurą, gdyż jeździ codziennie. Na szczęście sprawdzałem inne strony, dzięki czemu jechałem bez ryzyka.

Pociąg jest objęty fakultatywną rezerwacją miejsc, nie wykupiłem miejscówki i nie udaje mi się zająć miejsca siedzącego, przez co muszę się psychicznie przygotować na cztery i pół godziny jazdy na stojąco. Wagon jest brzydki i brudny, znacznie gorszy od większości polskich pociągów pospiesznych. Wszystko byłoby do zniesienia, gdyby nie jedna rzecz - palacze. Okna są otwierane, lecz to nie jest rozwiązanie. Najpierw próbuję wytrzymać przy oknie, lecz na korytarzu ciągle palą co najmniej dwie osoby, przez co nawet taka próba wentylacji nie daje efektu. Wkrótce wycofuję się w okolice przejścia międzywagonowego, gdzie mam nadzieję na świeże powietrze idące przez nieszczelne drzwi oraz z wspomnianego przejścia. Nic bardziej mylnego. Palaczy coraz więcej, niektórzy nie robią sobie wyrzutów tak jak ja jadący na stojąco- kładą się po prostu w sposób znacznie utrudniający przejście innym pasażerom, niektórzy nawet z papierosem w ustach. Po dwóch i pół godzinach jazdy w takim smrodzie wchodzę przespać się do ubikacji, w której przesypiam około czterdziestu minut. Budzę się w Villach, tuż przed kontrolą graniczną.

Około 4:50 wjeżdżamy do Słowenii. Na korytarzach pełno ludzi, ale za to mniej palaczy. Chociaż chce mi się spać postanawiam wytrwać do Lublany. Na miejsce pociąg dojeżdża z dziesięciominutowym opóźnieniem o 6:15. Mam 18 minut aby oddać bagaż do przechowalni i zdążyć na pociąg pospieszny do Kopru. W przechowalni śpi kilkoro turystów, nie ma, jak zresztą wszędzie w Słowenii, obsługi a skrzynki są jedynie na monety Euro albo tolary. Nie mam drobnych dwóch Euro, nie ma mi też nikt rozmienić, więc zmykam szybko do pociągu. Dosiadam się do przedziału, gdzie siedzi jeden mężczyzna w średnim wieku. O samej podróży trudno mi coś napisać, bowiem całą przespałem; obudziłem się dopiero w Koprze.

Dzień 2 - 30 lipca 2006. Piran, Koper



Koper wita mnie niemiłosiernym upałem, chociaż jest dopiero godzina 8:50. Aby zdobyć pieniądze na skrzynkę do przechowania bagażu, kupuję gazetę za 2 Euro płacąc banknotem 10 Euro. Szybko odświeżam się w darmowym szalecie i ruszam przed dworzec sprawdzić odjazdy autobusów do Piranu. Akurat jeden stoi. Sympatyczny kierowca nie próbuje mnie oszukać, mogę zapłacić w tolarach lub Euro. Płacę 3 Euro banknotem 100 Euro, kierowca, o dziwo, ma wydać resztę. Autobus to chyba Man NL2x2 w wersji miejskiej, czyli nic specjalnego, jak na tę cenę. Odległość między Koprem a Piranem wynosi 20 kilometrów, jednak autobus jechał godzinę, mijając po drodze Izolę i Portoroż. Zaletą były przepiękne widoki na Morze Adriatyckie, czy to z drogi biegnącej wzdłuż jego brzegu, czy też ze wzniesień. Około godziny 10:15 autobus kończy kurs tuż przy centrum Piranu. Nakładam krem z wysokim filtrem przeciwsłonecznym, nakrycie głowy, po czym wyruszam na miasto przypominające raczej włoskie miejscowości (od granicy z Włochami dzieli go około 30 km.) Spacer wąskimi uliczkami zapewniającymi cień, piękny plac, przezroczyste morze (drugi raz w życiu widziałem morze) to dla mnie całkowicie nowe doświadczenie - miasto zrobiło na mnie piorunujące wrażenie, czegoś tak pięknego jeszcze nie widziałem (w sumie mało widziałem). Turystów sporo, lecz nie tylu, aby nie można było poczuć atmosfery tego pięknego miejsca. Niestety, po upływie półtora godziny musiałem udać się w drogę powrotną. Według rozkładów autobusy miały odjeżdżać z głównego placu miasta, co okazało się nieprawdą. W końcu złapałem autobus odjeżdżający około 12:00. Tym razem kierowca podał cenę w tolarach, ale kiedy podałem mu euro, wziął cztery euro stwierdzając, że może być. Trafiłem na mistrza kierownicy palącego papierosa w autobusie, rozmawiającego przez komórkę w czasie jazdy oraz jeżdżącego jak szaleniec, dzięki czemu podróż trwała tylko 40 minut zamiast siedemdziesięciu. Opłacało się dopłacić to euro, klimatyzowany pojazd był dużo wygodniejszy niż ten, którym jechałem do Piranu. Przed trzynastą wysiadłem na dworcu w Koprze. Upał nie do wytrzymania, podobno 36 stopni Celsjusza. Zastanawiałem się, czy spróbować dojść do centrum leżącego około dwóch kilometrów od dworca, co przy tym upale było nie lada wyczynem. Zaryzykowałem. Do miasta doszedłem po 20 minutach. Była już 13:10 a pociąg odjeżdżał za półtorej godziny. Centrum miasta udało mi się obejść w czterdzieści minut, na dworzec wróciłem o 14:20. Kolejne odświeżenie się w toalecie, zmiana przepoconej koszulki, na koniec wejście do pociągu InterCity. Myślałem, iż pociąg będzie klimatyzowany, ale był to skład jadący rano z Lublany jako pospieszny. Teraz jechał do Mariboru. W przedziale zająłem miejsce przy drzwiach, w sam raz, aby słońce nie świeciło mi w twarz. Miejsce miało jedyną wadę - palacze na korytarzu, co oznaczało wdychanie śmierdzącego dymu. Dwugodzinną podróż z większej połowy przespałem, w chwilach, kiedy nie spałem, podziwiałem piękne krajobrazy.


Piran

Pendolino w Koprze

O 17:04 dojechałem do Lublany - stolicy kraju. Wszedłem przemyć twarz do toalety - kolejna darmowa. Następnie kupiłem kartę turystyczną Ljubljana Card ważną trzy dni. W tym miejscu powrót do rzeczywistości. Kiedy przed podróżą przeglądałem ceny w euro i w tolarach łudziłem się, iż będę mógł płacić w euro. Niestety, chociaż widniała wszędzie cena w tolarach i euro (12 Euro), karty nie mogłem kupić. Musiałem wymienić pieniądze w dworcowym kantorze. Kursy na szczęście były uczciwe. Potem należało coś przekąsić oraz odnaleźć internat. Gdy zobaczyłem ceny, o mało nie zwaliło mnie z nóg. Drożyzna jak w Austrii. Standardowa cena za kebab to 2,88 Euro (w jednym miejscu jest za 2,50) , hamburgery kosztowały wszędzie 2,12 Euro.W końcu znalazłem lokal, gdzie hamburger sprzedawano za 1,88 Euro. Po skonsumowaniu obiadu rozpocząłem poszukiwania internatu. Ulicy nie było na mapie dodawanej do karty turystycznej, nie mogłem również zorientować się ze schematu linii komunikacyjnych, jak tam dojechać. Poszedłem pieszo, kierując się intuicją. Minąłem kilka zadbanych ulic, w jednym miejscu źle skręciłem ale po trzydziestu minutach marszu trafiłem do celu (gdybym szedł najkrótszą trasą trafiłbym po dwudziestu). Na recepcji załatwiłem formalności; nie mogłem jednak płacić w euro, ponieważ wtedy liczą prowizję 10%. Dzięki karcie turystycznej piątą noc miałem za darmo. Recepcjonista wytłumaczył mi, gdzie jest najbliższy przystanek komunikacji miejskiej, przez co nie miałem kłopotu z dotarciem na dworzec , by w jedynym czynnym kantorze wymienić pieniądze. Pozostały jeszcze zakupy. Była niedziela, przez co w okolicach dworca był czynny tylko jeden sklep spożywczy sieci "Mercator", ten przed którym zawsze stoją menele i wołają o drobne. Ze względu na ceny kupiłem tylko dwie wody mineralne (łącznie 1 Euro), czekoladę Milka na promocji (0,72 Euro) i pączka (0,6 Euro) . Do internatu wróciłem o 21:00. Mogłem wreszcie wziąć upragniony prysznic i położyć się w łóżku. Wykupiłem sobie śniadania w cenie 1 Euro, przy czym piąte było za darmo. Pierwszej nocy byłem w internacie jedynym gościem. Pokoje dwuosobowe z możliwością zakwaterowania trzeciej osoby, całkiem przyzwoite. Wykafelkowane łazienki, sanitariaty z papierem toaletowym. W sumie nieźle. Przeszkadzał jedynie hałas pędzących pociągów z położonych około 100 metrów dalej torów kolejowych. Zmęczony zasnąłem nie zważając na to.

Dzień 3 - 31 lipca 2006 Maribor, Celje



Plan przewidywał aby odpuścić śniadanie, wyjechać o 7:40 pociągiem do Ptuja, stamtąd do Mariboru i powrót. Zmęczenie dało znać o sobie , w związku z czym zdecydowałem się zmienić plany podróży. Przeanalizowałem rozkłady jazdy. Ptuj nie wchodził w grę. Z Lublany miałem o 10:18 pociąg EuroCity jadący przez Maribor do Pragi. Był to czeski skład z klimatyzowanymi wagonami. Na początku miało miejsce małe zamieszanie związane ze złym oznaczeniem, a właściwie jego brakiem, dokonywanych rezerwacji miejsc. Dwukrotnie, wraz z innymi pasażerami, musiałem zmieniać wagon. Do Mariboru jechałem dwie godziny i 15 minut. Trasa bardzo ładna, szczególnie most kolejowy nieopodal stacji Zidani Most. Początkowo Maribor miał być moim jedynym miastem na ten dzień, ale okazał się niezbyt ciekawy. Odpychająca drożyzna, ulice niewiele ładniejsze od polskich miast, wrażenie poprawił bardzo ładny rynek główny.

Po godzinie zwiedzania kupiłem coś w Mercatorze a następnie poszedłem na dworzec sprawdzić co jedzie. Ku memu zaskoczeniu znalazłem połączenie dające możliwość zwiedzenia miasta Celje. Pociąg osobowy w postaci nowoczesnej, klimatyzowanej jednostki elektrycznej "Desiro" odjeżdżał o 14:20 aby o 15:21 być w Celje. Po drodze zatrzymywał się na trzynastu przystankach. Pociągiem nie podróżowali cudzoziemcy, dlatego mogłem sobie poobserwować zwykłych Słoweńców podróżujących do lub z pracy albo tak sobie w różnych celach. Samo Celje z początku zrobiło na mnie bardzo złe wrażenie. Przejście podziemne na dworcu obsmarowane różnymi malowidłami, budynek dworca równie odpychający i chyba jedyne płatne toalety w Słowenii (0,2 Euro ale nie korzystałem). Na szczęście trochę zelżał upał. Do zwiedzenia centrum miasta starczyła godzina. Pierwsze wrażenie zostało zatarte przez zadbany deptak wraz z przyległymi uliczkami. Trudno mówić o romantycznych zakątkach w tak małym mieście, mimo to spacer po nim to prawdziwa przyjemność. Jedynie te ceny... . Pociąg do Lublany - ten sam EuroCity z Pragi, którym jechałem do Mariboru spóźnił się 20 minut, po drodze nabrał kolejne czterdzieści minut spóźnienia. W Lublanie byłem dopiero o 18:30, o zwiedzaniu mogłem więc zapomnieć. Zrobiłem zakupy, po czym powróciłem do akademika.


Maribor

Celje

Dzień 4 - 1 sierpnia 2006 Novo Mesto, Lublana



Koniec mojego pobytu w Celje oznaczał również koniec dobrej pogody. Upały zostały zastąpione przez obfite deszcze. Następnego dnia postanowiłem pojechać do miejscowości Novo Mesto, małego miasta (oficjalnie 40 000 mieszkańców; sprawia wrażenie 20-tysięcznego) leżącego przy granicy z Chorwacją. Novo Mesto leży na szlaku kolejowym Lublana - Metlika, niezelektryfikowaną linię obsługują autobusy szynowe . Pojazdy są bardzo wygodne, w oknach mamy zasłony, nie brakuje toalety. Podróż trwała półtorej godziny. Wysiadłem na stacji Novo Mesto center, gdzie poza kasą biletową w małym kiosku, nie było praktycznie nic. Do centrum, mimo braku planu miasta, doszedłem w pięć minut. Niebo było zachmurzone, deszcz na zmianę padał i nie padał. Pochodziłem po mieście około półtorej godziny. Najpiękniejsze są mosty oraz widoki z drugiego brzegu rzeki Krka na centrum miasta, wraz z górującym nad nim kościołem. Na stację wróciłem o 12:50 i nudziłem się przez pół godziny czekając na przyjazd pociągu. O 13:10 zerwała się straszna ulewa, towarzysząca pociągowi aż do Lublany. Niemniej trasa jest piękna, szczególnie warty uwagi jeden z mostów kolejowych .


Novo Mesto

Novo Mesto

Po powrocie do Lublany chciałem zjeść obiad. Wybór padł na kawałek czegoś, co z nazwy miało być pizzą (2,12 Euro). Lało, więc postanowiłem pojeździć sobie autobusami po mieście korzystając z bezpłatnych przejazdów przysługujących posiadaczom karty turystycznej. Jeździłem jakieś trzy godziny, z ciekawych rzeczy mogę wymienić scenę spacyfikowania przez policjantów mężczyzny wymachującego nożem w pobliżu jednego z parków. Po przejechaniu się wszystkimi modelami autobusów jeżdżącymi w przedsiębiorstwie komunikacji miejskiej postanowiłem zapoznać się ze starówką miasta. Dalej padał deszcz, lecz wszystko wskazywało na zbliżającą się poprawę pogody.

Starówka Lublany zaskoczyła mnie swoimi rozmiarami i ładnym rozplanowaniem, oczywiście nie licząc ogródków piwnych w wąskich uliczkach, bardzo psujących ogólne wrażenie. Jest gdzie usiąść, jest co fotografować i są nawet darmowe toalety. Na ulicach można usłyszeć wiele języków.

Nastąpiła poprawa pogody i około 18:00 wyszło słońce. Starówka nabrała kolorów, co dodało jej uroku, a mnie ułatwiło robienie zdjęć. Dalsze godziny chodziłem, delektując się specyficzną atmosferą miasta. Zauważyłem kilka budynków na pierwszy rzut oka przypominających Bielsko-Białą. Podobno nie ja jedyny odnoszę takie wrażenie. Poczekałem do zmroku. O 20:45 włączono oświetlenie. Oświetlone zabytkowe budowle i brzegi Lublanicy aż prosiły o spacer. Czynne lokale, wielu turystów 0 słowem miasto żyjące w dzień i w nocy, w przeciwieństwie do polskich miast. Zwiedzanie zakończyłem po 22:00. Jak się okazało, był to ostatni udany dzień wyprawy.


Lublana

Lublana

Dzień 5. - Kranj 2. sierpnia 2006



Wczorajszy dzień oznaczał koniec dobrej pogody i koniec tego dobrego, co mnie czekało podczas tej wyprawy. Na dzień dzisiejszy planowałem zwiedzić miasto Škofja Loka oraz Kranj. Wyjechałem z Lublany dość późno, około 13:00. Problemem było znaleźć pociąg, ponieważ na peronie stało sześć identycznych. Na 10 minut przed odjazdem w jednym wyświetliła się stacja końcowa, dzięki czemu nie było wątpliwości. Czekała mnie czterdziestominutowa jazda szlakiem otoczonym górami. Niebo zachmurzyło się, upał zelżał, nad górami rozciągała się mgła tworząc majestatyczny krajobraz. W mieście Škofja Loka byłem jedynie trzydzieści minut. Nie udało mi się znaleźć centrum, co w moim przypadku zdarzyło się po raz pierwszy, do tej pory udawało mi się odnaleźć cel nawet jeżeli na stacji nie było planów miasta. Tak więc nie trochę zdenerwowany z poniesionej porażki udałem się do Kranju.

Kranj jest malowniczo położonym ośrodkiem sportów zimowych, z niewielkim, za to stosunkowo ładnym centrum. Niestety, uchodzi za najniebezpieczniejsze miasto w Słowenii jeśli chodzi o przestępczość typu napady i rozboje, co szczególnie widać w kronikach kryminalnych. Powitał mnie brzydki dworzec z darmową toaletą. Swe kroki skierowałem na starówkę. Padał deszcz, wiał zimny wiatr, co wróżyło fatalne zdjęcia. Dziesięć minut i jestem na miejscu. Kolejne 15 - starówka zwiedzona. Miałem już iść na pociąg, kiedy jakiś dresiarz zaczął do mnie pyskować. Starałem się zachować spokój, lecz ze steku wyzwisk, mimo nieznajomości słoweńskiego, sporo zrozumiałem. Po kilku minutach nie wytrzymywałem i ruszyłem w celu załatwienia sprawy. Ogólnie jestem spokojny i łagodny ale pewne wyrażenia łagodnie mówiąc wkurzyły mnie tak, że doszłoby do bójki. Niestety, miał rower, dzięki czemu udało mu się uciec. Postanowiłem poświęcić dwie godziny do następnego pociągu na znalezienie go. Mimo błyskawicznie podjętej penetracji osiedli pełnych meneli i dresiarzy, nie udało się znaleźć poszukiwanego osobnika.

Jakkolwiek starówka Kranja należy do ładnych, to osiedla, niestety, nie zachwycają. Nie da się o nich nic dobrego powiedzieć. Poza tym ceny. Dużo wyższe niż w Lublanie, która okazała się pod tym względem najtańsza w kraju, choć zwykle jest na odwrót. Po ponadgodzinnych, bezskutecznych poszukiwaniach ulokowałem się na głównym placu miasta obserwując przechodzących, którzy musieli mijać to miejsce jeśli chcieli dostać się z jednej strony miasta na drugą, oddzieloną rzeką. Przez około dwadzieścia minut obserwowałem przechodzących. Jakkolwiek w innych słoweńskich miastach wyglądali dość porządnie, tak tutaj obserwowałem prawdziwą inwazję łysych, dresiarzy czy koksów. Ostatnie pół godziny wykorzystałem na robienie zdjęć, bowiem poprawiła się pogoda, po czym czekałem na pociąg Intercity do Lublany. Podróż powrotna minęła równie bardzo szybko. Skończyła mi się karta turystyczna i musiałem iść na piechotę do akademika, gdyż autobusy w Lublanie są bardzo drogie (0.93 Euro za przejazd)

Dzień 6. - Klagenfurt, Villach 3 sierpnia 2006



Zupełnie nieudany dzień. Mając bilet sieciowy na Austrię postanowiłem przejechać się do tych dwóch przygranicznych miast. Rano niebo było zachmurzone, lecz nie zanosiło się na jakieś większe oziębienie. Ubrany w krótki rękaw wsiadłem do niezbyt ładnego pociągu Intercity. W okolicach Kranja zaczęło lać jak z cebra. Ogrzewania w wagonach z nieszczelnymi oknami nie włączyli, marzłem więc niemiłosiernie. Dopiero po przekroczeniu granicy Austriacy zrobili, co trzeba.

W Villach przesiadłem się do wygodnego pociągu Eurocity Villach - Wiedeń. Jechałem jedynie dwadzieścia minut. Stacja w Klagenfurcie robiła bardzo dobre wrażenie, widoczne uliczki miasta także, jednak lejący deszcz uniemożliwiał jakiekolwiek zwiedzanie. Tak było przez całe dwie godziny mojego pobytu w tym mieście. Wyszedłem, co prawda, na chwilę do miasta, lecz szybko pożałowałem tej decyzji a jeszcze szybciej wróciłem na stację zziębnięty i bojący się zapalenia płuc.

Pociągiem regionalnym pojechałem do Villach. Sam pociąg był całkiem wygodny, ale jechała nim młodzież starająca się podporządkować sobie wszystkich. Jak na dzieci wychowane bezstresowo przystało głośno rozmawiali, słuchali muzyki na cały regulator, albo otwierali okna mimo ulewnego deszczu i zimnego wiatru. Ja zmieniłem wagon, pozostali pasażerowie siedzieli cicho. Nikt nie przeszkadzał typowym orędownikom haseł "równość" czy "tolerancja" w zabawie. Również dali mi się we znaki na stacji Villach. Ze względu na deszcz i zimno czekałem w wydzielonej poczekalni. Przeszedłem się chwilę po mieście, lecz musiałem po dwudziestu minutach i zjedzeniu ohydnego kebaba za 3 Euro powrócić na miejsce, bo zimno nie pozwalało na nic więcej (miałem tylko koszulkę z krótkim rękawem). Czkały mnie trzy godziny oczekiwania na pociąg. Po około półtorej godziny lewacy przyszli do poczekalni. Mimo obecności innych pasażerów otworzyli piwa, puścili muzykę i zaczęli zabawę. Nie byłoby to najgorsze, gdyby nie otwierali okien na oścież powodując przeciąg lub nie palili masowo papierosów. Co tam w końcu jakieś zakazy. Jest wolność oraz tolerancja. Pasażerowie siedzieli udając, że nic się nie dzieje. Ja ostentacyjnie wyszedłem, za mną wyszły cztery osoby. Reszta siedziała i tolerowała to zachowanie. Oczywiście na stacji nie było, mimo obecności kamer, nikogo, kto by się tym zainteresował. Nie opisywałbym tej sytuacji gdyby nie fakt, iż taki styl życia jest coraz bardziej propagowany w Polsce. W Villach i Klagenfurcie widziałem mnóstwo młodzieży z subkultur promujących hasła poprawnie polityczne. Wszyscy oni robili bardzo wiele aby zwrócić swoim ubiorem czy zachowaniem na siebie uwagę. Bynajmniej nie pozytywnym zachowaniem. Wróciłem do Lublany spędzić ostatnią, gratisową noc w internacie.

Dzień 7 - Zagrzeb 4. sierpnia 2006

Pobyt w Słowenii był dla mnie jeszcze niedawno czymś nierealnym. Niby szczyt marzeń, lecz apetyt rośnie w miarę jedzenia. Pomyślałem: dlaczego nie zwiedzić Zagrzebia? Dwie godziny jazdy, bilet tam i z powrotem 20 Euro bez względu na rodzaj pociągu. Szybka pobudka, śniadanie, wymeldowanie się z pokoju, następnie szybko na dworzec aby złapać pociąg o 8:35.

Udało się bez problemów, zająłem wygodne miejsce. Do Zagrzebia jedzie się dwie godziny i piętnaście minut. Przez cały czas padał deszcz, nie chciałem aby ten dzień był tak nieudany jak wczorajszy. O 10:31 byłem po raz pierwszy w życiu w Chorwacji. 20 minut do Zagrzebia w żadnym wypadku nie wystarczy aby poznać kraj, lecz pierwsze wrażenie na zawsze pozostaje w pamięci. Tutaj wrażenie nie było najlepsze. Brud, śmieci, grafitti. Dworzec w Zagrzebiu też nie prezentował nic specjalnego. Przechowalnia bagażu kosztująca ok 8 zł, szalety z tylko jedną kabiną za 1,5 zł. Trochę wstyd jak na stolicę państwa oraz cel wojaży setek tysięcy turystów. Szybko wyszedłem z dworca. W kiosku kupiłem bilet jednodniowy za ok 9 zł; na tym skończyły mi się pieniądze. Wymieniłem w kantorze 10 Euro i wyruszyłem na podbój stolicy Chorwacji. Kurs w bankowym kantorze na dworcu nie był najgorszy, prowizja również mała.

Deszcz ustał; chmury pokrywały niebo, lecz zapowiadał się całkiem przyzwoity dzień. Z początku miasto nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Niezbyt czyste ulice, przeciętny rynek (właściwie plac), ceny bardzo wysokie, choć nieco niższe niż na Słowenii. Zagrzeb nabierał uroku stopniowo. Tym razem miałem aż 10 godzin na zwiedzanie, dzięki czemu zwiedziłem całe centrum. Spora część zabytkowych ulic była w remoncie ale i tak było co zwiedzać. Miałem jeszcze nadzieję pojeździć starymi autobusami; miasto wymieniło jednak sporą część taboru, napotykałem więc jedynie na stosunkowo nowe autobusy marki MAN . Musiałem coś przekąsić. Wybór padł na kawałki pizzy za ok. 4,5 zł jeden. Taniej niż w Słowenii i smak rewelacyjny. Wziąłem również drugi kawałek.

Dziesięć godzin starczyło aby pochodzić po sklepach, po równać ceny a także obejrzeć z zewnątrz wszystkie zabytki czy przepiękną panoramę miasta. Przez ten czas odzywały się ponadto prozaiczne potrzeby fizjologiczne. I tu Zagrzeb byłby zdyskwalifikowany. Jeśli poczujemy charakterystyczne skurcze pęcherza lub jelit a mamy daleko do dworca kolejowego i nie znamy dobrze miasta, to jesteśmy praktycznie bez szans. Szaletów nie tylko nie ma na planie miasta, ale poza jednym ( i to czynnym bardzo krótko) nie ma ich właściwie wcale (poza darmowymi w "Mercatorze" ale trzeba wiedzieć, jak dojść) w rzeczywistości. Wieczorem, czując pełny pęcherz szukałem trzy godziny ubikacji, bowiem żal mi było pieniędzy za korzystanie z szaletu na dworcu. I tak nie znalazłem.

Pociąg powrotny odjeżdżał o 21:05. Około 19:30 zaczęło padać, później rozpętała się ulewa. Jedynym wyjściem było poczekanie na pociąg na dworcu głównym. W Chorwacji nie istnieje coś takiego jak zakaz palenia, więc na dworcu śmierdziało dymem, kręciło się sporo dresiarzy, poza tym pełno turystów śpiących lub pijących piwo przy skrzynkach na bagaż. Pieniędzy starczyło mi tylko na kupno dwóch pączków i paczki "Bake Rollsów". Tak wyposażony ruszyłem w drogę powrotną. Zagrzeb nie powalił mnie na kolana, dla samego Zagrzebia nie opłacałoby się jechać z Polski, aczkolwiek jest dosyć ładnym miastem, przynajmniej w zabytkowej części.


Zagrzeb

Zagrzeb

Dzień 8 - Powrót 4/5 sierpnia 2006



Kierując się doświadczeniami z podróży w tamtą stronę zakupiłem wcześniej miejscówkę na odcinek Zagrzeb - Salzburg za 3 Euro. Pociąg nie należał do najładniejszych, był ogólnie gorszy od przeciętnego polskiego pociągu pospiesznego. Do Lublany dzieliłem przedział ze Szwedką, Słoweńcem i Meksykaninem znającym język angielski jeszcze gorzej niż ja. Meksykanin miał problemy na granicy, celniczkom wydawało się, iż kto inny jest na zdjęciu w paszporcie. Przy sprawdzaniu mojego paszportu wołały jedna drugą i śmiały się ze zdjęcia. Meksykanin wysiadł w Zidanim Moście, Słoweniec w Lublanie, dosiadła się Niemka z dzieckiem. Nie myślcie, że miałem wesoło, bo trzy kobiety w przedziale. Dodajmy dla ścisłości - trzy kobiety germańskiej urody.

Od Lublany do granicy z Austrią jechałem na bilecie Eurodomino wystawionym na następny dzień. Teoretycznie mogłem na tym bilecie jechać już od miejscowości Sawski Marof i nie tracić 10 Euro na bilet powrotny (wyjazd po 19:00 nocnym pociągiem traktowany jest jak następny dzień), lecz nie chciałem pakować się w kłopoty, ponieważ konduktorzy nie zawsze wiedzą o tym fakcie, a po co sobie psuć wymarzone wakacje. Do Villach podróż upływała bardzo szybko tzn. cały czas spałem, budziłem się jedynie na stacjach i kontrolach granicznych.

W Villach wsiadła grupa podpitej młodzieży i urządziła pasażerom pobudkę skacząc po wagonach, śpiewając oraz waląc nogami w drzwi od przedziałów. Do rękoczynów nie doszło. Jechali na szczęście tylko godzinę. Oczywiście policji ani obsługi pociągu nie było widać. Później do Salzburga był spokój. W Salzburgu pociąg miał być o 4:10, przyjechał z dwudziestominutowym opóźnieniem i ledwo co zdążyłem na przesiadkę do pociągu EuroNight Zurych - Wiedeń. Pociąg był całkowicie zapełniony, w perspektywie miałem trzy godziny podróży na stojąco. Przebywałem w wygodnym, klimatyzowanym wagonie. Atmosferę psuli palacze, którzy nie bacząc na zakazy palili na korytarzu bez otwieranych okien. Ktoś ich w końcu przegonił do ubikacji, do której później nie dało się dostać. Niemniej jednak wagon miał jedną wielką zaletę - bardzo szeroki korytarz. Pełnił on z powodzeniem rolę wagonu sypialnego, torbę można było położyć na górę i położyć się na podłodze. Poza pobudkami na stacjach cały czas bardzo wygodnie spałem. Tak mógłbym spać całą noc. W Wiedniu przesiadłem się na pociąg do Koszyc przez Bratysławę. W Bratysławie należało kupić miejscówkę. Tym razem nie trafiłem na promocję i cena wynosiła 80 koron słowackich. Miałem tylko 25, kantor na dworcu był zamknięty, pozostało mi tylko czekać na pospieszny jadący za półtorej godziny. Szybko tego pożałowałem, bo pociągiem jechali pseudokibice. W sumie zachowywali się nie najgorzej, ale taki przejazd zawsze należy do ryzykownych. Policjanci w bardzo małej liczbie nie chodzili po pociągu, kibice natomiast poruszali się między wagonami strasząc dzieci i dotykając niby przypadkowo co ładniejsze kobiety stojące na korytarzu w intymne miejsca (pojedyncze przypadki). Całą podróż spędziłem na stojąco, na szczęście nic mi się stało.

Pociąg tym razem przyjechał punktualnie i zdążyłem na pociąg Żylina-Kraków, do tego miałem 25 minut na wydanie 25 koron, które wciąż miałem. Kupiłem dwa batoniki na drogę, po czym rozpocząłem ostatni etap podróży. Dzięki wygodnemu pociągowi podróż minęła bardzo przyjemnie. Po 22 godzinach podróży znalazłem się w stacji docelowej.